niedziela, lipca 18, 2021

Moj przyjaciel Chipmunk





Ma na imie Smarty. Czyli madry wg. mnie 'Madrala".Kiedy wychodze na taras zjawia sie natychmiast a jego uwaga skupiona jest na metalowym pojemniku z czerwona pokrywka.On wie, ze tam jest dla niego jedzenie.Smarty!!!

środa, marca 24, 2021

Orchidee w naszym ogrodzie.

 Zakwitaja na naszej wielkiej szaflarze .

Karol kupowal mi orchidee w doniczkach (z "okazji" i bez) a kiedy przekwitly sadzil je na drzewie w ogrodzie. Zakwitaja kilka razy w roku i kwitna dlugo.







wtorek, marca 09, 2021

Wspomnienia z odleglej przeszlosci. Urodziny naszego syna.

Wroclaw 1960.Byla sroda, 9 marca . Dzien byl pogodny, slonce przygladalo sie w kaluzach pozostalych po roztopionym sniegu. Wybieralam sie na seminarium magisterskie. Ale zamiast na Uniwersytet pojechalismy do szpitala.
Po polnocy urodzil sie nasz syn. Dariusz Michal. Kazdego roku przypominam sobie tamten dzien i noc. Pamietam tamta radosc i ten obezwladniajacy niepokoj. I pielegniarke, ktora mowila uspakajajaco: "Niech Pani sie nie martwi. Dziecko nie sinieje tzn. ze jest dobrze!". Lekarz tez mnie uspakajal i zapewnial. "Bardzo czesto dzieci urodzone przedwczesnie sa utalentowane". Ani lekarz ani pielegniarka z tamtego szpitala nie wiedza, ze po tylu latach ich pamietam! Kiedy wreszcie wrocilismy do domu (Darek pierwsze tygodnie zycia spedzil w inkubatorze )Karol polozyl syna na tapczanie i cichutko zagwizdal. Dziecko poruszylo sie i spojrzalo na niego. "Popatrz, poznaje mnie". To bylo tak dawno, a pamietam to tak jakby to bylo wczoraj.




środa, lutego 24, 2021

Wieczorne spotkanie Rodakow


 Ptakom wędrownym podobni, Państwo L. z Toronto na Florydę przybyli, przed mroźną zimą szukajac ucieczki. 


Zatrzymali sie w Naples, miejscu,
gdzie jest tak pieknie jak w raju
(ja taki raj widzialam na obrazku swietym).

Na straży domów stoją zielone, kokosowe palmy.
Są i palmy krolewskie . Te strzelaja wysoko , jakby probowały dotrzeć do białych obłoków,
 na niebosklonie rozsianych niedbale. 

Wielobarwne krzewy azalii i bugenwilli , dumne z ilości kwiecia niesłychanej, rozsiadły sie na zielonych trawnikach, strzyżonych starannie.

Inni, dość liczni Polacy także w tej okolicy znaleźli swe miejsce.
Więc kiedy dzień Walentynki nastał
zgodnie z amerykańskim (a dziś i polskim zwyczajem)
Państwo L. gościnni i mili ,
znajomych Rodaków w dom swój zaprosili..

Wszyscy interesujący , grzeczni i ukladni
fascynująco opowiadali o swym zyciu i swoich karierach
( lekarki tam były, kilku inzynierow i dwu profesorów)
Wspominano przeszłość, wojne i niewolę na stepach za Uralem
I uchodźców dolę.
Nie brakło opowieści o dzieciach już dorosłych, rozsianych po świecie,
O podróżach do Włoch i Francji,
o wyprawach do Kraju wczesnego dziecinstwa...
Były opowieści o trwałych przyjaźniach z lat szkolnych,
już nieco odległych,lecz jakże wciaż w pamięci żywych...

Popijali z kielichów wino czerwone i białe
Gaworzyli długo o tym i o owym ...

Aż w pewnym momencie poproszono do stołu.

Szpinak serwowano pysznosci niezwyklej
a do tego mięso indycze i pieczone prosię
( tu Drogi Czytelniku wybacz, że przesadzam,
prosie niecałe było, a tylko poledwica, najlepsza czesc jego)
Na koniec owoce i sery podano –
(Sery nie tylko francuskie, rzecz jasna...)

Choć rozmów z Rodakami nie dość mi było,
a północ jeszcze nie wybiła,
nieubłaganie czas powrotu do domu nastąpił.

Bo pamiętać należy, jak mawiała Mama,
że żelazną zasadą jest żegnać gospodarzy zanim
ze zmęczenia zapadną w sen ( dobrze zasluzony).

A jaki był ciąg dalszy pięknego wieczoru?
Na naszą wyspę przyjechalam,
usiadlam przy biurku i ten wiersz napisalam.

Pomyślisz Drogi Czytelniku , że dość jest nieskładny.
Ale czy forma ważna czy raczej przesłanie?
Ja tym wierszem Panstwu L.
ślę podziękowanie


Marco Island , 14- luty 2009






poniedziałek, stycznia 25, 2021

Korczak Ziolkowski artysta, ktory rzezbil gory.

 Odkrywaliśmy "naszą Amerykę” podróżując wzdłuż i wszerz, na wschód i na zachód od Mississipi. Swoją „Amerykę” odkrywamy już od 1985 roku i trwa to po dzień po dzień dzisiejszy. Kraj to ogromny, różnorodny, zaskakujący.

Jedną z naszych podrózy po Stanach, odbyliśmy latem  1992 roku. Postanowiliśmy  pojechać na „dziki zachód” czyli na zachód od Mississipi . Oczywiście trudno opisać tu cała naszą podróż.

 „Zwiedzimy” więc tym razem tylko Południową Dakotę.

 Podróż z naszego Półwyspu w Górnym Michigan do Południowej Dakoty prowadzi przez Minessotę, krainę dziesięciu tysięcy jezior. Tu bierze swój początek słynna rzeka, o której śpiewał znany w Europie śpiewak, Paul Robeson.

Przejeżdżając przez rzadko zaludnione tereny próbowałam sobie wyobrazić jak przemieszczali sie tędy przepędzeni siłą z północno- wschodnich terenów Indianie. Jak wędrowali biali osadnicy. Nie bylo dróg a wszędzie czyhało niebezpieczeństwo. Równinna część Południowej Dakoty kończy się na terenach zwanych Badlands. Badlandy(Złe Ziemie) stanowią jeden z celów podróży dla amatorów  wrazeń. Mogę śmiało powtórzyć za amerykańskim architektem Frankiem Lloydem Wright’em, iż człowiek jest  zupełnie nie przygotowany na ten tajemniczy, niezwykły widok. Badlandów nie da się opisać. Trzeba je zobaczyć. Tak więc każdego roku odwiedza ten Park Narodowy ponad milion turystów. Badlandy widziane w nocy przy świetle księżyca są jak  dekoracja teatralna. W dzień natomiast są brunatno – szare, czasem rózowe, niekiedy otoczone błękitnawą mgłą. Do złudzenia przypominają gigantyczne zamki z piasku, takie jakie  dzieci budują na plaży. Podobnie jak zamki będące tworem dziecięcej fantazji tak i te , gliną poryte, góry przybierają niezwykłe formy.

Kiedy opuszcza się  przytłaczajace w swej dzikości  Badlandy, jedzie się w kierunku ciemnych wzgórz pokrytych świerkowymi i sosnowymi lasami. To Black Hills. Góry, choć niezbyt niewysokie  są  bardzo malownicze i mistyczne. Uznane są przez Indian za miejsca święte. Wierzą, iż tu właśnie wśród lasów, w górach ich bogowie znaleźli swój dom.

* * *

W XIX wieku minęły czasy, kiedy tylko nieliczni traperzy i osadnicy z Europy, zamieszkiwali tereny obecnych Stanow we względnej zgodzie z indiańskimi sąsiadami.

W latach trzydziestych XIX wieku biali osadnicy  wypierali Indian z terenów na wschód od Missippi . Dochodziło do krwawych starć a w konsekwencji do wyparcia Indian i zmuszanie ich do osiedlania się w innych miejscach. Indianie z rejonu Wielkich Jezior (Superior, Huron, Michigan, Erie, Ontario) a w tym liczne plemię Lakota zostali siłą przesiedleni  na tereny obecnej Dakoty, Wyoming i Montany.

W 1834 rząd USA zdecydował się na podpisanie traktatu dającego Indianom mało wówczas znane tereny, na zachód od Mississipi. Uznano je za nienadające się do osadnictwa białych. Północna część Dakoty to nieobjęte okiem rozległe prerie, na których harcowały ogromne stada bizonów.

Plemiona koczownicze (Cheyenne, Crow, Kiowa) zaczęły  adoptować się do nowych warunków życia. Bogate tereny łowieckie sprawiały iż polowania zapewniały pożywienie.  Ale ku ich nieszczęściu w latach siedemdziesiątych XIX wieku, ściślej w 1874 roku w Black Hills znaleziono złoto. Zaczęła się kolejna „gorączka”. I wtedy rząd  amerykański wycofał się z umów i podjął próbę usunięcia Indian z przyznanych im wcześniej terenów. Doprowadziło to do  kolejnych wojen. Historia krwawych bitew wielokrotnie została opisana , więc pominę ten temat. Wielkie, krwawe wojny mają swoich słynnych bohaterów. Indianie mieli ich także. Jednym z nich był Crazy Horse czyli „Szalony Koń”. I w tym miejscu historia Indian w zaskakujący sposób zaczyna splatać się z historią wnuka polskich emigrantów znakomitego rzeźbiarza- samouka,  Korczaka Ziółkowskiego.

* * *

Korczak Zółkowski to postać, która doskonale komponuje się w romantycznej, nigdy nie dokończonej opowieści o „Dzikim Zachodzie”. Historia Korczaka, to równocześnie część historii emigracji, historia rodzenia się świadomości o własnej przynależności narodowej i wreszcie historia ludzkiej potrzeby sprawiedliwości.

Może nieco patetycznie to zabrzmi, ale jego życie i praca stały się wyrazem protestu przeciw przemocy i okrucieństwu, przeciw zdradzie i łamaniu traktatow. O Korczaku po raz pierwszy czytałam dawno,  w wydanej w Polsce ksiażce Waldemara Lysiaka „Amerykański saloon”.

Nie przeczuwałam nawet, że kiedyś i ja znajdę się w miejscu, gdzie Korczak znalazł swoją góre, którą rzeźbił.

Nie wiedziałam, że za kilka lat znajdę się w domu artysty, który twierdził, iż Ameryka jest krajem, gdzie każdy może mieć górę, którą można rzeźbić. On znalazł swoją w Południowej Dakocie . Ta góra nazywa się Thunderhead.

* * *

Dziadek Ziółkowski , herbu Korczak , przypłynął z Polski u schylku XIX wieku. Wnuk, Korczak ( to imię) urodził sie 6 września 1908 roku w Bostonie . Jego rodzice Anna i Józef zginęli tragicznie w wypadku. Osieroconego  w niemowlęctwie przygarnęła  rodzina zastępcza.  Jego wspomnienia i doświadczenia z dzieciństwa są gorzkie. Opuszcza  opiekunów  majac zaledwie szesnaście lat. Chwyta się różnych zawodów, by wreszcie znaleźć pracę w stoczni jako cieśla. Pasjonuje go rzeźba w drzewie i kiedy poznaje Jana Kirchmajera w jego życiu następuje przełom. Kirchmajer nie tylko uczy go rzeźby ale uświadamia mu też jego polskie pochodzenie.

W latach trzydziestych dwudziestego wieku, Korczak Ziółkowski zdobywa uznanie jako rzeźbiarz. Znane są już jego prace . Rzeźbił między innymi ręce słynnego kompozytora i dyrygenta Leopolda Stokowskiego, popiersia rumuńskiego kompozytora Georga Enesco, i slynnej śpiewaczki Olgi Alverino. Rok 1939 jest kolejnym rokiem sukcesu. Na wystawie światowej w Nowym Jorku jego rzeźba – głowa Ignacego Paderewskiego , pianisty i premiera Polski , zdobywa pierwszą nagrodę. Korczak dostaje propozycję pracy przy pomniku w Mount Rushmore. Wyjeżdża do południowej Dakoty by pracować wraz z Gutzonem Borglumem. Po roku współpracy Ziółkowski odchodzi . Dostaje w tym czasie dość niezwykłą propozycję. Henry Standing Bear, wódz Siuksów składa Korczakowi propozycję wyrzeźbienia wodza „Szalonego Konia” (Crazy Horse) . Zapewne była to próba odpowiedzi na prace na Mount Rushmore , gdzie biały człowiek zakłocił spokój świętego dla Indian miejsca rzeźbiąc głowy  czterech amerykańskich prezydentów. W swoim liście do Korczaka Henry Stojacy Niedźwiedź (Standing Bear) napisał „ Moi wodzowie i ja , chcielibyśmy by biały człowiek wiedział, że czerwony człowiek też ma swoich bohaterów.” 

Jednakże Korczak nie odpowiedział na propozycję . Wybuchła wojna i jak wielu innych Amerykanów polskiego pochodzenia zglosił się do wojska. Ale wizja rzeźbienia góry nęciła go i kiedy znalazł się w cywilu zdecydowal się na wyjazd. Na miejsce Paha Sapa (Czarne Wzgórze) przyjechał 3 maja ( co za symbolika dla polskiego czytelnika!) 1947.

Opuścił cywilizację bostońska, dobrze rozwijącą się artystyczną karierę, by osiąść w Black Hills, w rezerwacie Indian Lakota. Najpierw zamieszkał w małym namiocie i w tym czasie  budował rodzinny dom.  Zaczął przygotowywać się do rzeźbienia góry. Jego zamierzenia były na miarę giganta. W pracy pomagała mu żona a potem kilkoro z jego dziesieciorga dzieci. One pracują do dziś. Korczak Ziółkowski zmarł 20 października 1982 roku. Jego grób znajduje się u stóp przyszłego pomnika . Wyryty napis  głosi „Korczak- Storyteller in Stone”.




* * * 

Projekt pomnika Szalonego Konia (Crazy Horse) jest trudnym wyzwaniem. Trzeba sobie wyobrazić wielkość zamierzenia. Głowa Indianina ma blisko 30 metrów, jego wyciągnięte ramię , na którym stanąc by mogło cztery tysiące ludzi ma rozmiar stadionu sportowego, głowa konia odpowida wysokości 2 pieter. By dokonać tego dzieła trzeba i sił i środków. Przez lata Korczak sam zmagał się z tą pracą, odrzucił propozycję rzadu federalnego i stanowego, nie przyjąl ofiarowanych mu pieniędzy. Po jego śmierci pracę kontunują jego dzieci.  Powołano  fundację. Pieniądze na trwającą wciąż budowę pochodzą  ze sprzedazy pamiątek i biletów wstępu. I darowizn. I jak zawsze gdy w grę wchodzą pieniadze zaczynają się problemy. Ale nie to jest przedmiotem mojej opowieści o Korczaku Ziółkowskim i Szalonym Koniu.

Jeżeli kiedyś los ( bądź świadomy wybór) zawiedzie Państwa do Południowej Dakoty wstąpcie by odwiedzić to miejsce, gdzie przez ponad trzydziesci lat żył i pracował człowiek o niezwyklej wyobraźni i odwadze.

Zatrzymajcie się Państwo  tam na chwilę by zrozumieć sens słów prezydenta Ronalda Reagana , który napisał  w liście kondolencyjnym do wdowy po Korczaku Ziólkowskim „Wizja i marzenia Pani męża są inspiracją dla tych, którzy sięgają w dziedziny ducha.”

List prezydenta Lecha Wałesy był, o ile pamiętam, jedynym listem z Polski eksponowanym w muzeum Korczaka.

 „Jako Polak jestem dumny , że Korczak Ziółkowski podjął dzieło , które będzie symbolem bohaterstwa , potęgi niezwyciężonego ducha, umiłowania wolnosci”.
Czy symbole pozostaną?  Czy legendy pozostaną żywe? Nie potrafię na te pytania odpwiedzieć. Zycie uczy, że odpowiedź może być negatywna. Ale trudno mi nie zgodzić się z tym co powiedział Korczak Ziólkowski :” Kiedy legenda umiera , kończą się marzenia. Kiedy umierają marzenia nie ma już wielkości.”

 

Hancock, Michigan. Wrzesień 2008 ; w setną rocznicę urodzin Korczaka Ziółkowskiego.

 copyright by Ryszarda LPelc


piątek, stycznia 22, 2021

20 stycznia 2021 -zaprzysiezenie 46-go prezydenta .

                                            







                                             



 

czwartek, września 24, 2020

Rocznica

 


To bylo 61 lat temu...Tutaj, w budynku Poczty zaczelo sie wszystko. 24 wrzesnia udzielono nam slubu  cywilnego.

czwartek, września 03, 2020

 Spacer po plaży na Marco.



 Biegnie wraz z falą

zapach morskiej algi

muszla  zbłąkana w bezmiarze

dziś na brzeg wyrzucona

w towarzystwie łupiny orzecha, (wspomnienia  kokosowej palmy).

 

Biegnie wraz z falą lekki podmuch wiatru

przynosząc z soba

perlisty śmiech dziecka brodzącego w wodzie

dojmujący krzyk białej mewy płaczki

daremnie pikującej w szafir wielkiej wody.

 

Suchy trzask muszli pod stopą dziewczyny

spłoszył   ryby  w zatoce.

Smugą białą ptactwo szybuje  nad wodą ,

 odbijającą  głębię nieba,

dzisiaj, tak jak wtedy,

 złoto- perłowego od zachodniej strony.

 

Wszystko jest



jak  było....

Tylko Ciebie nie ma.

 




czwartek, sierpnia 06, 2020

Rocznica, ktorej nie mozna zapomnieć.


 Był poniedziałek 6 sierpnia 1945 roku . Wojna w tym rejonie świata jeszcze trwała. Dzień zapowiadał się pogodnie. Niebo nad  Hiroszimą było nieskalanie czyste. Dobry cel dla samolotów. Raz zawyły syreny; wypatrzono jakiś samolot. Ale to był tylko samolot  sprawdzający widoczność tzw.“pogodowy”, nie zaatakował. Zycie mieszkańców wróciło do normy. Zapewne mieszkańcy Hiroszimy jak  i jeńcy wojenni z Chin i Korei nie wiedzieli, że dla blisko stu tysięcy będa to ostatnie chwile życia. Tego rana o godzinie 8:15 z samolotu amerykańskiego B-29  zrzucono bombę atomową  o wadze około pięciu ton, nazwaną pieszczotliwie “Little boy”. Bomba wybuchła 43 sekundy po zrzuceniu jej w odległości  508 metrów od dziedzińca szpitala Shima i 170 metrów od mostu Aioi. Nad centrum miasta uniósł się ogromny słup dymu w kształcie grzyba.

Pilot, pułkownik Paul Tibbets  i  bombardier  Thomas Ferebee  wykonali precyzyjnie  bojowe zadanie. Towarzyszył im inny samolot; byli w nim naukowcy, inżynierowie. Mieli za zadanie ocenić siłe wybuchu i efekty pierwszej atomowej bomby. Nie wiedziali jeszcze ,  że jedna trzecia mieszkańców Hiroszimy została unicestwiona.  Jedni zginęli na miejscu, inni umierali nieco później z poparzeń czy napromieniowania. Miasto zostało zamienione w popiół. Zachowało się jedynie około 10% budynków.

Hiroszima  przeszła do  historii wojen, jako pierwsze na świecie miasto zmiecione z  powierzchni ziemi  bombą atomową. Harry Truman, prezydent Stanów Zjednoczonych, wydał rozkaz użycia tej broni, choć  skutków być może nie przewidział . Uznał, że jego obowiązkiem jest zakończyć wojnę z Japonią  jak najszybciej, co zaoszczędzi krwi po obu stronach. Cesarz, podporządkowany władzy wojskowych , nie godził się na bezwarunkowa kapitulację, której żądano już w lipcu 1945 na konferencji  w Poczdamie. Ale nawet bezmiar ofiar  w Hiroszimie nie skłonił  soldateski japońskiej do natychmiastowej kapitulacji. Trzy dni później kolejna bomba  atomowa spadła na Nagasaki.  I dopiero wtedy Japonia podpisała akt kapitulacji.

***

W  Hiroszimie wybudowanej na nowo, w samym jej centrum nad rozwidleniem rzeki Ota   stoją ruiny niegdyś imponującej budowli. Jest to Genbaku Dome mae. Był dumą miasta, miejscem wystaw  przemysłowych.

Po wojnie   zamierzano  usunąć  to co pozostało  z niego ale  1966 roku zdecydowano , że  te ruiny będą świadczyły o tym co się wydarzyło.  Bomba wybuchła nad budynkiem i nie uszkodziła go w takim stopniu jak resztę domów.  Dziś ruiny stanowią   część parku poświęconego ofiarom wojny. W 1996 r. tzw. A-bomb Dome  czy tez Genbaku został zarejestrowany przez UNESCO  jako  zabytek  klasy światowej (World Heritage List) . Stało się tak mimo to, iż zarówno Chiny jak i Stany Zjednoczone  sprzeciwiały się uznając, iż w ten sposób zatrze się  rolę Japonii jako agresora.

 

***

W Parku Pokoju, na miejscu niegdyś napromieniowanym, skażonym, założono trawniki, posadzono drzewa i wiecznie zielone krzewy. Tam też postawiono  70 pomników. M.innymi jest tam Pomnik Przyjaźni, Fontanna Modłów, pawilon, w którym umieszczono dziesiątki tysięcy żurawi-origami, zrobionych przez dzieci z całego  świata. W Parku płonie  wieczny ogień przyniesiony ze świętego dla Japończyków ognia ze swiątyni na  wyspie Miyajima. Ogień zapalono w miejscu, gdzie  pochowano prochy siedemdziesięciu tysięcy ofiar .

Jeżeli  jest się  w Hiroszimie, nie można pominąć tego miejsca. W ogromnym budynku muzeum są zdjęcia ofiar, opisy wydarzeń. Jedna z sal poświęcona jest  Sadaki , dziewczynce, która jak tysiące innych zmarła na skutek choroby popromiennej. Przeszła do historii, bo  wierząc, że papierowe żurawie mają siłe uzdrowicielską ostatnie miesiące swego życia poświęciła na ich tworzenie.

Sale muzeum zapełniają liczne eksponaty odnalezione po wybuchu.  Zbyt drastyczne, zbyt przerażające by to opisywać. Wspomnę tylko o zegarku, którego wskazówki zatrzymały się na godzinie 8:15  kiedy zrzucono bombę. Pod nim umieszczono czyjś wiersz:

Ważka przeleciała tuż przede mną

usiadła na płocie,

wstałem wziąwszy czapkę w rękę

już miałem ją schwytać

I wtedy …

Wiersz nie ma dalszego ciągu…tak jak życie tysięcy …jak życie tego chłopca, który chciał schwytać ważkę.Tuż przy wejściu, w wielkim przeszklonym holu muzeum stoją  dwa ogromne  bloki marmuru z wyrytymi (po angielsku i japońsku) słowami , będącymi przesłaniem dla współczesnych i  potomnych. 

Wojna jest dziełem człowieka, wojna prowadzi do zniszczenia ludzkiego życia. Wojna to śmierć. Pamiętanie o   przeszłości   oznacza zobowiązanie wobec przyszłości. Pamiętanie o Hiroszimie oznacza  niedopuszczenie do wojny nuklearnej.”

Te  słowa wypowiedział Jan Paweł II 25 lutego 1981 roku podczas swej pielgrzymki do Hiroszimy.  Jan Paweł II powiedział je w Hiroszimie, ale mówił do całego świata. Ale czy Swiat Go usłyszał, czy zrozumiał?  Czy rocznicowe modły za ofiary i oficjalne wystąpienia na wielkim placu w Hiroszimie przed wiecznie płonącym zniczem zapobiegną zbrojeniom i wojnom?

 

Hiroszimę odwiedziłam w maju 2010 kilka miesięcy przed 65 rocznicą wybuchu bomby. To miasto jest piękne, nowoczesne, tętniące życiem. Miasto, powstałe jak Feniks z popiołów, ożyło na nowo.  Usunięto gruzy. Zbudowano nowe domy. Lśnią w słońcu szklane ściany drapaczy chmur. Ludzie na nowo je zaludnili. Hiroszima  liczy dziś ponad milion  mieszkańców.

 W tym roku mija 75 lat od czasu nuklearnego ataku. Ale mimo upływu czasu nic nie może ,i nie powinno, zatrzeć  pamięci  o tamtych tragicznych wydarzeniach .

 


 

 

 

 

 

niedziela, lipca 19, 2020

Mama odeszla...

Lipiec byl piekny tamtego roku.Cieply i sloneczny.
Moja Mama umarla w czwartek, 19 lipca 1962. Miala  52 lata. 


W ow czwartek, w poludnie prosila jeszcze o truskawki. Przynioslam je. Skosztowala. Powiedziala ze dobre. Usmiechnela sie.
Rozmawialam z lekarka. "To Jej ostatnie chwile" i jakby na pocieche dodala "Przestanie sie meczyc" . "Moja Matka jest tez ciezko chora, stan jest beznadziejny. Jestem lekarzem i nie potrafie Jej uratowac. Czy Pani rozumie moj dramat?"
Zblizala sie polnoc, kiedy Mama odeszla . Bylismy przy Niej oboje. I to, ze bylismy z Nia do konca zawsze bylo i pozostaje dla mnie jakas pociecha.
Byla dla mnie nie tylko Matka.Byla moja najlepsza przyjaciolka.

piątek, czerwca 12, 2020

31 rocznica stłumienia protestu ...


Noc na placu Niebiańskiego Spokoju

Nadzieja.

Napięcie.Ale ani strach ani terror nie malują ich twarzy.
Nie wiedzą jeszcze co się zdarzyć może,
Nie znają jeszcze swego przeznaczenia.

My telewidzowie ,rozparci w fotelach ,
bezpieczni w domach,
nie wiemy również, tylko przeczuwamy…

Oczekiwanie .

Na co tam czekają?
Na wolność ? Na uznanie praw czlowieka?
Na gest zrozumienia ze strony czerwonych Matuzalemów?

Na cóż mają nadzieję?
Na gest litosny współczesnego Heroda,
 który nie używa miecza,
tylko gazów łzawiacych, karabinów i czołgów?

Mają nadzieję, że świat zakrzyknie przeciwko zbrodni?
Może  wierzą,
że we współczesnym świecie masowy mord nie jest możliwy?

Studenci, robotnicy , chłopi z przepaskami
przeciwko armii chronionej  hełmami ze stali.
Ręce z transparentami “ZADAMY WOLNOSCI”
Przeciwko zbrojnym w karabiny rękom.
Kruche barykady, jak z chłopięcych zabaw,
Przeciwko czołgom.



Swiat i my patrzymy na plac pekiński wstrzymując oddechy.
Niemy świat i my oniemiali ze zgrozy  czekamy.

Akcja.

Atak .

Huk wybuchów,  łoskot karabinów, łomot ciężkich czołgów.

Krew. Ogień.

Krew, cierpienie,śmierć. Mord. Zbrodnia.

Krew na placu Tienanmen .

Tragedia Niobe na nowo ożyła.
Tej nocy Niobe ma twarz chińskiej matki.
Statua Wolności w Paryżu i jej siostra w Stanach
stoją
nieporuszone ,obojętne, kamiennie spokojne.
Statua na placu w Pekinie
Ma twarz chińskiej dziewczyny.
Zawiązane oczy.

Skazana na śmierc
Będzie zamordowana tej nocy.
Na placu Tienanmen
Na placu Niebiańskiego Spokoju .
4 czerwca 1989 roku.



Ten wiersz napisałam pierwotnie po angielsku na konkurs poetycki ogłoszony przez uniwersytet w Camberze (Australia) dla upamiętnienia pierwszej rocznicy masakry. Potem przetłumaczyłam. Był opublikowany między innymi 
w "Przekroju" w “Okienku z wierszem”.


poniedziałek, czerwca 08, 2020

Hemingway'owie na florydzkiej wyspie Sanibel.

Ilekroć  jadę na Florydę   znajomi pytają co zamierzam tam robić. 
            “Właściwie nic” odpowiadam. Bo przecież nie mogę odpowiedziec, że będę się zajmowac glownie obserwacją lotu pelikanów czy intensywnym  wypatrywaniem  delfinów, oglądaniem  zachodów słońca. 
Nawet  słychanie szumu fal i trzasku muszli pod stopami na rozleglej   plaży, nie jest przecież “robotą”.
          “A może  będziesz pisać “? Z pewnością  będę.
Będę też sporo czytać. Biblioteka na wyspie jest  doskonale zaopatrzona i dobrych ksiażek jest znacznie wiecej niż mozna przeczytać w ciągu wielu  lat, a nie tylko podczas paru tygodni pobytu.
        Podczas ostatniej swej wizyty w tutejszej bibliotece , dowiedziałam się iż Hilary Hemingway, bratanica Ernesta , spotka się z czytelnikami swych książek “Polowanie z Hemingway`em” i “Hemingway na Kubie”. Hilary jest też autorką filmu “Hemingway na Kubie”. “Powinnam pójść na to spotkanie”pomyślałam.

* * *

Pisarzem mojej młodości był Ernest Hemingway. Z nim szłam “ Za rzeke w cień drzew”,  przyglądałam się dramatycznym zmaganiom Starego Człowieka, towarzyszyłam bohaterom hiszpańskiej okrutnej wojny domowej , nie pytając “Komu bije dzwon”.Hemigway  był dla mego pokolenia pisarzem, ktory “otwierał okna na swiat” zachodniej, amerykańskiej literatury.

Był postacią osnutą legendą, a jego śmierć, najpewniej samobόjcza, tę legendę wzmocnila.
Wtedy nie  myślałam , iż kiedyś uda mi się  wejść na  drogi ,ktόrymi chadzał  Ernest Hemingway.

                *      *      *

    Przed kilkunastu laty  w drodze z południa  Florydy  do swego domu  na       Pόłnocy nad jeziorem Superior   odwiedziłam dom należący do rodziny Hemingway`όw.
W Dolnym Michigan, w pięknych, gęsto zalesionych okolicach , nad jeziorem Walloon państwo Hemingway`owie mieli swą letnią rezydencję. Tam   mały Ernest wraz z rodzicami i rodzeństwem   spędzal  letnie wakacje. Swą malowniczość ta okolica swą zawdzięcza pięknym mieszanym lasom i rzece o nazwie Two Hearts River , rozsławionej potem przez pisarza ( "Rzeka Dwu Serc").

                *      *      *

    To w Michigan  Ernest doznawał przeżyć, którymi potem opisał w swych opowiadaniach. Stały się one doświadczeniami  bohatera  opowiadań Nicka Adamsa . Tam po raz pierwszy  Ernest uczył się tego, co zostało jego pasją do końca życia; wędkarstwa i myśliwstwa.


W  malownicze okolice miasta Petoski nigdy nie wrόcilam, ale w kilka lat potem,  wizytę złożyłam w dawnym domu Ernesta i jego zony Pauliny na Key West na Florydzie.

Jest to jedno z najbardziej popularnych  i znanych miejsc, w ktόrych pisarz lubił przebywać . Na Key West  każdego roku hucznie obchodzi do dziś urodziny "Papy" Hemingwaya. Wyspiarskie miasteczko ma szczegόlne powody do celebracji, bowiem najlepsze swe dzieła Hemingway  napisal na Key West .

Ale Key West nie jest  jedynym miejscem na Florydzie, które związane jest z pisarzem.

O  Hemingway’u  pamiętają też na  innych wyspach także nad Zatoką Meksykańska.                               
                         *   *  *
        Malownicza wyspa Sanibel ,  położona niedaleko Fort Myers , w południowo- zachodniej części  Florydy , byla i w latach dwudziestych  wymarzonym miejscem dla wypoczynku.
Ojciec  Hemingwaya zainwestowal spore pieniadze  na Florydzie, która stawała się modna w latach 20tych XX.
Na uroczą, tropikalna wyspę Sanibel przyjechala na wakacje zona doktora Hemingway`a  Grace  z dziećmi.

O tym, że Hemingway'owie byli na wyspie nikt nie wątpi. Najlepszym , niezaprzeczalnym dowodem na to, jest zdjęcie Grace Hemingway z małą Carol i wlascicielką pensjonatu.

By upamiętnić związki  Hemingwayów z  Sanibel, Towarzystwo Historyczne i potomkowie Grace i  Clarence'a (Eda) Hemingway'ów organizują   miedzynarodowe sympozja poświęcone Hemingwayowi. 
W jednym z nich miałam przyjemnośc uczestniczyć.
 Program byl różnorodny i bogaty. Na wystawach w muzeum historycznym prezentowano pamiatki rodzinne, fotografie, kopie rękopisów Hemingwaya.  Byla ekspozycja  prac fotograficznych  i plastycznych , będących wynikiem ogloszonego wczesniej  konkursu. 
        W  miejskim  Ośrodku ( Comunity Center)   odbyła się dwudniowa konferencja literacka. 
Na aukcji, na której można bylo kupić kopie listów i dokumentów z kolekcji Hemingwaya a także  powieść Hemingway'a "True at First Light"panowało spore ożywienie. Książka  o elementach biograficznych   zostala opracowana edytorsko przez syna Hemingway'a, Patricka .

        Program hemingwayowskiego festiwalu byl bogaty . Największą zaletą tych spotkan było to iż mialy one kameralny charakter. Nieczęsto się zdarza by można bylo rozmawiać z czlonkami najbliższej rodziny czlowieka, który już za życia stał się legendą.

Na tej egzotycznej tropikalnej wyspie miałam zaszczyt i przyjemność poznania osobiscie najbliższych czlonków rodziny wielkiego pisarza.

Ich choć każdy z nich ma własne osiagnięcia, to niewątpliwie blask sławy Hemingway’a i ich w jakiś sposόb opromienia.

                        *      *      *

        Z dalekiej Montany przylecial Patrick Hemingway z żoną Carol.

Bratanica Ernesta , Hilary Hemingway i  jej mąż Jeffry P. Lindsay ,  Anne Hemingway Feuer, córka najmlodszego brata Ernesta, Leicestera byli “sprawcami” tego wydarzenia .

Przyjechał  też  drugi syn pisarza, Jake Hemingway i jego syn Hugh. 19-letnia  Sara Feuer, corka Anny Hemingway , uzdolniona malarka namalowała wspaniały portret dziadka Ernesta.

Moja “hemingway`owska przygoda” na wyspie Sanibel była fascynująca.

Zostały mi w pamięci historie opowiadane przez Johna E. Stanforda, siostrzeńca Hemingway'a o inwestycjach dziadka, dr Clarence Hemingway'a w Saint Petersburgu  na Florydzie. Ogólnoświatowy krach gospodarczy , który nastąpił doprowadził rodzinę do ruiny. Clarence popełnił zaś samobójstwo. Opowiesci o listach  Ernesta do najstarszej siostry Marceliny, i o tym jak konflikt pomiędzy kochającym się kiedyś rodzeństwem zakończyło się  dwudziestopiecioletnią  seperacją i całkowitym milczeniem ze strony Ernesta. Zachowałam  w pamięci zabawne anegdoty  autora książki  "Hemingway in  Love and War" Jamesa Nagel’a . Jego książka była sfilmowana ale musiał staczać walkę ze scenarzystami  z Hollywood , którzy próbowali "ulepszyć" historię mlodego Hemingway'a . Gdyby temu nie przeszkodzil, “Hemingway  okazalby się jeszcze większym bohaterem niz James Bond” .

Ze wzruszeniem wspominam  wnuczkę Ernesta, młodą sympatyczną kobietę   Minę Hemingway. 
Wychowana w Tanzanii , gdzie pracowal jej ojciec Patrick , po studiach w Texasie,  mieszka z rodziną na Sanibel. 
Jej ojciec Patryk drugi syn Ernesta okazał się urzekająco  bezpośredni w kontaktach i rozmowach.  Patryk, syn Pauliny ( druga żona) i Hemingwaya ,  kocha Afrykę. Odbywał tam liczne podrόże w towarzystwie Ojca. Chwycił “bakcyla fascynacji Afryką”  i przez wiele lat był przewodnikiem wycieczek na  safari.   

*      *      *

           Od wielu lat  szukam ścieżek, ktorymi chadzał Ernest Hemingway. Stąpałam też po jego śladach . Oglądałam korridę, która go tak bardzo fascynowała.
Wiem jednak, iż jest znacznie więcej miejsc nieznanych, które czekają na “moje odkrycia”. Do wielu z nich nigdy nie dotrę . Pozostaną dla mnie niedostępne.

Ale  w Paryzu, Pamplonie, Madrycie na poludniu Stanów, na Florydzie   i na pόłnocy w Michigan ,  miejsca związane z Hemingway`em już “należą “ i do mnie.