czwartek, kwietnia 30, 2020


Ryszarda L. Pelc

Paciorki białego różańca.



Bywają sytuacje, które nas oszałamiaja. Bywa, iż uczestniczymy w zdarzeniach,

których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, przeczuć, ba nawet wymarzyć.

Kiedy myślę o takich niezwykłych zdarzeniach w moim życiu, nieodparcie przywodzę

na myśl moją pierwszą podróż do Rzymu. Mijały miesiące i lata a Rzym ciągle

pozostawał dla mnie nieosiągalny. Były inne plany, inne podróże, inne obowiązki.

Ale nigdy o Rzymie nie przestawałam myśleć. Wierzyłam , że kiedyś tam pojadę.

Wielokrotnie w wyobraźni widziałam siebie błądzącą po wąskich uliczkach tego

miasta, stojącą w zadumie nad losami wielkiego imperium na Forum Romanum ,

spoglądającą na Koloseum, o którym przejmująco , choć nie zawsze zgodnie z

historycznymi faktami , opowiedział Henryk Sienkiewicz.

W tych “podróżniczych fantazjach” zwiedzałam Kaplicę Sykstyńską i słynne

watykańskie muzeum, gdzie obraz Jana Matejki przypomina światu o roli Polaków w

ratowaniu chrześcijańskiej Europy. W wyobraźni pojawiał się plac przed Bazyliką , na

którym tłum pielgrzymów i turystów z całego świata oczekiwał pojawienia się w oknie

biblioteki papieskiej Jana Pawła II. Ja byłam także w tym tłumie.Jednego tylko nie

mogłam sobie wyobrazić. Tego, iż pewnego dnia znajdę sie za murami Watykanu i

będę uczestniczyć we mszy świętej w prywatnej kaplicy Papieża.

***

Wyjazd do Rzymu niespodziewanie stał się możliwy za sprawą mojej znajomej , nota

bene bohaterki mojego reportażu o Amerykanach polskiego pochodzenia.

Był kwiecień 1994 roku.

Kiedy przyleciałyśmy na Fiumicino było słoneczne, ciepłe popołudnie, oczekiwał nas

Rzym, a przede wszystkim Ci, którzy spowodowali , że nasz pobyt w tym mieście na

zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Z lotniska odebrał nas młody , polski ksiądz. Jechaliśmy poprzez podmiejskie rejony

miasta rozlokowanego na siedmiu wzgórzach.

Wokół było zielono, słonecznie, sielsko.

Cyprysowe drzewa pnące się ku niebu, wyniosłe, smukłe, ciemnozielone mówiły mi,

że jestem znów we Włoszech .Białe wille pokryte dachami w kolorze terrakoty,

rozsiane po okolicznych wzgórzach wydawały się oazami piękna , szczęścia i spokoju.

Naszym docelowym miejscem był Dom Polski imienia Jana Pawła II mieszczący się

na obrzeżach Rzymu, przy via Cassia.

Nad bramą powiewała biało-czerwona flaga.

Dom otoczony rozległym ogrodem stwarzał wrażenie ( i takim się okazał) oazy

spokoju. Życzliwie zostałyśmy przyjęte przez siostry , sprawujące pieczę nad

pielgrzymami przybywającymi tu ze wszystkich stron świata . Są to głównie Polacy

rozsiani po wszystkich kontynentach, choć poważny procent zatrzymujących się tu,

przyjeżdża z Polski.

***

Powiedziano nam, że następnego rana będziemy miały możliwość uczestniczenia w

mszy świętej celebrowanej przez Ojca Świętego w Jego prywatnej kaplicy, a potem

zostaniemy przyjęte na audiencji. Miałam świadomość iż stało się coś niezwykłego.

Potem, długo w noc, snułam opowieści o tym jak Polacy w Polsce przyjęli kiedyś

wiadomość o wyborze Polaka na biskupa Rzymu, o tym jak tłumy gromadziły się na





stadionach i ulicach polskich miast kiedy Jan Paweł II je odwiedzał . Mówiłam o

nadziejach jakie budził i o tym jak umundurowanemu generałowi, który wypowiedział

wojnę Narodowi w 1981 trzęsły się kolana podczas rozmowy z Człowiekiem w bieli.

Próbowałam przekazać Kathy fragmenty najnowszej historii Kraju jej przodków.

A we mnie tamtej nocy na nowo ożyły wspomnienia jakże odległych już lat .

***

Kiedy się obudziłam, słońce dopiero wstawało rozjaśniając różowoperłowym blaskiem

okoliczne doliny i wzgórza . Delikatna mgła , jak przejrzysty welon otulała oliwkowe

drzewa .Przez otwarte okno dochodziło swiergotanie ptaków.

Był to dzień Św. Wojciecha.

Wyjechaliśmy z Domu o szóstej rano. W obszernym samochodzie było nas siedmioro.

Oprócz nas było pięcioro Francuzów z Lille . Przejazd przez opustoszałe o tej porze

miasto dawał okazję do jego obejrzenia .

I oto przed nami pokazała się, tyle razy oglądana w albumach i TV , kolumnada przy

placu otaczającym Bazylikę Św. Piotra.

Okrążyliśmy mury Watykanu i wjechaliśmy w jedną z bram. Tam jeden ze strażników

sprawdził dokumenty. Potem wjechaliśmy na rozległy prostokątny dziedziniec. W

bramach stali żołnierze papieskiej gwardii .

Weszliśmy do ogromnego gmachu. Zaproszono nas do jednego z pokoi. Nikt nie

rozmawiał. Panowała dojmująca cisza. Każdy z nas miał świadomość tej niebywalej

chwili. Za kilka minut mieliśmy zobaczyć Papieża w Jego prywatnej kaplicy.

Potem przyszedł jakiś urzędnik i zaprowadził nas do innego pomieszczenia.

Czekaliśmy chwilę. Po chwili wrócił i oznajmił iż na liście zaproszonych jest tylko

sześc osób. Dopiero po chwili stało się dla mnie jasne, iż nie ma tam mojego

nazwiska!

“Ktoś czegoś nie dopatrzył” pomyślałam w popłochu. “To niemożliwe, być tak

blisko...”

“Proszę się nie martwić, prosze się nie denerwować” powiedział Francuz. “Wszystko

się wyjaśni”. Cała szóstka odeszla prowadzona przez Urzędnika. W wielkim pustym

korytarzu zostałam sama. Czas jakiś słuchałam kroków odchodzących, które odbijały

się echem w długim korytarzu. Potem zauważylam że obok mnie stoi młody

gwardzista . Uroczy chłopak w mundurze gwardii szwajcarskiej.Był pełen

współczucia.

Podeszłam do okna. Odchyliłam lekko biała firankę i spoglądałam na dziedziniec z

czterech stron otoczony wielkimi gmachami. W cieniu bramy stał papieski

gwardzista. Poza tym pustka.

Nagle ciszę, w której można chyba było słyszeć niespokojne bicie mego serca,

przerwał odgłos kroków. Echo powtarzało. Nasłuchiwałam. Pojawił się ksiądz

Dziwisz.. “Proszę, niech Pani pozwoli”, powiedział. Dołaczyłam do oczekujących na

wejście do kaplicy.

Ojciec Swięty klęczał u stóp krzyża zatopiony w modlitwie. Odniosłam wrażenie iż

jest kompletnie wyizolowany od zewnętrznego świata.

** *

Kaplica , do której weszliśmy po chwili była mała i skromna, wobec przepychu, ktory

miałam już okazję zobaczyć w murach Watykanu. Sciany z białego marmuru, nieduże

kolorowe witraże. Ołtarz i krzyż wykonane z brązowego marmuru. . U stóp krzyża

wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.

W kaplicy zgromadziło się około czterdziestu osób , tyle chyba ile mogła pomieścić.

Kilkunastu seminarzystów z Polski, kilkanaście zakonnic. Kilka innych osób z Polski.

Młodzi ludzie z dzieckiem. Polski konsul na Ukrainie. Papież podniósł się z klęczek.



Rozpoczęło się misterium. Msza była odprawiana po polsku. W trakcie nabożeństwa

chłonęłam każdy gest, każdą nutę, intonację, słowo i gest Jana Pawła. Byłam

przekonana , że zachowam je w pamięci na zawsze.

Tak się nie stało. Ale dobrze pamiętam atmosferę tamtego niezwykłego dnia.

Kiedy przyjmowałam komunię z Jego rąk podniosłam glowę. Nasze spojrzenia się

spotkały. Ale On patrzył jakby na wskroś, jakoś daleko, poza mnie. W tym spojrzeniu

było coś dojmującego. A może to tylko utrudzenie ?

Wydawało mi się, że było to inne spojrzenie , niż to , które zapamiętałam sprzed

kilkunastu laty z Wrocławia. Stałam wśród setek tysięcy ludzi. Wtedy byłam niemal

pewna , że patrzy wprost na mnie, choć wiem , że było to niemożliwe.

* * *

Po skończonym nabożenstwie zaprowadzono nas do pełnej przepychu sali

audiencyjnej. Było nas mało więc ginęliśmy w tym przepastnym wnętrzu. Po chwili

wszedł Papież, rozpocząl rozmowy z seminarzystami, żartował i raz po raz słychać

bylo śmiechy. Podchodził do każdego z obecnych. Po jakimś czasie podszedł do nas.

“Panie są ze Stanów” przedstawił nas ksiądz Dziwisz. Wtedy Papież zwrócił się do

mnie z pytaniem “Czy mówi pani po polsku”; “Tak, oczywiście” odpowiedziałam . I

wtedy uświadomiłam sobie, że ten prosty fakt , iż znam ten język, nabrał dla mnie

podczas tej wizyty, znaczenia szczególnego. Język ojczysty Papieża jest też moim

językiem .

***

Spędziłam w Rzymie jeszcze kilka dni. Przemierzałam dziesiątki kilometrów,

odpoczywałam na Hiszpańskich schodach, wstąpiłam do hotelu , w którym

Sienkiewicz zatrzymywał się podczas swych pobytów w Rzymie.

W Cafe el Greco , gdzie przesiadywał Adam Mickiewicz otoczony emigrantami

polskimi, wypiłam kieliszek wina. Na Piazza Navona przyglądałam się gołębiom i

ludziom. W upale wędrowałam do fontanny di Trevi by tam wrzucic monetę,

podobnie jak miliony turystów i tym samym zapewnić sobie życzliwość losu i

możliwość powrotu do Rzymu - Wiecznego Miasta.

Po kilku latach wróciłam do Rzymu z moim mężem. I kiedy staliśmy obok siebie na

wielkim placu w tłumie oczekując na pojawienie się Papieża, wspominałam swoją

pierwszą rzymską wizytę.

W mojej torebce spoczywał różaniec z białych paciorków ofiarowany mi wtedy przez

Papieża. Mam go zawsze ze sobą. Jest to bowiem najcenniejszy, najbardziej

znaczący dar jaki kiedykolwiek dostałam.

środa, kwietnia 22, 2020

Opowiesc o sklejonym talerzu.

Widzisz ten talerz kupiony w sklepie z porcelaną?
Jeszcze niedawno, jeszcze tak niedawno

Był piekny, z politurą lśniącą i nietkniętą

Patrzyliśmy nań z zachwytem.

Talerz. Niby nic, a takie dzieło sztuki.





Teraz ten talerz nosi ślady czasu, a nawet co gorsza ,

Czyjejs nieuwagi.

Nie ze złości, nie w pasji, ot tak mimochodem,

Ktoś go opuścił, rozbił na kawałki.

Zranił.

Staranne sklejenie uratowalo (na czas jakiś)

talerz przed śmietnikiem ,

miejscem , gdzie spoczywaja mniej szczęśliwe szczątki innych

takich cacek ręcznie malowanych.



Choc porcelanowe rany już nie krwawią

Blizny po nich są znaczne, ciągle dostrzegalne.

Trzeba też  pogodzić się z myślą, że prawdopodobieństwo,

 iż talerz pęknie na nowo, rozsypie w kawałki

Nie dające się zebrać w całość  jak poprzednio,

Jest przeciez znaczące.


„ Czy tak może stać się  z nami ?” pytają.


Powiedz  im jakiego kleju użyć trzeba by mogli wrócić

do krainy ułudy o trwałej , niezniszczalnej  miłości?





2 sierpnia 2008


piątek, stycznia 10, 2020

O malarzach, Rzymianach i corridach w Arles. (z mojego archiwum)



Znakomita wystawa w  Chicago “ Van Gogh and Gauguin  . The Studio of the South”  zamknęła już dawno swe podwoje .  Barbara Mirecka,  koordynator  tej wystawy w Instytucie Sztuki w Chicago, rozmowie z Danutą Peszyńską wspominała  iż ostatnie zamόwione  obrazy dotarły do organizatorόw 10 września 2001 roku , a więc jeden dzień przed zamachem terrorystycznym na Stany Zjednoczone. 

Mimo poważnych komplikacji organizacyjnych, mimo  zmniejszonego,  w pierwszych dniach,  napływu zwiedzajacych, wystawa cieszyła się  dużym powodzeniem .Oglądano obrazy , ktόre powstały pod niebem Prowansji, w Arles .

.

                                    *          *          *                     

Arles, francuskie miasto nad Rodanem , liczące dziś około pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańcόw, ma bogatą przeszłość.

  Początki tego miasta  założonego przez Grekόw, sięgają VI wieku przed Chrystusem.   Przez długi czas  Arles bylo ważnym ośrodkiem kulturalnym , ekonomicznym a w Sredniowieczu religijnym. Potem jego rola malała  i Arles  stalo się poprostu jednym z   prowincjonalnych, rolniczych miasteczek Prowansji.

Dziś  Arles znane jest  z   upraw ryżu,  winnic, ogrodόw, oliwek, hodowli kόz i owiec , bykόw i koni.. Jest  także ważnym ośrodkiem  turystycznym  i kulturalnym Prowansji. Odbywają się znane ze swej atrakcyjnosci  doroczne Festiwale z okazji Wielkiej Nocy , kiedy  można   emocjonować się , najatrakcyjniejszym punktem programu, corridą.

Jednakże  Arles jest znane z innych powodόw. To tu miało powstać wymarzone przez Van Gogha “Studio Południa” . Udał się ten zamysł połowicznie.  Na wezwanie zjawił się  tylko Gauguin,   a  wspόłpraca  artystόw trwała zaledwie kilka tygodni. 

Mimo to ten okres   przeszedł do historii światowego malarstwa.

Jeszcze jednym  potwierdzeniem tego była  wystawa w Instytucie Sztuki w Chicago. Zgromadzono na niej 135 obrazόw obu artystόw , liczne rysunki i listy .

Wystawę “Studio Południa” obejrzałam w  dzień po jej  otwarciu.

 Do Arles, gdzie miejsca dzieła te powstały,  pojechałam trzy  miesięce potem.

                                    *          *          *

Wieczόr w Arles. Siedzimy w niedużej hotelowej restauracji .

 Trzymamy w ręku karty win zastanawiając się nad wyborem.

Lista win jest długa , jesteśmy skupieni; ostatecznie wybόr wina we Francji jest sprawą niebagatelnej wagi.  “O , popatrz “ mowię do męża, jest   wino “Van Gogh” .

Polacy mają  wόdkę “Chopin”,  holendrzy czekoladowy likier “Vermeer”,  dlaczego nie miałoby być wina o nazwie  “Van Gogh”?

Przykład  reklamy. Oczarowac, urzec klienta,  nie tylko smakiem ale i nazwą.

Francja  korzysta z faktu, że przed ponad stu laty osiedlil się, mieszkał i tworzył tu przybysz z Holandii, artysta, ktόry malował zaledwie osiem lat , a zostawił po sobie  ponad tysiąc rysunkόw  oraz setki listόw,   w ktorych opisywał proces tworzenia swych obrazow . Namalował ich ponad  850 a  200 z nich powstało właśnie, tu w Arles.

Ponad  sześćsest listόw  napisał do swego młodszego brata Theo,  ktory był  jego jedyną podporą  przez wiele lat. Theo trudnił się zawodowo sprzedawaniem  obrazόw; ale  nigdy  nie udało mu się , poza jednym jedynym ( a I to nie jest pewne), sprzedać obrazόw Vincenta . 

Dziś kiedy o obrazy van Gogha  ubiegają się największe muzea świata i prywatni kolekcjonerzy , a każdy z nich  sprzedaje się za dziesiątki milionόw dolarow , trudno uwierzyć,  iż ten Artysta niemal przemierał głodem.

Trudno  uwierzyć, iż  popełnił samobόjstwo pod wpływem szaleństwa, wywołanego  pośrednio (być może) strachem przed beznadzieją nędzy.

                                    *          *          *

Arles jest miastem  pamiętającym odległe czasy rzymskiego panowania. Pozostały do dziś  antyczne budowle, ktore harmonijnie koegzystują z kamieniczkami z pόźniejszych epok, z romańskimi czy gotyckimi kościołami.

Arles jest ruchliwym ośrodkiem turystycznym. Przyjeżdzają tu,  nawet teraz, kiedy z niesłabnącą grozą  Swiat wspomina wydarzenia 11 września , nie mogąc w pełni ogarnąć ich  przyczyn i skutkόw i zamiera na myśl co jeszcze może się stać. Ale życie biegnie swoim torem. Więc ludzie podrόżują …. 

Przyjeżdżają do Arles mimo, że  zimowe niebo Prowancji jest szare, od Małych Alp wieje mroźny Mistral ,  rozległe rowniny  są brunatne , winnice opustoszałe , na świecie niebezbiecznie, .

 Ciągną tu liczne japońskie wycieczki zbiorowe, zjeżdzają wielbiciele kultury francuskiej.

Tym samym pragnieniem przywiedzeni,przyjechaliśmy i my.

.Oczywiście znacznie lepszym okresem dla zwiedzania jest zapewne lato a wymarzonym wiosna, ale  teraz nie jest tak tłoczno .

Vincent van Gogh  zjawił się w Arles właśnie  zimą.

 I choć przyjechał tu  dla owego cudownego światła , zafascynowany obrazami impresjonistόw, z ktόrymi zetknął się w Paryżu, jakoś musiał pogodzić się z tym ,  że otacza go pejzaż  jeszcze zimowy…
Malarz   chyba był z tego zadowolony, bo wydawało mu się, że  Arles i  jego okolice w śniegu  przypominają krajobrazy Japonii. A na ten okres przypadało właśnie jego oczarowanie japońską sztuką. . 
Tak więc w pierwszych tygodniach  pobytu,  nad jego głową wisialy  niskie, szare chmury, tak jak ja je widziałam spacerując po  placach i wąskich uliczkach Arles.

                                    *          *          *

  W restauracji hotelowej w Arles zamawiamy  więc wino “Van Gogh”. 
“Czy to nie dziwne? Za życia taki był nieznany, niedoceniony  i taki straszliwie ubogi a teraz wszędzie jest jego nazwisko…” mόwię do kelnerki .  “O tak,  był bardzo biedny, a dzisiaj…” odpowiada,  nie kończąc myśli; wszyscy troje wiemy,  o co chodzi. “ C`es ne pas juste” dodaje . Tak, to prawda, “to jest niesprawiedliwe…”. 
Kelnerka  przynosi  butelkę wina,  na ktόrej widnieje reprodukcja  jednego z  licznych autoportretόw Vincenta.                                                                                                                                                          *          *    * *  *           
Nie wiemy właściwie dlaczego w owym 1888 roku Vincent van Gogh zdecydował się na przyjazd z Paryża do Arles. Być może stało się to pod wpływem lektury Adolfa Daudet , miłośnika prowansalskich krajobrazόw, ludzi , ich obyczajόw i legend, ktόry pisał listy ze starego wiatraka. Być  może sprawiła to  lektura  prozy Emila Zoli .
Może  stało się to pod wpływem  Paula Cezanne, znakomitego malarza ?
A może poprostu zdecydował się na ten wyjazd do Arles  z tęsknoty za czymś nowym, odmiennym od  tego co znał ? Może ufność w to, że nowe miejsce pod słońcem Południa zmieni jego życie a jego idee  o wspόlnocie artystόw się ziszczą?

                                    *          *          *
j mąż i ja przyjechaliśmy do Arles,  bo od dawna chcieliśmy wrόcić , choć na kilka dni , do Prowansji.
 Zafascynowała nas już dawno. Byliśmy tam po raz pierwszy  latem 1974 roku. Rozbiliśmy wtedy namiot na polu campingowym w Tarascon .  Potem  jeździliśmy oglądać zachowane dowody chwały i potegi rzymskiego imperium; areny w Arles, Nimes, Orange i  gotyckie kościoły , ktόrych frontony zdobią wspaniałe  rzeźby świętych . Niestety wielu świętych  stoi bez głow; postrącano je podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kiedy byliśmy latem  było upalnie, błekitnie . Zieloność wysokich cyprysόw i cień  padajacy od koron ogromnych platanόw , ktόrymi wysadzane są aleje miast i miasteczek były takie jak na obrazach impresjonistόw, a noce nad Rodanem  tak  gwiaździste jak  ta, ktόrą namalowal van Gogh 28 września 1888 roku… 
Na ożywienie  naszego marzenia o powrocie do Arles , do  Prowansji wpłynęła  też obejrzana  w Chicago wystawa malarstwa “Van Gogh and Gauguin. The Studio of the South” .

Naszą decyzję o podrόży “za morze” podjęliśmy jakby na przekόr temu co dzieje się na swiecie.  Uznaliśmy, że nie należy niczego odkładac  na “przyszłość”. 
Teraz trzeba  korzystac z każdej okazji by pojechać, zobaczyć, przeżyć…Bo przecież  nikt nie wie co stanie się za chwilę.
Carpe diem” mawiali Rzymianie…                                                                               *          *          * * *
W “Atrium” na ścianach fotografie białych koni i …głowa byka. Jesteśmy przecież  na Poludniu a tu  corrida  jest rόwnie  popularna jak w Hiszpanii. Wspaniałe rasowe czarne byki są tak samo przedmiotem zachwytόw  i piękne, białe konie z Camargue . 
“A co robi ta bycza głowa na ścianie?”,zastanawiam się. Okazuje się że to tragiczna ofiara wypadku! We Francji nie zabija się bykόw , tak jak dzieje się to na corridach w Hiszpanii; ale  bywają  przypadki .  Jego śmierć nie była zamierzona. 

                                                *          *          *

  Siedzimy w kawiarni. Para  przy sąsiednim stoliku zajęta rozmową. Ja przyglądam się mężczyźnie , bo od kiedy go zobaczyłam przykuł moją uwagę. Po chwili jestem prawie pewna ,  iz tego siwego pana musiałam gdzieś już widzieć…te oczy, szczupłość twarzy, zarys brody, ostry nos…

A potem już  wiem na pewno, że ten człowiek jest całkiem, ale to całkiem podobny do Van Gogha  Widziałam przecież wiele  jego autoportretow a  studium do autoportretu z 1887  malowanego w Paryżu przedstawia bardzo podobną twarz. Tyle tylko, że “mόj” sąsiad  nie nosi zarostu…
Opuściłam kawiarnię   nie dowiedziawszy się czy mόj sąsiad z kawiarni mial jakieś zwiazki krwi z Van Goghiem czy nie.Może  jeszcze kiedyś jakiś badacz życia Vincenta  to odkryje, ktόż to wie…

                                                *          *          *
 Kiedy się jest w Arles, nie sposόb nie myśleć o Van Goghu.
A on czuł się tu chyba   bardziej samotny  niż gdzie indziej . Jego przyjazd  do miasteczka, wzbudził zainteresowanie, ale   nie obudził  specjalnie przyjaznych uczuć jego mieszkańcόw. Arles było wόwczas małym sennym miasteczkiem. Dla jego mieszkańcόw był człowiekiem z zewnątrz, rudym Holendrem, mόwiącym z obcym akcentem. Tuż po przyjeżdzie odwiedzili go aptekarz i własciciel sklepu spożywczego, obaj malarze- amatorzy, ale to była pierwsza i ostatnia wizyta. Zaś miejscowi artyści zignorowali go. Udało mu się  jednak zaprzyjaźnić z listonoszem , Jozefem Roulin, i jego rodziną.  Ich portrety  malował kilkakrotnie. 
Vincent nie miał  wielu okazji do rozmόw, bądź  je odrzucał i ograniczał się ledwie do zamawiania dań w restauracji; ale pisał dużo i często listy; do brata, Gauguina, Emila Bernarda (malarza) Toulouse-Lautrec`a ( ktόry nigdy na listy nie odpowiedział). Odwiedzał lokalny burdel. Ale przede wszystkim dużo malowal. 
Po jakimś czasie   przeniόsł się z hotelu do wynajętego przez siebie domu mieszczącego  się przy placu Lamartin pod nr 2. To tam w  “Zόłtym Domu” zamieszkał na krόtko w towarzystwie Gauguina . I tam w dzień wigilijny doszło do dramatycznego zdarzenia , historycznej kłotni, w wyniku ktόrej , jak się przypuszcza, Van Gogh obciął sobie ucho. Nastąpiło  ostateczne rozstanie Gauguina z Vincentem.  Prόba stworzenia artystycznej wspόlnoty przetrwała zaledwie kilka tygodni.

 Dzisiaj przy placu Lamartin nie ma już tego  domu. Został zburzony w czasie wojny. Na środku  obszernego placu jest ładna fontanna. Przy placu rosną platany, jest  piekarnia, na rogu  mieści sie Tabak,  w ktόrym można napić się  kawy, pogwarzyć z przyjaciόłmi przy barze, wypic kieliszek wina  czy absyntu no i nawdychać się do zawrotu głowy papierosowego dymu. Z placu  rozchodzą się ulice.  Patrząc w głab jednej z nich  widać wiadukt kolejowy, taki jak  namalował go artysta na obrazie przedstawiającym “Zόłty Dom Vincenta w Arles “. Jeżdżą  tamtędy  pociągi tak jak za czasόw Vincenta.

Vincent   zostaje sam I wkrόtce pacjentem  psychiatry dr. Rey`a .  Dzisiaj w  “ Hotel-Dieu” , gdzie leczono Vincenta mieści się   ośrodek kultury, noszący imię van Gogha (Espace Van Gogh).

Najbardziej interesujący wydawał mi się  ogrόd . Jest dziś taki sam jak był wtedy, kiedy van Gogh go malował. Ogrόd został odtworzony na podstawie obrazu artysty

 “ Dziedziniec szpitala w Arles”. Malowany był w  kwietniu , mieni się barwami, ja oglądam ten ogrόd tuż przed zapadnięciem zmierzchu w pochmurny dzień. Ale świadomość, że patrzę na te same podcienia okalające dziedziniec, na te same okna dawnego szpitala, takie same krzewy i drzewa oraz mała fontannę jest poruszająca.

Arles dziś pamięta o artyście, ktόremu  za życia  nie okazało serdeczności. Stworzono fundację, ktόra opiekuje się galerią,  gdzie eksponowane są obrazy znanych wspόłczesnych artystόw  , członkόw “artystycznej wspόlnoty” . Oni symbolizują ideę van Gogha. Tak więc wydawac sie może, że jego marzenia i jego wizje o braterstwie artystόw, nie poszły na marne .

Z Arles wyjechaliśmy z przekonaniem iż warto było tu wrόcić   by na nowo odkrywać ślady przeszłości dalekiej i bliższej . Wyjechaliśmy  bogatsi o ożywione dawne wzruszenia , nowe doświadczenia i z przekonaniem ze nawet szare niebo prowansalskie jest malownicze.

piątek, grudnia 27, 2019

Swięta, święta i po świętach…

Boze Narodzenie  minelo. Niedlugo pogasna swiatla zdobiace palmowe drzewa, domy znow stana sie zaledwie widoczne w swietle ksiezyca...U mnie w domu choinka bedzie trwala az do 2 lutego, do Matki Boskiej Gromnicznej, bo tak bylo w czasach mojego dziecinstwa i dziecinstwa
naszego syna.

 Dzien wigilijny na Marco....

.
 Wieczorem zaplonely swiatelka na choince i wiencach,zaiskrzyly  zlote i srebrne girlandy...

 Dzien Bozego Narodzenia z blekitnym niebem nad glowami. Katolicki kosciol Swietego Marka  pelen wiernych.

Tradycyjna szopka .
26 grudnia, tu w USA nie jest dniem wolnym od pracy . My jednak swietowalismy zgodnie z europejska tradycja. 

Czas mija. Wiec i swieta minely... Kolejne "subtropikalne Boze Narodzenie". Kiedy spedzalismy nasze pierwsze Boze Narodzenia na Marco wszystko wydawalo sie "dziwne". Palmy, kwiaty, cieple noce kiedy szlo sie na Pasterke.



środa, listopada 20, 2019

Rocznica smierci Bruno Schultza


“Darowizna”? “Kradzież”?

czyli jak to z freskami Schulza bylo …



19 listopada minela kolejna rocznica tragicznej smierci  Bruno  Schulza-.
Bruno Schulz , przeszedł do historii literatury polskiej jako autor  zbiorόw opowiadań  “Sklepόw cynamonowych “i “Sanatorium pod Klepsydrą” , paru utworόw rozproszonych , a także zbioru  listόw do znanych pisarzy . Jego opowiadania weszły do kanonu literatury szkolnej (tzw. uzupełniającej). Bruno Schulz , był zasymilowanym Zydem i długo trwał spόr czy znał jidisz ( podobno znał ).
Mniej znanym był jednak fakt iż Schulz był też rysownikiem.
Swa  trzyletnią  artystyczną edukacje  podjał  na Politechnice Lwowskiej na wydziale architektury, potem na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych , ktόrą opuścił po kilku miesiącach też nie ukończywszy studiόw.
  ***
Schulz, obywatel miasta  Drohobycz , Zyd z urodzenia ,  został zastrzelony
Bruno Schulz , przeszedł do historii literatury polskiej jako autor dwu zbiorόw opowiadań  “Sklepόw cynamonowych “i “Sanatorium pod Klepsydrą” , paru utworόw rozproszonych , a także zbioru  listόw do znanych pisarzy . Jego opowiadania weszły do kanonu literatury szkolnej (tzw. uzupełniającej). Bruno Schulz , był zasymilowanym Zydem i długo trwał spόr czy znał jidisz ( podobno znał ).

Mniej znanym był jednak fakt iż Schulz był też rysownikiem.

Swa  trzyletnią  artystyczną edukacje  podjał  na Politechnice Lwowskiej na wydziale architektury, potem na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych , ktόrą opuścił po kilku miesiącach też nie ukończywszy studiόw.
19 listopada w 1942 roku. podczas “czarnego czwartku”. Artysta , zostawił po sobie swoje prace  , ktόre powstały podczas okupacji niemieckiej.
 Na scianach w domu przy ulicy Tarnowskiego 14,  w ktόrej mieszkał  wόwczas wysoki oficer  drohobyckiego Gestapo ,  Schulz namalował  freski przedstawiające sceny bajkowe;  krόla, krόlową, księżniczkę, woźnicę. Jest też głowa konia. Przypuszcza się iż to ilustracje do bajki “Spiąca krόlewna”.Te freski , ktόre , zgodnie z tym co  twierdzi prasa , odnaleziono kilka lat temu  w lutym, pod koniec maja  zniknęły ze ścian  drohobyckiego domu.

                                                *        *        *


Od 1924 podjął pracę jako nauczyciel rysunku , następnie robόt ręcznych i okresowo matematyki w państwowym gimnazjum im Krόla Władysława Jagiełły. Pracował też w kilku innych szkołach w Drohobyczu.  Kiedy  we wrzesniu 1939 roku Armia Czerwona zajęła Kresy, Schulz dalej uczy , a do pensji  “ dorabia malując portrety przywόdcόw państwowych, winietki , afisze” ( cyt. J. Jarzebskim) . Proponują mu też wspόłpracę z pismem literackim ale odrzucają jego opowiadania, ktόre nie przystają do zasad “socrealizmu”.

W czerwcu 1941 roku wkraczają Niemcy i wkrόtce potem tworzą getto.

Sytuacja Schulza była może nieco lepsza od innych. Pracował dla Feliksa Landaua jako malarz ( malawal tez freski) oraz porzadkujac księgozbiory zagarnięte przez Niemcόw.

Ale nie uniknął losu milionόw innych polskich  obywateli i losόw milionόw Zydόw europejskich. Został zamordowany. Miał  wtedy 50 lat.

“Gdzie te freski z Drohobycza”.

Rzeczpospolita z dn. 26 maja 2001  zamieściła artykuł pod tytułem “Freski Schulza” Dowaiadujemy się że freski malowane przez Schulza zostały usunięte . Autor, Tomasz Tomaszewski powołuje się na oświadczenia byłego ucznia  Schulza , Alfreda Schreyera, a także wypowiedż wiceburmistrza Drohobycza , ktόry to twierdził ,  iż zjawiło sie trzy osoby  i cała trόjka posługiwała się wizytόwką Yad Vashem.  Policja została powiadomiona o kradziezy. Schreyer, ktόry uważał  iż sprawcy nie mogli działać z ramienia tej organizacji obawiał się,  że freski zaginęły na zawsze.

Zaczęły się poszukiwania, protesty, szukanie winnych kradzieży.

Zaczął się miedzynarodowy skandal. Kradzież freskόw i wywiezienie ich za granicę naruszylo wszelkie ustanowione prawa międzynarodowe.Polska i niemiecka prasa pękaja od domysłow. Wre .

I oto  dopiero 30 maja Jossi Melman (Rzeczpospolita) donosi iż freski sa w Jerozolimie.,

Tak pozno  Iris Rosenberg rzeczniczka prasowa Yad Vashem (29 maja 2001) składa oświadczenie ,  z tόrego wynika , iż  zabranie fresków Schulza “było wynikiem kilkumiesięcznych pertraktacji z władzami miasta.” To oświadczenie zamieszcza Gazeta Wyborca dopiero 24 lipca :W oświadczeniu czytamy:

W lutym tego roku polskie i niemieckie media opublikowały wiadomość, że malowidła żydowskiego artysty    Brunona Schulza zostały znalezione w domu oficera SS Feliksa Landaua w Drohobyczu. Podczas    Holocaustu Landau wykorzystywał talent Schulza … Schulz został zabity przez oficera SS Güntera …    Po publikacji tej historii Yad Vashem skontaktował się z władzami Drohobycza z prośbą o przekazanie    fresków. Mówiący po ukraińsku reprezentant Yad Vashem Mark Schrayberman w marcu 2001 przyjechał do    Drohobycza, gdzie spotkał się z merem Aleksjejem Radziejewskim i kierownikiem oddziału kulturalnego        “W maju 2001, Schrayberman i dwóch profesjonalnych konserwatorów przyjechali do Drohobycza w imieniu    Yad Vashem.

    Należy podkreślić, ze Yad Vashem działał otwarcie i w pełnej współpracy z lokalną władzą. Po zakończeniu    działań mer Aleksjej Radziejewski przekazał Yad Vashem list, w którym napisał, że ceni sobie współpracę    między Yad Vashem a Drohobyczem. Współpracę, która miała na celu uwiecznienie pamięci o Brunonie

    Schulzu, żydowskim artyście zabitym przez oficera SS wyłącznie dlatego, że był Żydem, i malowideł, które    wykonał podczas Holocaustu. Najlepszym miejscem do przechowywania ich jest Yad Vashem, Instytut    Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie.”

W oswiadczeniu stwierdza się iż freski były darem właściecieli domu dla Yad Vashem, na co maja potwierdzenie. Wiec “wiele halasu o nic”?

                             *        *        *

Jednakze  to nie koniec tej historii. Temat powraca. Ewa Berberyusz czuła  jak zwykle na zdarzenia rozgrywające sie w “Skażonej sferze” (Przegląd Polski z 5 lipca 2001) zaczyna swe rozważania od uwag na temat , jak to określa elegancko , “zaboru” freskόw  z domu w Drohobyczu. Zostańmy więc przy tym określeniu. “Zaboru” freskow autorstwa Bronona Schulza dokonali pracownicy Yad Vashem ( wg autorki pani Berberyusz “metodą Mosadu”, ktόry chwali za skuteczne akcje).

  Rzeczywiście działano błyskawicznie; w lutym nastąpiło “odkrycie” , w maju freski zmieniły właścicieli . Freski Schulza przetrwały na ścianach  domu w Drohobyczu  okupację niemiecka i sowiecką . Zachowały się tam  blisko sześdziesiat lat , a kiedy nadszedł czas “wolnej i niezawisłej Ukrainy” w maju zmieniły miejsce swego pobytu . Z Drohobycza na Jerozolimę. Sprawa nabrała  charakteru  międzynarodowego , więc nie może być już pominięta calkowitym milczeniem.

 Już i przedstawiciele USAzamieszani są w  tą sprawę.

W Nowym Jorku , stolicy politycznej  i kulturalnej swiata, zwołano posiedzenie  w tej sprawie.Uczestniczą “strony”z Ukrainy ( choć prawnik izraelski Uri Huppert, stwierdził iż to nie ich sprawa!), Polski, Izraela, USA.

“Jewish Telegraphic Agency”z dnia 17 lipca pisząc o tym  wydarzeniui przypomina w zarysie sprawę “ rewindykacji” ostatniego (najpewniej) dzieła Schulza.

Agencja nazywa akcję Yad Vashem  “sekretnym i kontrowersyjnym przejęciem fresku z ery Holocaustu”  Na konferencji przedstawiciel Yad Vashem  tłumaczy “porwanie “ fresku “koniecznością jego ratowania ”.  Konstanty Gebert ( znany tez jako Dawid Warszawski ) redaktor miesięcznika o tematyce zydowskiej “Midrasz” wychodzącego w Polsce,  uczestniczący w spotkaniu  nazwal to  samo wydarzenie  smutnym  , a “ moze nawet niemoralnym błedem”. Uznał też,  iż ten czyn jest wymierzony przeciw spolecznościom żydowskim w Polsce i na Ukrainie” “Czujemy się jakby część naszego dziedzictwa została nam zrabowana” powiedział  . I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.

Inaczej uwazają przedstawiciele organizacji zydowskich z USA i Izraela.

Jeden z dyrektorόw Muzeum Holocaustu z Waszyngtonu  oświadczyl iż dzisiaj “ zapotrzebowanie na  eksponaty z epoki Holocaustu szaleńczo  rośnie “ więc , domyslać sie należy , nie ma mowy o rezygnowaniu z nich na rzecz krajόw skąd owe eksponaty pochodzą. Inny zaś uczestnik spotkania dodał  iż nie ma  cienia wątpliwosci “ iż Bruno Schulz byłby tym  aktem zachwycony tym zdarzeniem “. Melvin Jules Bukiet podparl te argumenty stwierdzeniem  iż Schulz “żył jako Zyd, umarl jako Zyd więc jego prace winny być w Yad Vashem”.Yad Vashem  oraz  organizacje zydowskie szcegόlnie w USA uważają  się za spadkobiercόw  wszystkich Zydόw , a więc są też spadkobiercami  Schultza .Wobec tego,   ich zdaniem,  mają prawo do tego fresku bez względu na to, co mόwi prawo międzynarodowe czy  też ukraińskie. Nie ma więc dla nich znaczenia iż wg tych praw fresk sprzed 1945 roku  podlegal  ochronie zabytkόw .   “Jerusalem Post”( 18 lipca) zamieścił artykuł Mellisy Radler o tej samej  tematyce. Pisze ona miedzy innymi o tym, ,  że  zmagano się   z tematem jaki winien być los dzieł  należacych do żydowskiej kultury . Sama autorka  artykułu określa działania  Yad Vashem  dość  jednoznacznie ( “stealthy” ). Ten bezceremonialny akt “zaboru” wzbudził żywa dyskusję nie nad tym, czy  była to gra fair , ale  nad tym gdzie maja sie znajdowac dzieła z “ery Holocaustu”, czyli do kogo one należą.Zdobyczny fresk Schulza , zdaniem  części uczestnikόw panelu,winien  być uznany jako restytucja dόbr kultury żydowskiej.

”. Uczestnicy spotkania reprezentujący Yad Vashem uznali  też iż pozostawianie dzieł sztuki żydowskiej po to by ksztalcic “mordercόw i prześladowcόw”  w  krajach Europy wschodniej jest pozbawione sensu. Sprawa Jedwabnego wzmocniła te argumenty  i nikt z uczestnikόw nie rezygnował z przypominania tego.

Ważnym argumentem na rzecz “słusznosci akcji” było to,  iż uznano  iż protesty przeciwko zaborowi  freskόw    niczym więcej niż  przejawem nastrojόw antysemickich. Wszelkie rozważania nad tym czy όw “zabόr” był  bezprawny czy nie , moralny czy amoralny, podsumował Gabe Goldstein, kurator muzeum “Yeshiva University” w  Nowym Jorku. “Obecna sytuacja w swiecie jest taka, iż krytykowanie moralności Izraela  budzi niepokόj ( strach)” . Wydaje się że stanowiska zostały jasno określone.

Chciałabym być złym prorokiem,  ale  ośmielam się przypuszczać, iż żądania  dziennikarki  pisującej do polskojęzycznego tygodnika w Nowym Jorku, że freski maja wrόcic “I koniec” jednak nie zostaną uwzgłednione. Nie bardzo bedzie się też słuchać Zydόw w odradzajacych się gminach  w Europie Wschodniej .

 Ale z pewnością jedno pozostaje,;  można obejrzeć sobie kolorowe reprodukcje ( za co p. Berberyusz juz podziękowała Yad Vashem) lub też wybrać się z wycieczką do Jerozolimy  a być może niedalekiej  w przyszłości do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.  Ostatecznie ilu ludzi pojechałoby do Drohobycza , nieprawdaż?

Post Scriptum;

Nie podejmowałabym tego tematu,  ale Drohobycz ma szczegόlne miejsce w mojej pamięci.  Jest mi  bliski. Moj ojciec urodził się w Drohobyczu i chodził  do szkoły,  w ktόrej w latach od 1924 do 1941 uczył rysunku  Bruno Schulz.

Zanim “Sklepy Cynamonowe” były moją szkolną lekturą,słyszałam o Schulzu i  o okolicznościach jego dramatycznej śmierci . Zabito go  podobno w przeddzień   ucieczki zaplanowanej przez  jego polskich ( czyt. katolickich przyjaciόł). Miała w tej ucieczce pomagać Zofia Nałkowska. O tym szczegole dowiedziałam się już znacznie pόźniej. No ale to już inna historia.