piątek, stycznia 10, 2020

O malarzach, Rzymianach i corridach w Arles. (z mojego archiwum)



Znakomita wystawa w  Chicago “ Van Gogh and Gauguin  . The Studio of the South”  zamknęła już dawno swe podwoje .  Barbara Mirecka,  koordynator  tej wystawy w Instytucie Sztuki w Chicago, rozmowie z Danutą Peszyńską wspominała  iż ostatnie zamόwione  obrazy dotarły do organizatorόw 10 września 2001 roku , a więc jeden dzień przed zamachem terrorystycznym na Stany Zjednoczone. 

Mimo poważnych komplikacji organizacyjnych, mimo  zmniejszonego,  w pierwszych dniach,  napływu zwiedzajacych, wystawa cieszyła się  dużym powodzeniem .Oglądano obrazy , ktόre powstały pod niebem Prowansji, w Arles .

.

                                    *          *          *                     

Arles, francuskie miasto nad Rodanem , liczące dziś około pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańcόw, ma bogatą przeszłość.

  Początki tego miasta  założonego przez Grekόw, sięgają VI wieku przed Chrystusem.   Przez długi czas  Arles bylo ważnym ośrodkiem kulturalnym , ekonomicznym a w Sredniowieczu religijnym. Potem jego rola malała  i Arles  stalo się poprostu jednym z   prowincjonalnych, rolniczych miasteczek Prowansji.

Dziś  Arles znane jest  z   upraw ryżu,  winnic, ogrodόw, oliwek, hodowli kόz i owiec , bykόw i koni.. Jest  także ważnym ośrodkiem  turystycznym  i kulturalnym Prowansji. Odbywają się znane ze swej atrakcyjnosci  doroczne Festiwale z okazji Wielkiej Nocy , kiedy  można   emocjonować się , najatrakcyjniejszym punktem programu, corridą.

Jednakże  Arles jest znane z innych powodόw. To tu miało powstać wymarzone przez Van Gogha “Studio Południa” . Udał się ten zamysł połowicznie.  Na wezwanie zjawił się  tylko Gauguin,   a  wspόłpraca  artystόw trwała zaledwie kilka tygodni. 

Mimo to ten okres   przeszedł do historii światowego malarstwa.

Jeszcze jednym  potwierdzeniem tego była  wystawa w Instytucie Sztuki w Chicago. Zgromadzono na niej 135 obrazόw obu artystόw , liczne rysunki i listy .

Wystawę “Studio Południa” obejrzałam w  dzień po jej  otwarciu.

 Do Arles, gdzie miejsca dzieła te powstały,  pojechałam trzy  miesięce potem.

                                    *          *          *

Wieczόr w Arles. Siedzimy w niedużej hotelowej restauracji .

 Trzymamy w ręku karty win zastanawiając się nad wyborem.

Lista win jest długa , jesteśmy skupieni; ostatecznie wybόr wina we Francji jest sprawą niebagatelnej wagi.  “O , popatrz “ mowię do męża, jest   wino “Van Gogh” .

Polacy mają  wόdkę “Chopin”,  holendrzy czekoladowy likier “Vermeer”,  dlaczego nie miałoby być wina o nazwie  “Van Gogh”?

Przykład  reklamy. Oczarowac, urzec klienta,  nie tylko smakiem ale i nazwą.

Francja  korzysta z faktu, że przed ponad stu laty osiedlil się, mieszkał i tworzył tu przybysz z Holandii, artysta, ktόry malował zaledwie osiem lat , a zostawił po sobie  ponad tysiąc rysunkόw  oraz setki listόw,   w ktorych opisywał proces tworzenia swych obrazow . Namalował ich ponad  850 a  200 z nich powstało właśnie, tu w Arles.

Ponad  sześćsest listόw  napisał do swego młodszego brata Theo,  ktory był  jego jedyną podporą  przez wiele lat. Theo trudnił się zawodowo sprzedawaniem  obrazόw; ale  nigdy  nie udało mu się , poza jednym jedynym ( a I to nie jest pewne), sprzedać obrazόw Vincenta . 

Dziś kiedy o obrazy van Gogha  ubiegają się największe muzea świata i prywatni kolekcjonerzy , a każdy z nich  sprzedaje się za dziesiątki milionόw dolarow , trudno uwierzyć,  iż ten Artysta niemal przemierał głodem.

Trudno  uwierzyć, iż  popełnił samobόjstwo pod wpływem szaleństwa, wywołanego  pośrednio (być może) strachem przed beznadzieją nędzy.

                                    *          *          *

Arles jest miastem  pamiętającym odległe czasy rzymskiego panowania. Pozostały do dziś  antyczne budowle, ktore harmonijnie koegzystują z kamieniczkami z pόźniejszych epok, z romańskimi czy gotyckimi kościołami.

Arles jest ruchliwym ośrodkiem turystycznym. Przyjeżdzają tu,  nawet teraz, kiedy z niesłabnącą grozą  Swiat wspomina wydarzenia 11 września , nie mogąc w pełni ogarnąć ich  przyczyn i skutkόw i zamiera na myśl co jeszcze może się stać. Ale życie biegnie swoim torem. Więc ludzie podrόżują …. 

Przyjeżdżają do Arles mimo, że  zimowe niebo Prowancji jest szare, od Małych Alp wieje mroźny Mistral ,  rozległe rowniny  są brunatne , winnice opustoszałe , na świecie niebezbiecznie, .

 Ciągną tu liczne japońskie wycieczki zbiorowe, zjeżdzają wielbiciele kultury francuskiej.

Tym samym pragnieniem przywiedzeni,przyjechaliśmy i my.

.Oczywiście znacznie lepszym okresem dla zwiedzania jest zapewne lato a wymarzonym wiosna, ale  teraz nie jest tak tłoczno .

Vincent van Gogh  zjawił się w Arles właśnie  zimą.

 I choć przyjechał tu  dla owego cudownego światła , zafascynowany obrazami impresjonistόw, z ktόrymi zetknął się w Paryżu, jakoś musiał pogodzić się z tym ,  że otacza go pejzaż  jeszcze zimowy…
Malarz   chyba był z tego zadowolony, bo wydawało mu się, że  Arles i  jego okolice w śniegu  przypominają krajobrazy Japonii. A na ten okres przypadało właśnie jego oczarowanie japońską sztuką. . 
Tak więc w pierwszych tygodniach  pobytu,  nad jego głową wisialy  niskie, szare chmury, tak jak ja je widziałam spacerując po  placach i wąskich uliczkach Arles.

                                    *          *          *

  W restauracji hotelowej w Arles zamawiamy  więc wino “Van Gogh”. 
“Czy to nie dziwne? Za życia taki był nieznany, niedoceniony  i taki straszliwie ubogi a teraz wszędzie jest jego nazwisko…” mόwię do kelnerki .  “O tak,  był bardzo biedny, a dzisiaj…” odpowiada,  nie kończąc myśli; wszyscy troje wiemy,  o co chodzi. “ C`es ne pas juste” dodaje . Tak, to prawda, “to jest niesprawiedliwe…”. 
Kelnerka  przynosi  butelkę wina,  na ktόrej widnieje reprodukcja  jednego z  licznych autoportretόw Vincenta.                                                                                                                                                          *          *    * *  *           
Nie wiemy właściwie dlaczego w owym 1888 roku Vincent van Gogh zdecydował się na przyjazd z Paryża do Arles. Być może stało się to pod wpływem lektury Adolfa Daudet , miłośnika prowansalskich krajobrazόw, ludzi , ich obyczajόw i legend, ktόry pisał listy ze starego wiatraka. Być  może sprawiła to  lektura  prozy Emila Zoli .
Może  stało się to pod wpływem  Paula Cezanne, znakomitego malarza ?
A może poprostu zdecydował się na ten wyjazd do Arles  z tęsknoty za czymś nowym, odmiennym od  tego co znał ? Może ufność w to, że nowe miejsce pod słońcem Południa zmieni jego życie a jego idee  o wspόlnocie artystόw się ziszczą?

                                    *          *          *
j mąż i ja przyjechaliśmy do Arles,  bo od dawna chcieliśmy wrόcić , choć na kilka dni , do Prowansji.
 Zafascynowała nas już dawno. Byliśmy tam po raz pierwszy  latem 1974 roku. Rozbiliśmy wtedy namiot na polu campingowym w Tarascon .  Potem  jeździliśmy oglądać zachowane dowody chwały i potegi rzymskiego imperium; areny w Arles, Nimes, Orange i  gotyckie kościoły , ktόrych frontony zdobią wspaniałe  rzeźby świętych . Niestety wielu świętych  stoi bez głow; postrącano je podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kiedy byliśmy latem  było upalnie, błekitnie . Zieloność wysokich cyprysόw i cień  padajacy od koron ogromnych platanόw , ktόrymi wysadzane są aleje miast i miasteczek były takie jak na obrazach impresjonistόw, a noce nad Rodanem  tak  gwiaździste jak  ta, ktόrą namalowal van Gogh 28 września 1888 roku… 
Na ożywienie  naszego marzenia o powrocie do Arles , do  Prowansji wpłynęła  też obejrzana  w Chicago wystawa malarstwa “Van Gogh and Gauguin. The Studio of the South” .

Naszą decyzję o podrόży “za morze” podjęliśmy jakby na przekόr temu co dzieje się na swiecie.  Uznaliśmy, że nie należy niczego odkładac  na “przyszłość”. 
Teraz trzeba  korzystac z każdej okazji by pojechać, zobaczyć, przeżyć…Bo przecież  nikt nie wie co stanie się za chwilę.
Carpe diem” mawiali Rzymianie…                                                                               *          *          * * *
W “Atrium” na ścianach fotografie białych koni i …głowa byka. Jesteśmy przecież  na Poludniu a tu  corrida  jest rόwnie  popularna jak w Hiszpanii. Wspaniałe rasowe czarne byki są tak samo przedmiotem zachwytόw  i piękne, białe konie z Camargue . 
“A co robi ta bycza głowa na ścianie?”,zastanawiam się. Okazuje się że to tragiczna ofiara wypadku! We Francji nie zabija się bykόw , tak jak dzieje się to na corridach w Hiszpanii; ale  bywają  przypadki .  Jego śmierć nie była zamierzona. 

                                                *          *          *

  Siedzimy w kawiarni. Para  przy sąsiednim stoliku zajęta rozmową. Ja przyglądam się mężczyźnie , bo od kiedy go zobaczyłam przykuł moją uwagę. Po chwili jestem prawie pewna ,  iz tego siwego pana musiałam gdzieś już widzieć…te oczy, szczupłość twarzy, zarys brody, ostry nos…

A potem już  wiem na pewno, że ten człowiek jest całkiem, ale to całkiem podobny do Van Gogha  Widziałam przecież wiele  jego autoportretow a  studium do autoportretu z 1887  malowanego w Paryżu przedstawia bardzo podobną twarz. Tyle tylko, że “mόj” sąsiad  nie nosi zarostu…
Opuściłam kawiarnię   nie dowiedziawszy się czy mόj sąsiad z kawiarni mial jakieś zwiazki krwi z Van Goghiem czy nie.Może  jeszcze kiedyś jakiś badacz życia Vincenta  to odkryje, ktόż to wie…

                                                *          *          *
 Kiedy się jest w Arles, nie sposόb nie myśleć o Van Goghu.
A on czuł się tu chyba   bardziej samotny  niż gdzie indziej . Jego przyjazd  do miasteczka, wzbudził zainteresowanie, ale   nie obudził  specjalnie przyjaznych uczuć jego mieszkańcόw. Arles było wόwczas małym sennym miasteczkiem. Dla jego mieszkańcόw był człowiekiem z zewnątrz, rudym Holendrem, mόwiącym z obcym akcentem. Tuż po przyjeżdzie odwiedzili go aptekarz i własciciel sklepu spożywczego, obaj malarze- amatorzy, ale to była pierwsza i ostatnia wizyta. Zaś miejscowi artyści zignorowali go. Udało mu się  jednak zaprzyjaźnić z listonoszem , Jozefem Roulin, i jego rodziną.  Ich portrety  malował kilkakrotnie. 
Vincent nie miał  wielu okazji do rozmόw, bądź  je odrzucał i ograniczał się ledwie do zamawiania dań w restauracji; ale pisał dużo i często listy; do brata, Gauguina, Emila Bernarda (malarza) Toulouse-Lautrec`a ( ktόry nigdy na listy nie odpowiedział). Odwiedzał lokalny burdel. Ale przede wszystkim dużo malowal. 
Po jakimś czasie   przeniόsł się z hotelu do wynajętego przez siebie domu mieszczącego  się przy placu Lamartin pod nr 2. To tam w  “Zόłtym Domu” zamieszkał na krόtko w towarzystwie Gauguina . I tam w dzień wigilijny doszło do dramatycznego zdarzenia , historycznej kłotni, w wyniku ktόrej , jak się przypuszcza, Van Gogh obciął sobie ucho. Nastąpiło  ostateczne rozstanie Gauguina z Vincentem.  Prόba stworzenia artystycznej wspόlnoty przetrwała zaledwie kilka tygodni.

 Dzisiaj przy placu Lamartin nie ma już tego  domu. Został zburzony w czasie wojny. Na środku  obszernego placu jest ładna fontanna. Przy placu rosną platany, jest  piekarnia, na rogu  mieści sie Tabak,  w ktόrym można napić się  kawy, pogwarzyć z przyjaciόłmi przy barze, wypic kieliszek wina  czy absyntu no i nawdychać się do zawrotu głowy papierosowego dymu. Z placu  rozchodzą się ulice.  Patrząc w głab jednej z nich  widać wiadukt kolejowy, taki jak  namalował go artysta na obrazie przedstawiającym “Zόłty Dom Vincenta w Arles “. Jeżdżą  tamtędy  pociągi tak jak za czasόw Vincenta.

Vincent   zostaje sam I wkrόtce pacjentem  psychiatry dr. Rey`a .  Dzisiaj w  “ Hotel-Dieu” , gdzie leczono Vincenta mieści się   ośrodek kultury, noszący imię van Gogha (Espace Van Gogh).

Najbardziej interesujący wydawał mi się  ogrόd . Jest dziś taki sam jak był wtedy, kiedy van Gogh go malował. Ogrόd został odtworzony na podstawie obrazu artysty

 “ Dziedziniec szpitala w Arles”. Malowany był w  kwietniu , mieni się barwami, ja oglądam ten ogrόd tuż przed zapadnięciem zmierzchu w pochmurny dzień. Ale świadomość, że patrzę na te same podcienia okalające dziedziniec, na te same okna dawnego szpitala, takie same krzewy i drzewa oraz mała fontannę jest poruszająca.

Arles dziś pamięta o artyście, ktόremu  za życia  nie okazało serdeczności. Stworzono fundację, ktόra opiekuje się galerią,  gdzie eksponowane są obrazy znanych wspόłczesnych artystόw  , członkόw “artystycznej wspόlnoty” . Oni symbolizują ideę van Gogha. Tak więc wydawac sie może, że jego marzenia i jego wizje o braterstwie artystόw, nie poszły na marne .

Z Arles wyjechaliśmy z przekonaniem iż warto było tu wrόcić   by na nowo odkrywać ślady przeszłości dalekiej i bliższej . Wyjechaliśmy  bogatsi o ożywione dawne wzruszenia , nowe doświadczenia i z przekonaniem ze nawet szare niebo prowansalskie jest malownicze.

piątek, grudnia 27, 2019

Swięta, święta i po świętach…

Boze Narodzenie  minelo. Niedlugo pogasna swiatla zdobiace palmowe drzewa, domy znow stana sie zaledwie widoczne w swietle ksiezyca...U mnie w domu choinka bedzie trwala az do 2 lutego, do Matki Boskiej Gromnicznej, bo tak bylo w czasach mojego dziecinstwa i dziecinstwa
naszego syna.

 Dzien wigilijny na Marco....

.
 Wieczorem zaplonely swiatelka na choince i wiencach,zaiskrzyly  zlote i srebrne girlandy...

 Dzien Bozego Narodzenia z blekitnym niebem nad glowami. Katolicki kosciol Swietego Marka  pelen wiernych.

Tradycyjna szopka .
26 grudnia, tu w USA nie jest dniem wolnym od pracy . My jednak swietowalismy zgodnie z europejska tradycja. 

Czas mija. Wiec i swieta minely... Kolejne "subtropikalne Boze Narodzenie". Kiedy spedzalismy nasze pierwsze Boze Narodzenia na Marco wszystko wydawalo sie "dziwne". Palmy, kwiaty, cieple noce kiedy szlo sie na Pasterke.



środa, listopada 20, 2019

Rocznica smierci Bruno Schultza


“Darowizna”? “Kradzież”?

czyli jak to z freskami Schulza bylo …



19 listopada minela kolejna rocznica tragicznej smierci  Bruno  Schulza-.
Bruno Schulz , przeszedł do historii literatury polskiej jako autor  zbiorόw opowiadań  “Sklepόw cynamonowych “i “Sanatorium pod Klepsydrą” , paru utworόw rozproszonych , a także zbioru  listόw do znanych pisarzy . Jego opowiadania weszły do kanonu literatury szkolnej (tzw. uzupełniającej). Bruno Schulz , był zasymilowanym Zydem i długo trwał spόr czy znał jidisz ( podobno znał ).
Mniej znanym był jednak fakt iż Schulz był też rysownikiem.
Swa  trzyletnią  artystyczną edukacje  podjał  na Politechnice Lwowskiej na wydziale architektury, potem na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych , ktόrą opuścił po kilku miesiącach też nie ukończywszy studiόw.
  ***
Schulz, obywatel miasta  Drohobycz , Zyd z urodzenia ,  został zastrzelony
Bruno Schulz , przeszedł do historii literatury polskiej jako autor dwu zbiorόw opowiadań  “Sklepόw cynamonowych “i “Sanatorium pod Klepsydrą” , paru utworόw rozproszonych , a także zbioru  listόw do znanych pisarzy . Jego opowiadania weszły do kanonu literatury szkolnej (tzw. uzupełniającej). Bruno Schulz , był zasymilowanym Zydem i długo trwał spόr czy znał jidisz ( podobno znał ).

Mniej znanym był jednak fakt iż Schulz był też rysownikiem.

Swa  trzyletnią  artystyczną edukacje  podjał  na Politechnice Lwowskiej na wydziale architektury, potem na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych , ktόrą opuścił po kilku miesiącach też nie ukończywszy studiόw.
19 listopada w 1942 roku. podczas “czarnego czwartku”. Artysta , zostawił po sobie swoje prace  , ktόre powstały podczas okupacji niemieckiej.
 Na scianach w domu przy ulicy Tarnowskiego 14,  w ktόrej mieszkał  wόwczas wysoki oficer  drohobyckiego Gestapo ,  Schulz namalował  freski przedstawiające sceny bajkowe;  krόla, krόlową, księżniczkę, woźnicę. Jest też głowa konia. Przypuszcza się iż to ilustracje do bajki “Spiąca krόlewna”.Te freski , ktόre , zgodnie z tym co  twierdzi prasa , odnaleziono kilka lat temu  w lutym, pod koniec maja  zniknęły ze ścian  drohobyckiego domu.

                                                *        *        *


Od 1924 podjął pracę jako nauczyciel rysunku , następnie robόt ręcznych i okresowo matematyki w państwowym gimnazjum im Krόla Władysława Jagiełły. Pracował też w kilku innych szkołach w Drohobyczu.  Kiedy  we wrzesniu 1939 roku Armia Czerwona zajęła Kresy, Schulz dalej uczy , a do pensji  “ dorabia malując portrety przywόdcόw państwowych, winietki , afisze” ( cyt. J. Jarzebskim) . Proponują mu też wspόłpracę z pismem literackim ale odrzucają jego opowiadania, ktόre nie przystają do zasad “socrealizmu”.

W czerwcu 1941 roku wkraczają Niemcy i wkrόtce potem tworzą getto.

Sytuacja Schulza była może nieco lepsza od innych. Pracował dla Feliksa Landaua jako malarz ( malawal tez freski) oraz porzadkujac księgozbiory zagarnięte przez Niemcόw.

Ale nie uniknął losu milionόw innych polskich  obywateli i losόw milionόw Zydόw europejskich. Został zamordowany. Miał  wtedy 50 lat.

“Gdzie te freski z Drohobycza”.

Rzeczpospolita z dn. 26 maja 2001  zamieściła artykuł pod tytułem “Freski Schulza” Dowaiadujemy się że freski malowane przez Schulza zostały usunięte . Autor, Tomasz Tomaszewski powołuje się na oświadczenia byłego ucznia  Schulza , Alfreda Schreyera, a także wypowiedż wiceburmistrza Drohobycza , ktόry to twierdził ,  iż zjawiło sie trzy osoby  i cała trόjka posługiwała się wizytόwką Yad Vashem.  Policja została powiadomiona o kradziezy. Schreyer, ktόry uważał  iż sprawcy nie mogli działać z ramienia tej organizacji obawiał się,  że freski zaginęły na zawsze.

Zaczęły się poszukiwania, protesty, szukanie winnych kradzieży.

Zaczął się miedzynarodowy skandal. Kradzież freskόw i wywiezienie ich za granicę naruszylo wszelkie ustanowione prawa międzynarodowe.Polska i niemiecka prasa pękaja od domysłow. Wre .

I oto  dopiero 30 maja Jossi Melman (Rzeczpospolita) donosi iż freski sa w Jerozolimie.,

Tak pozno  Iris Rosenberg rzeczniczka prasowa Yad Vashem (29 maja 2001) składa oświadczenie ,  z tόrego wynika , iż  zabranie fresków Schulza “było wynikiem kilkumiesięcznych pertraktacji z władzami miasta.” To oświadczenie zamieszcza Gazeta Wyborca dopiero 24 lipca :W oświadczeniu czytamy:

W lutym tego roku polskie i niemieckie media opublikowały wiadomość, że malowidła żydowskiego artysty    Brunona Schulza zostały znalezione w domu oficera SS Feliksa Landaua w Drohobyczu. Podczas    Holocaustu Landau wykorzystywał talent Schulza … Schulz został zabity przez oficera SS Güntera …    Po publikacji tej historii Yad Vashem skontaktował się z władzami Drohobycza z prośbą o przekazanie    fresków. Mówiący po ukraińsku reprezentant Yad Vashem Mark Schrayberman w marcu 2001 przyjechał do    Drohobycza, gdzie spotkał się z merem Aleksjejem Radziejewskim i kierownikiem oddziału kulturalnego        “W maju 2001, Schrayberman i dwóch profesjonalnych konserwatorów przyjechali do Drohobycza w imieniu    Yad Vashem.

    Należy podkreślić, ze Yad Vashem działał otwarcie i w pełnej współpracy z lokalną władzą. Po zakończeniu    działań mer Aleksjej Radziejewski przekazał Yad Vashem list, w którym napisał, że ceni sobie współpracę    między Yad Vashem a Drohobyczem. Współpracę, która miała na celu uwiecznienie pamięci o Brunonie

    Schulzu, żydowskim artyście zabitym przez oficera SS wyłącznie dlatego, że był Żydem, i malowideł, które    wykonał podczas Holocaustu. Najlepszym miejscem do przechowywania ich jest Yad Vashem, Instytut    Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie.”

W oswiadczeniu stwierdza się iż freski były darem właściecieli domu dla Yad Vashem, na co maja potwierdzenie. Wiec “wiele halasu o nic”?

                             *        *        *

Jednakze  to nie koniec tej historii. Temat powraca. Ewa Berberyusz czuła  jak zwykle na zdarzenia rozgrywające sie w “Skażonej sferze” (Przegląd Polski z 5 lipca 2001) zaczyna swe rozważania od uwag na temat , jak to określa elegancko , “zaboru” freskόw  z domu w Drohobyczu. Zostańmy więc przy tym określeniu. “Zaboru” freskow autorstwa Bronona Schulza dokonali pracownicy Yad Vashem ( wg autorki pani Berberyusz “metodą Mosadu”, ktόry chwali za skuteczne akcje).

  Rzeczywiście działano błyskawicznie; w lutym nastąpiło “odkrycie” , w maju freski zmieniły właścicieli . Freski Schulza przetrwały na ścianach  domu w Drohobyczu  okupację niemiecka i sowiecką . Zachowały się tam  blisko sześdziesiat lat , a kiedy nadszedł czas “wolnej i niezawisłej Ukrainy” w maju zmieniły miejsce swego pobytu . Z Drohobycza na Jerozolimę. Sprawa nabrała  charakteru  międzynarodowego , więc nie może być już pominięta calkowitym milczeniem.

 Już i przedstawiciele USAzamieszani są w  tą sprawę.

W Nowym Jorku , stolicy politycznej  i kulturalnej swiata, zwołano posiedzenie  w tej sprawie.Uczestniczą “strony”z Ukrainy ( choć prawnik izraelski Uri Huppert, stwierdził iż to nie ich sprawa!), Polski, Izraela, USA.

“Jewish Telegraphic Agency”z dnia 17 lipca pisząc o tym  wydarzeniui przypomina w zarysie sprawę “ rewindykacji” ostatniego (najpewniej) dzieła Schulza.

Agencja nazywa akcję Yad Vashem  “sekretnym i kontrowersyjnym przejęciem fresku z ery Holocaustu”  Na konferencji przedstawiciel Yad Vashem  tłumaczy “porwanie “ fresku “koniecznością jego ratowania ”.  Konstanty Gebert ( znany tez jako Dawid Warszawski ) redaktor miesięcznika o tematyce zydowskiej “Midrasz” wychodzącego w Polsce,  uczestniczący w spotkaniu  nazwal to  samo wydarzenie  smutnym  , a “ moze nawet niemoralnym błedem”. Uznał też,  iż ten czyn jest wymierzony przeciw spolecznościom żydowskim w Polsce i na Ukrainie” “Czujemy się jakby część naszego dziedzictwa została nam zrabowana” powiedział  . I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.

Inaczej uwazają przedstawiciele organizacji zydowskich z USA i Izraela.

Jeden z dyrektorόw Muzeum Holocaustu z Waszyngtonu  oświadczyl iż dzisiaj “ zapotrzebowanie na  eksponaty z epoki Holocaustu szaleńczo  rośnie “ więc , domyslać sie należy , nie ma mowy o rezygnowaniu z nich na rzecz krajόw skąd owe eksponaty pochodzą. Inny zaś uczestnik spotkania dodał  iż nie ma  cienia wątpliwosci “ iż Bruno Schulz byłby tym  aktem zachwycony tym zdarzeniem “. Melvin Jules Bukiet podparl te argumenty stwierdzeniem  iż Schulz “żył jako Zyd, umarl jako Zyd więc jego prace winny być w Yad Vashem”.Yad Vashem  oraz  organizacje zydowskie szcegόlnie w USA uważają  się za spadkobiercόw  wszystkich Zydόw , a więc są też spadkobiercami  Schultza .Wobec tego,   ich zdaniem,  mają prawo do tego fresku bez względu na to, co mόwi prawo międzynarodowe czy  też ukraińskie. Nie ma więc dla nich znaczenia iż wg tych praw fresk sprzed 1945 roku  podlegal  ochronie zabytkόw .   “Jerusalem Post”( 18 lipca) zamieścił artykuł Mellisy Radler o tej samej  tematyce. Pisze ona miedzy innymi o tym, ,  że  zmagano się   z tematem jaki winien być los dzieł  należacych do żydowskiej kultury . Sama autorka  artykułu określa działania  Yad Vashem  dość  jednoznacznie ( “stealthy” ). Ten bezceremonialny akt “zaboru” wzbudził żywa dyskusję nie nad tym, czy  była to gra fair , ale  nad tym gdzie maja sie znajdowac dzieła z “ery Holocaustu”, czyli do kogo one należą.Zdobyczny fresk Schulza , zdaniem  części uczestnikόw panelu,winien  być uznany jako restytucja dόbr kultury żydowskiej.

”. Uczestnicy spotkania reprezentujący Yad Vashem uznali  też iż pozostawianie dzieł sztuki żydowskiej po to by ksztalcic “mordercόw i prześladowcόw”  w  krajach Europy wschodniej jest pozbawione sensu. Sprawa Jedwabnego wzmocniła te argumenty  i nikt z uczestnikόw nie rezygnował z przypominania tego.

Ważnym argumentem na rzecz “słusznosci akcji” było to,  iż uznano  iż protesty przeciwko zaborowi  freskόw    niczym więcej niż  przejawem nastrojόw antysemickich. Wszelkie rozważania nad tym czy όw “zabόr” był  bezprawny czy nie , moralny czy amoralny, podsumował Gabe Goldstein, kurator muzeum “Yeshiva University” w  Nowym Jorku. “Obecna sytuacja w swiecie jest taka, iż krytykowanie moralności Izraela  budzi niepokόj ( strach)” . Wydaje się że stanowiska zostały jasno określone.

Chciałabym być złym prorokiem,  ale  ośmielam się przypuszczać, iż żądania  dziennikarki  pisującej do polskojęzycznego tygodnika w Nowym Jorku, że freski maja wrόcic “I koniec” jednak nie zostaną uwzgłednione. Nie bardzo bedzie się też słuchać Zydόw w odradzajacych się gminach  w Europie Wschodniej .

 Ale z pewnością jedno pozostaje,;  można obejrzeć sobie kolorowe reprodukcje ( za co p. Berberyusz juz podziękowała Yad Vashem) lub też wybrać się z wycieczką do Jerozolimy  a być może niedalekiej  w przyszłości do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.  Ostatecznie ilu ludzi pojechałoby do Drohobycza , nieprawdaż?

Post Scriptum;

Nie podejmowałabym tego tematu,  ale Drohobycz ma szczegόlne miejsce w mojej pamięci.  Jest mi  bliski. Moj ojciec urodził się w Drohobyczu i chodził  do szkoły,  w ktόrej w latach od 1924 do 1941 uczył rysunku  Bruno Schulz.

Zanim “Sklepy Cynamonowe” były moją szkolną lekturą,słyszałam o Schulzu i  o okolicznościach jego dramatycznej śmierci . Zabito go  podobno w przeddzień   ucieczki zaplanowanej przez  jego polskich ( czyt. katolickich przyjaciόł). Miała w tej ucieczce pomagać Zofia Nałkowska. O tym szczegole dowiedziałam się już znacznie pόźniej. No ale to już inna historia.






czwartek, października 31, 2019

Polski cmentarz...


Motto:

Niech śmierć i stokroć tu zwłoki Twe grzebie!Ty żyjesz, żyjesz! Pod zimnym kamieniem nie jesteś prochem, ni snem , ni milczeniem (…) Zygmunt Krasiński  w elegii poświeconej przyjacielowi.

Stary cmentarz…

Zmarłych nie ma na cmentarzu! Są w domu Ojca lub czekają na nasza modlitwę – powiedział przed paru laty   abp Kazimierz Nycz w homilii podczas Mszy św. odprawionej w uroczystość Wszystkich Świętych w kościele pw. św. Marii Magdaleny na warszawskim Wawrzyszewie..

A jednak polski obyczaj nakazuje udawać się na groby bliskich, mimo iż Oni są “w domu Ojca”. I niech tak zostanie. To piekny obyczaj, rzadko spotykany w innych krajach.

Niepowtarzalne sa polskie cmentarze . O jednym z nich chcę opowiedzieć.

***

W Zakopanem, na Pęksowym Brzysku jest  cmentarz. Prowadzi do niego ulica Kościeliska.  W jednym z grobów  pogrzebano Jana Pęksa. Być może dzisiaj nikt nie znałby jego imienia a zakopiański cmentarz miałby inną nazwę, gdyby nie jego szczodrość. Jan Pęks podarowal swojej wsi   “brzysk”, co w gwarze lokalnej, góralskiej  oznacza “urwisko nad potokiem”.  Na tym cmentarzu spoczywa też ksiądz Józef Stolarczyk,  założyciel cmentarza, który  to miejsce poświęcił w 1850,  sto sześdziesiąt lat temu.

Zapewne ani Jan Pęsk ani ksiądz Stolarczyk nie przewidywali, że  cmentarz  stanie się sławny i że znajdą na nim miejsce ostatniego spoczynku ludzie, których znaczenie dla polskiej kultury jest ogromne.  Spoczęli tu ludzie, którzy tworzyli historię tej, wówczas małej, górskiej osady i ci, którzy kiedyś tu przyjechali i osiedli bo znaleźli w Tatrach natchnienie do pracy twórczej, poeci, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy.

Zakopiański cmentarz zwany “starym” stanowi niewątpliwie dużą atrakcję turystyczną. Na grobach, podobno niezależnie od pory roku,  widać świeże kwiaty, zapalone znicze. Na cmentarz wchodzi się przez bramę zaprojektowaną przez Stanisława Witkiewicza długoletniego mieszkańca Zakopanego, architekta, twórcy tzw. zakopiańskiego stylu. Budownictwo to przypomina domy w Szwajcarii, nie przez przypadek.  Witkiewicz czerpał stamtąd wzory. Po wejściu na cmentarz stajemy zadziwieni urodą i odmiennością rzeźb nagrobnych. Większość z nich wykonana jest w drzewie  Artystyczne rzeźby stworzyli okoliczni artysci i uczniowie szkoły plastycznej w Zakopanem. Blisko wejścia znajduje się grób Marii Witkiewiczowej żony wspomnianego już architekta. Była matką Stanisława Ignacego (Witkacego), malarza, dramaturga, autora kilku powieści m.inn. “Nienasycenie”. Witkacy ( syn Marii i Stanisława Witkiewiczów) ma tu tylko symboliczny grób. Próby przewiezienia prochów do Zakopanego z Jezioran na Polesiu, gdzie popełnił samobójstwo, okazały się fiaskiem. Zamiast Witkacego, pochowano na Brzyzku kogoś innego. Czytałam kiedyś wywiad z profesorem uniwersytetu wrocławskiego Januszem Deglerem, wybitnym znawcą życia i twórczości Stanisława Ignacego (Witkacego). Opowiadał szczegółowo o przebiegu ekshumacji , o jej rezultatach i o tym co z tego wynikło. W Polsce ta sprawa była głośna  swego czasu.   “Witkacy nawet po śmierci zakpił sobie. “ pisała prasa.

Na Pęksowym Brzysku spoczywają Kazimierz Przerwa Tetmajer, poeta, zwany jakże słusznie piewcą Tatr , Władysław Orkan pisarz , Jan Krzeptowski Sabała, słynny góralski bajarz zwany “zakopiańskim Homerem”.

Był przyjacielem doktora Tytusa Chałubińskiego, który też tu spoczął. Przy okazji warto wspomnieć, że  głównie  dzięki niemu,  lekarzowi z Warszawy , Zakopane stało się tym czym jest dzisiaj, ”zimową stolicą Tatr” a za jego życia , na przełomie XIX iXX wieku kurortem, w którym spotykali się wszyscy “znani i nieznani”. Ba, przyjeżdżała tu aż ze Stanów Helena Modrzejewska.

Na Pęksowym cmentarzu spoczywają ludzie zasłużeni dla Polski . Tych grobów jest 250, jak podaje przewodnik. Każdy z nich zasługuje na uwagę. Ale jeden   jest szczególnie często odwiedzany. Jest to grób Kornela Makuszyńskiego, autora “Przygód Koziołka Matołka”. Na Jego grobie  pozostawiają uczniowe szkolne tarcze (ale nie ma ich tylu jak dawniej).  Odwiedzają go wycieczki z całej Polski. Pamiętam , dawno, bardzo dawno temu   i moja klasa tam była. Na tym grobie ktoś kładzie zawsze ( jak mi mówiono)  świeże kwiaty .  Makuszyński jest autorem licznych powieści dla młodzieży m.inn. takich jak “Awantura o Basię”, “Szatan z siódmej klasy”, “Panna z mokrą głową”, “O dwu takich co ukradli księżyc”. Ta ostatnia to wielce pouczająca historia chłopców, którzy zapragnęli sięgnać bardzo wysoko. W imię zasady “cel uświęca środki” postanowili wspiąć się ...aż do księżyca. Powieść Makuszyńskiego (jak wiele innych) kończy się optymistycznie. Jak kończyłby swoje barwne, optymistyczne powieści, gdyby pisał je dzisiaj? Czy jego bohaterowie , przemieniliby się ze złych, egoistycznych, samolubnych na dobrych i szlachetnych?

Na “starym cmentarzu” znaleźli też ostatnie miejsce spoczynku przewodnicy tatrzańscy, bohaterowie z czasów wojny, wybitni sportowcy jak Bronisław Czech, artysta, słynny narciarz, żołnierz Armii Krajowej, który zginął w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Jest tu grób Heleny Marusarz, znakomitej narciarki. W czasie wojny była kurierem, przeprowadzała uciekinierów na Węgry. Złapana podczas przeprawy przez granicę, została uwięziona a potem rozstrzelana. W 1958 roku została uroczyście pochowana na Peksowym Brzyzku.Tamże pochowany jest Stanisław Marusarz, wybitny polski narciarz, który wojnę przeżył niemal cudem. Po wojnie był znanym trenerem.

Cmentarz na Pęksowym Brzysku stał się miejscem spoczynku także  współczesnych nam . Są tu groby wybitnych artystów–rzeźbiarzy zakopiańskich Władysława  Hasiora, Antoniego Rząsy, Aleksandra Kenara . Niektóre z nagrobków na cmentarzu są ich dziełami.

***

Słońce zniżało się ku zachodowi , kiedy opuścilimy cmentarz. Wstąpiliśmy jeszcze do kościoła obok. Jest to najstarszy w Zakopanem modrzewiowy kościoł pochodzący z połowy XIX wieku. Nie było nikogo.

W ołtarzu znajduje  kopia obrazu  Matki Boskiej Częstochowskiej. Wokół zaś “rozkwitają” kwiaty malowane przez ludowych artystów Zakopanego. Jest w tym kościele jakaś jasność, swieżość. Może dlatego, że kościół w przeciwieństwie do wielu innych, jest  skromny, niemal że “ubogi”. Kościół, w którym nic nie rozprasza naszej uwagi i w skupieniu możemy pomyśleć o tych, których odwiedziliśmy . Oni zaś ciszy niczym już niezmąconej pozostali tam , na brzyzku,  na urwisku nad potokiem Cicha Woda.

Dzisiaj w przeddzień Wszystkich Swiętych, kiedy myślimy o tym, że kiedyś i nam przyjdzie odejśc , wspomnijmy  Jana Pawła II , który powiedział  :

”Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne.Tylko dziś jest Twoje”.





Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
***
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
***