piątek, lutego 17, 2017

"Truskawkowy Festiwal" bez truskawek.

Przeczytałam w lokalnej  gazecie, ze 16 lutego odbędzie się "Truskawkowy Festiwal". Pojechaliśmy. Jak, mogliśmy przypuszczać truskawek nie było ale były liczne stragany z biżuteria, obrazami oraz  najrozmaitszymi artystycznymi dzielami. Twόrcom tych  wyrobow nie brakowało pomysłόw. 
Oto buciczki; dla kazdego cos potrzebnego ba, niezbędnego...kolorowe, lekkie, przewiewne-buty z tkaniny. A na dodatek jakże  zachwycające kolory!!!!







Najbardziej jednak podobało się nam miejsce gdzie  odbywał sie όw Festiwal. Jest to teren należący do jednego z kosciołόw na Marco.












środa, lutego 08, 2017

środa, stycznia 18, 2017

"Gajdżinka" w japońskim szpitalu



czyli opowieść o nieplanowanej podróży

To nie była podróż  ani planowana, ani tym bardziej  wyśniona. Zdarzyło się to w  środę 5 października 2005 roku. Tego dnia było mglisto. Od czasu do czasu padało.
"Musimy uważać, bo może być ślisko", powiedziałam mężowi zanim wsiedlismy na rowery, by odbyć codzienną przejażdżke nad jeziorem Biwa.
Potem  mieliśmy pojechać na pocztę by podjąć pieniadze.

 Kiedy dojechalismy do miejsca przeznaczenia, okazało sie, że automat bankowy jest w naprawie. Miała ona trwać dwie godziny. "Wracajmy, przyjedziemy potem" powiedzial moj mąż. Ja jednak zdecydowałam,  że   zrobimy zakupy w sasiednim supermarkecie, a w drodze powrotnej ponownie wstąpimy na pocztę.
Gdybym była w stanie przewidzeć co się za chwilę stanie, z pewnością wróciłabym do domu. Ale stało się inaczej.

"Beisie" to nowo zbudowany elegancki sklep spożywczy stanowiacy część wielkiego centrum handlowego.  Moje japońskie przyjaciółki niechętnie tam zagladają, przyzwyczajone do małych ryneczków, sklepików w sąsiedztwie czy też rolników, którzy do dziś dostarczają im płody rolne prosto do domu.

W kompleksie "Cainza" mieszczą  się rozmaite firmy. Tam też jest biuro podróży, w którym kilka dni wcześniej opłaciliśmy wycieczkę do Hiroszimy. Nigdy w porzednich naszych podrożach po Japonii nie odwiedziliśmy tego miasta tak tragicznie doświadczonego podczas wojny sześćdziesiąt lat temu.  Jednakże głównym celem naszej podróży była słynna z pięknego krajobrazu i znanych świątyń, Mijadżima położona w pobliżu Hiroszimy. Ogromnie cieszylam się na ten wyjazd. Zamierzaliśmy naszą rocznicę ślubu obchodzić w jednym z trzech najpiękniejszych miejsc w Japonii!

"Do wyjazdu zostało jeszcze pięć dni", pomyślałam dojeżdżając do sklepu.

 Posadzka wyłożona kafelkami lśniła czystością. Schodząc z roweru poczułam, że moja stopa nie zatrzymuje się na podłożu, ale w poślizgu sunie do przodu, a ja nie jestem w stanie opanować równowagi. Padam. Już wiem, że wraz ze mną padają też nasze plany podróży...

Widzę męża, który nie przeczuwając niczego, parkuje swój rower. Podbiega do mnie jakaś Japonka. Chce pomóc mi wstać. "Kiukiusza" (ambulans) mówię do niej. Moje położenie, nie mówiąc o mojej ograniczonej znajomości japońskiego, nie pozwala na dłuższą konwersację. Kobieta biegnie po pomoc. "Kiukiusza, kiukiusza" powtarzam kiedy przychodzi strażnik sklepowy. Pokazuję na swoją bezwładną nogę.

Mój mąz jest już przy mnie i oboje widzimy, że strażnik telefonuje. "Pewnie wzywa ambulans" myśle nie bez satysfakcji, że jednak nasza nauka japońskiego nie całkiem poszła na marne. Ale on wezwał tylko kolegę. Co dwu, to nie jeden. Stoją z zatroskanymi minami. Podnoszą mnie i sadzają na przywieziony przez jednego z nich, inwalidzki wózek. Noga puchnie coraz bardziej. Czekamy na na przyjazd karetki.

Oboje jesteśmy pewni, że przyjedzie wezwany ambulans. Błąd. Okaże  się to dopiero kiedy przyjedzie Karen, znajoma Amerykanka, biegła w japońskim. Nasi współczujący strażnicy karetki nie wezwali. Nie dowiemy sie nigdy, dlaczego. Karen ponownie prosi o wezwanie karetki.

Moja noga  zachowuje się jak noga zepsutej kukiełki. Nie mogę unieść stopy, bo bezwładnie opada  na bok.

Przyjeżdża pogotowie. Zakladają mi
pomarańczowy "ochraniacz". Układają na noszach, wsuwają do ambulansu. Jest ich trzech. Dwu sanitariuszy i kierowca. Usta zakryte białymi maseczkami. Jeden z nich wyjmuje gruby zeszyt. Ma tam pytania zapisane w kilkunastu  językach.

Upewnia się czy znamy angielski. Zaczyna zadawać pytania.

"Ejdżu"?  pyta.

Mam ograniczoną zdolność reagowania z powodu bólu. "Ejdżu???" Po chwili domyślam się, że  chodzi o wiek, "age". Potem następują inne pytania. Na koniec pada "Kipu apu" (keep up czyli "trzymaj się") a oczy znad białej maski patrzą na mnie ciepło i życzliwie.

Przywożą mnie do szpitala. Z pomocą Karen załatwiamy fomalności. Sanitariusze zostawiają nas pod drzwiami gabinetu lekarza ortopedy.

Rentgen (a po japońsku "rento geno") wykazał złamanie z przemieszczeniem.

Lekarz uznał, że wskazana (choć niekonieczna) jest operacja. Jej termin wyznaczono na 13 października.

 Tak zaczęła się moja niechciana podróż. Zamiast do Mijadżimy i Hiroszimy odbyłam podróż do miejskiego szpitala w Hikone.

* * *

Operacja przeszła bez zakłoceń. Leżę w czteroosobowym pokoju na piątym piętrze. Jeżeli zechcę, mogę stworzyć sobie seperatkę izolując się seledynową zasłoną spływajacą od sufitu do podłogi. Obok każdego łóżka jest telewizor. By oglądać trzeba kupić kartę. Podobnie jak kartę telefoniczną. Moje łóżko jest przy oknie. Roztacza się z niego widok na otaczajace niewysokie góry, zielone ryżowe poletka, na błyszczące w słońcu dachy pokryte kolorową (brązową i kobaltową) ceramiczną dachówką. Obserwuję białe ptaki szybujące pod błekitnym niebem. Czasem przejedzie miejski autobus, czasem ktoś na rowerze, spacerują ludzie z psami. Normalne życie pozaszpitalne toczy się.

* * *



W szpitalu dzień  rozpoczyna się wcześnie. O szóstej rano budzi mnie z głosnika zainstalowanego przy każdym łóżku "ohajo gozaimasu" (dzień dobry). Potem pojawiają sie "rozświergotane", uśmiechnięte pielęgniarki.

 Jak pewnie na całym świecie panuje tu ten sam rytuał.  Mierzenie temperatury, ciśnienia etc. . Potem o godzinie 7-mej  kolej na zieloną herbatę. Kilkanaście minut póżniej śniadanie. Podają zupę miso (z pasty sojowej), ryż, marynowane warzywa, zieloną herbatę. Niemal to samo dostaje się na drugie śniadanie i obiad. Można zamówić też tzw. menu zachodnie.  Składa się na nie podgrzany w mikrofalowej kuchence biały chleb, mleko, sok, dżemy. Wizyta lekarska odbywa sie po śniadaniu. W "moim" szpitalu personel (lekarze i pielęgniarki) jest młody. Uderzające jest ich zaangażownie, życzliwość, cieplo, troskliwość. Pielęgniarki przybiegają na na kazde wezwanie. Budzą zaufanie.

* * *

Podczas swego tegorocznego kilkumiesięcznego pobytu w Japonii nie zobaczyłam więc ani Hiroszimy ani Mijadżimy ani Amanohaszidate, kolejnej największej atrakcji turystycznej. Nie odbyłam kilku innych skrupulatnie zaplanowanych podróży.

Nie pojechałam do Tokio więc nie mogłam wpaść do polonijnego klubu (wiem o istnieniu dwu) i poznać ludzi, którzy od paru lat wydają "Gazetę Klubu Polskiego" (dwumiesięcznik). Nie skorzystaliśmy z zaproszenia pani Moniki, która wraz z rodzicami (mama lekarka, ojciec zajmujący się badaniami nad rakiem) od lat mieszka w Tokio. Mój mąż zrezygnować musiał z  wizyty w słynnym centrum badawczym (głównie w zakresie biologii, medycyny i genetyki) RIKEN, którego szef jest laureatem nagrody Nobla. W instytucie tym, jednym z dyrektorów jest Polak zajmujacy sie badaniami pracy mózgu. Odwołać też musiał  seminarium w największym uniwersytecie japońskim Nihon University, gdzie odbywają studia także  Polacy.

Nasze "polonijne" kontakty ograniczyły się więc do kilkunastu telefonicznych rozmow z panią Moniką, której nota bene nigdy nie spotkaliśmy osobiście. Poznaliśmy ją bowiem przez korespondencję "mailową". Ale obiecujemy sobie, że jeszcze do Japonii wrócimy, a wtedy, kto wie, może pojedziemy też na Hokkaido, na jedną z wiekszych wysp archipelagu, która jak twierdzą zamieszkali tam Polacy jest "najbardziej polską z wysp japońskich". Może do dziś pamiętają tam, iż Fortuna zdobyl na Olimpiadzie w Sapporo mistrzostwo świata w skokach narciarskich?



Moja złamana kość strzałkowa uniemożliwiła mi podróżowanie po Japonii.

Jednakże, ten niewątpliwie przykry wypadek pozwolił mi na bliższy kontakt z ludźmi, z którymi skrzyżowały sie moje drogi.

Juko już następnego dnia po moim wypadku przyprowadziła wózek inwalidzki, ktory służył mi aż do naszego wyjazdu z Hikone. Dzięki niej mogłam egzystować normalnie…no, prawie normalnie…

Nigdy nie będę mogła odwdzięczyć się Hiroko, Joko, Micziko, Ikuko i innym japonskim znajomym.

Hiroko spędziła ze mną wiele godzin w dniu, w którym zostałam umieszczona w szpitalu na dzień przed operacją. Wypełniała stosy wszystkich niezbednych dokumentów (biurokracja w szpitalu japońskim nie jest mniej skomplikowana niż gdzie indziej).

 Joko była obecna w dniu operacji służąc jako tlumacz. Odwiedzały mnie w szpitalu każdego dnia. Junko i Keiko, mieszkające poza Hikone, podrożowały po kilka godzin by być ze mną.

Potem, kiedy wrócilam do domu te wizyty również nie ustały. Dbały o moje samopoczucie ba, nawet o dietę i rozrywki. Przynosiły owoce, książki a któregos dnia w moim mieszkaniu zorganizowały słynną japonską…ceremonię parzenia herbaty.

Taeko, przyjechała do Hikone pokonując kilkaset kilometrów by się ze mną zobaczyć a przy okazji  przywiozła ze sobą wspaniały lunch.

Poznałam je wszystkie przed trzynastu laty podczas naszego pierwszego pobytu w Japonii, ale nie  wiedziałam iż mają aż taką potrzebę niesienia pomocy.

Ta troska, jak się wydaje, była nie tylko wynikiem jakiejś wjątkowej dla mnie sympatii i współczucia. Byłam starsza od nich, prawie nie znałam języka, cierpiałam, byłam bezsilna. Byłam słaba.

A opieka nad slabszymi jest wpisana w buddyjski kodeks moralny.

Byłam jedyną "gajdżinką" w japońskim szpitalu w Hikone.

"Gajdżin" po japońsku znaczy "obcy". Może byłam "obca" ale mam dziś przekonanie, że nigdzie nie znalazłabym lepszych dowodów przyjaźni.

* * *

Moja opowieść "gajdżinki w japońskim szpitalu" dowodzi, jak sądzę, iż "nie ma niczego złego co by na dobre nie wyszło". Wypadek, który był moim udziałem mógł zdarzyć się przecież gdzie indziej, a wtedy nie byloby wokół nas naszych przyjaciół. Mogłam sobie złamac coś innego niż "tylko" kość strzałkową. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że "nigdy nie jest tak źle, by nie moglo byc gorzej" jak zapewniał wojak Szwejk.

 Tak więc pamiętając o tym wszystkim wkraczam w Nowy Rok z nadzieją.

Z pobytu w Hikone zapamiętam życzliwe, uśmiechnięte twarze, dobrych lekarzy, piękne krajobrazy. I będę pamiętac tego bezimiennego sanitariusza, który mi powiedział "Kippu apu"  ("Keep up").

Trzymajmy się wiec wszyscy zdrowo, cieszmy się każdym nowym dniem w roku 2006. Szczęśliwego Nowego Roku, ktory wg. kalendarza lunarnego jest Rokiem Psa.

Wierzmy, iż, "na psa urok",  będzie to dobry NOWY ROK.

DO SIEGO ROKU !..

 

czwartek, stycznia 05, 2017

Sylwester pod gwiezdzistym niebem Poludnia...

Noc Sylwestrowa nie tyle byla "szampanska" jak glosna . Proba potanczenia w Bistro Soleil skonczyla sie malym fiaskiem- bylo tak glosno, ze zabawilismy tam krotko...
Pojechalismy wiec, zgodnie z nasza wieloletnia tradycja, do "Marco Polo," gdzie eleganccy (on w smokingu, ona w wieczorowej sukni) wlasciciele witali gosci u drzwi...Okazalo sie , ze "Marco Polo" zamknelo swoje podwoje.Restauracja nie istnieje? Zdecydowalismy sie na jeszcze jedna probe; pojechalismy na Marco Walk . Tam bylo halasliwe, tlumne, a zabawowicze ,jak latwo bylo zauwazyc,  byli  wielkimi zwolennikami piwa i plazowej mody...

Wrocilismy wiec do domu by odpoczac od halasu i rozbawionego tlumu.


 Toast za pomyslnosc Nowgo Roku wznieslismy wiec w ciszy i spokoju. Powinnam tu dodac "nareszcie we dwoje"...


sobota, grudnia 31, 2016

Sylwestrowe wspomnienia z Arles.

           

Grudniowy wieczόr w Arles. Jesteśmy w niedużej hotelowej restauracji ,
 Trzymamy w ręku karty win zastanawiając się nad wyborem. Lista win jest długa , jesteśmy skupieni; ostatecznie wybόr wina we Francji jest sprawą niebagatelnej wagi.  “O , popatrz “ mowię do męża, jest   wino “Van Gogh” .
Polacy mają  wόdkę “Chopin”,  holendrzy czekoladowy likier “Vermeer”,  dlaczego nie miałoby być wina o nazwie  “Van Gogh”?
Francja  korzysta z faktu, że przed ponad stu laty osiedlil się, mieszkał i tworzył tu przybysz z Holandii, artysta, ktόry malował zaledwie osiem lat , a zostawił po sobie  ponad tysiąc rysunkόw  oraz setki listόw,   w ktorych opisywał proces tworzenia swych obrazow . Namalował ich ponad  850 a  200 z nich powstało właśnie, tu w Arles.
Ponad  sześćsest listόw  napisał do swego młodszego brata Theo,  ktory był  jego jedyną podporą  przez wiele lat. Theo trudnił się zawodowo sprzedawaniem  obrazόw; ale  nigdy  nie udało mu się , poza jednym jedynym ( a i to nie jest pewne), sprzedać obrazόw Vincenta . 
Dziś kiedy o obrazy van Gogha  ubiegają się największe muzea świata i prywatni kolekcjonerzy , a każdy z nich  sprzedaje się za dziesiątki milionόw dolarow , trudno uwierzyć,  iż ten Artysta niemal przemierał głodem.
Trudno  uwierzyć, iż  popełnił samobόjstwo pod wpływem szaleństwa, wywołanego  pośrednio (być może) strachem przed beznadzieją nędzy.
                        *      *      *
Arles jest miastem  pamiętającym odległe czasy rzymskiego panowania. Pozostały do dziś  antyczne budowle, ktore harmonijnie koegzystują z kamieniczkami z pόźniejszych epok, z romańskimi czy gotyckimi kościołami.
Arles jest ruchliwym ośrodkiem turystycznym. Przyjeżdzają tu nawet  u schyłku 2001 roku , kiedy z niesłabnącą grozą  Swiat wspomina wydarzenia 11 września , nie mogąc w pełni ogarnąć ich  przyczyn i skutkόw i zamiera na myśl co jeszcze może się stać. Ale życie biegnie swoim torem. Więc ludzie podrόżują
Przyjeżdżają do Arles mimo, że  zimowe niebo Prowancji jest szare, od Małych Alp wieje mroźny Mistral ,  rozległe rowniny  są brunatne , winnice opustoszałe , na świecie niebezbiecznie, .
 Ciągną tu liczne japońskie wycieczki zbiorowe, zjeżdzają wielbiciele kultury francuskiej.
Tym samym pragnieniem przywiedzeni,przyjechaliśmy i my.
Zresztą, Vincent van Gogh przyjechał do Arles właśnie  zimą.
 I choć przyjechał tu  dla owego cudownego światła , zafascynowany obrazami impresjonistόw, z ktόrymi zetknął się w Paryżu, jakoś musiał pogodzić się z tym ,  że otacza go pejzaż  jeszcze zimowy… Arles   było  pod śniegiem, bo była to jedna z ostrzejszych zim w ostatnich dziesiatkach lat XIX wieku.
Tak więc w pierwszych tygodniach  pobytu,  nad jego głową wisialy  niskie, szare chmury, tak jak ja je widziałam spacerując po  placach i wąskich uliczkach Arles.
                        *      *      *
  W restauracji hotelowej w Arles zamawiamy  więc wino “Van Gogh”.
“Czy to nie dziwne? Za życia taki był nieznany, niedoceniony  i taki straszliwie ubogi a teraz wszędzie jest jego nazwisko…” mόwię do kelnerki .  “O tak,  był bardzo biedny, a dzisiaj…” odpowiada,  nie kończąc myśli; wszyscy troje wiemy,  o co chodzi. “ Ce  n`est pas juste” dodaje . Tak, to prawda, “to jest niesprawiedliwe…”. Jeżeli jest sprawiedliwość to  przynajmniej nie jest rychliwa…
Kelnerka  przynosi  butelkę wina,  na ktόrej widnieje reprodukcja  jednego z  jego autoportretow.        
* * *                                                                               
Przyjechaliśmy do Arles, zimą 2001 roku bo od dawna chcieliśmy wrόcić , choć na kilka dni , do Prowansji.
 Zafascynowała nas już dawno. Byliśmy tam po raz pierwszy  latem 1974 roku. Rozbiliśmy wtedy namiot na polu campingowym w Tarascon .  Potem  jeździliśmy oglądać zachowane dowody chwały i potegi rzymskiego imperium; areny w Arles, Nimes, Orange i wspaniałe gotyckie kościoły , ktόrych frontony zdobią wspaniałe  rzeźby świętych . Niestety wielu świętych  stoi bez głow; postrącano je podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kiedy byliśmy latem  było upalnie, błekitnie . Zieloność wysokich cyprysόw i cień  padajacy od koron ogromnych platanόw , ktόrymi wysadzane są aleje miast i miasteczek były takie jak na obrazach impresjonistόw, a noce nad Rodanem  tak  gwiaździste jak  ta, ktόrą namalowal van Gogh 28 września 1888 roku…
Z cała pewnością na ożywienie tego naszego marzenia o “powrocie” do Arles , do  Prowansji wpłynęła także obejrzana  w Chicago wystawa malarstwa “Van Gogh and Gauguin. The Studio of the South” .
Naszą decyzję o podrόży “za morze” podjęliśmy jakby na przekόr temu co dzieje się na swiecie.  Uznaliśmy, że nie należy niczego odkładac  na “przyszłość”.
Teraz trzeba  korzystac z każdej okazji by pojechać, zobaczyć, przeżyć…Bo przecież  nikt nie wie co stanie się za chwilę. “Carpe diem” mawiali Rzymianie…                                                    
Ostatni dzień roku 2001 spędzamy w Arles.Na Sylwestra bawimy się w  “Atrium”. Jakoś nie zwabił nas “Juliusz Cezar” bo i  za drogi i  zbyt oficjalny.
“Atrium” wypełnia rozbawiony tłum. Srednia wieku raczej wysoka. Dekoracja swiąteczna. A na ścianach fotografie białych koni i …głowa byka. Jesteśmy przecież  na Poludniu a tu  corrida  jest rόwnie  popularna jak w Hiszpanii. Wspaniałe rasowe czarne byki są tak samo przedmiotem zachwytόw  i piękne, białe konie z Camargue .
“A co robi ta bycza głowa na ścianie”, pytam  sąsiadki przy stole.
“ To tragiczna ofiara wypadku! We Francji nie zabija się bykόw , tak jak dzieje się to na corridach w Hiszpanii; ale  bywają  przypadki .  Jego śmierć nie była zamierzona…” tłumaczy. 
Na innej ścianie, niemal przy wejsciu ogromny napis “Witamy członkόw stowarzyszenia “bulistόw”.
“Bule” należą do najpopularniejszej gry francuskiej “prowincji”, ( a “ prowincją” wg Paryżan jest wszystko co leży poza obrębem Paryża,  gdzie też  zresztą grają z zapałem w bule) …
Gra w “bule” jest nieodłacznym elementem życia towarzyskiego, sportem, elementem krajobrazu francuskiego. Nawet w te mroźne dni , kiedy szaleje Mistral widzieliśmy starszych panόw ( a także panie- !) “turlających”po placyku wysypanym żόłtym piaskiem metalowe kule…
Przy naszym stole siedzi kilkanaście osόb , nie znamy się nawzajem, większosć chyba jest spoza Arles; ale nie ma cudzoziemcόw poza nami.
Przy stole pozostały tylko dwa wolne miejsca. Ale rychło zostaną zajete przez starszych państwa.  Ona jest szczupła  i ruchliwa, nieustannie skoncentrowana na partnerze. On siwiusieńki,  nieduży, lekko przygarbiony. I kiedy podnosi głowę spotykam jego wzrok.  Ma bardzo wyraziste oczy . I  już po chwili nabieram przekonania,  ze  gdzieś widziałam taka twarz. Ale potem moja uwaga skupia się na czym innym .
Idziemy tańczyć.
Orkiestra gra  francuskie walczyki, szczupła  wysoka piosenkarka śpiewa francuskie przeboje znane nam z  filmόw i polskich sal dancingowych  z lat 60-tych. Podoba nam sie tam rudawa “szansonistka”, ma w sobie  coś niezmiernie  intrygującego.
W głosie, w wyglądzie. Szczegolnie w wyglądzie. Mała głowa, podłużna twarz, długa szyja , spadziste  ramiona;  Ma na sobie   rόżową  bluzkę…
 I nagle olśnienie. Alez ta piosenkarka jest calkowicie podobna  do modelki Modiglianiego,  pozującacej  do obrazu “Rόzowa Bluzka”. Ten portret   widzieliśmy w muzeum w Avinionie , kilka dni wcześniej. “Niesamowite podbieństwo, aż nieprawdopodobne”. 
  Około dziewiątej zaczyna się kolacja; wnoszą niezliczone ilości butelek wina a potem wielorakie dania; nie sposόb ich ani zliczyć ani nazwać.  Gatunki wina,  zmieniano w zależności od  serwowanej potrawy .
Ilośc wypitego wina podnosi temperaturę sali, zaczynają się zbiorowe śpiewy i rośnie taneczny zapał w przerwach pomiędzy daniami. Nawet nasi “vis a vis” sąsiedzi tańczą wytrwale , a ja coraz bardziej się upewniam,  iz tego siwego pana musiałam gdzieś już widzieć…te oczy, szczupłość twarzy, zarys brody, ostry nos… I już wiem, ale nie mam odwagi  wyznać  tego…nawet przed sobą. “Jakieś maniactwo, czy co?” myślę.
Ale wiem na pewno, że ten człowiek jest całkiem, ale to całkiem podobny do Vincenta ; widziałam przecież wiele  jego autoportretow a  studium do autoportretu z 1887  malowanego w Paryżu przedstawia bardzo podobną twarz. Tyle tylko, że mόj “vis a vis” nie nosi zarostu…
Kiedy zbliża się pόłnoc obsługa  na wόzku przywozi wielką makietę prowansalskiego domku. Cały skrzy się  światłami . A wraz z wybiciem 12-tej wybuchają fajerwerki ulokowane na tejze makiecie. Wszyscy klaszczą i śpiewają . A po chwili wszyscy wszystkich całują składając sobie noworoczne życzenia. Szampan znόw ku mojemu zaskoczeniu podano już dobrze po pόłnocy.
W Arles zabawa trwała do pόźna  tzn  wczesnego ranka. My wyszliśmy po trzeciej nad ranem i byliśmy jedni z pierwszych .
Opuściłam salę  nie dowiedziawszy się czy mόj sąsiad z balu mial jakieś zwiazki krwi z Van Goghiem czy nie. Może  jeszcze kiedyś jakiś badacz życia Vincenta  to odkryje, ktόż to wie…

















                              

piątek, grudnia 30, 2016

Boze Narodzenie  i chrześcijanie w Japonii.  



 
 
Fascynujące jest poznawanie odmienności kulturowej różnych narodów, ale równie interesujace jest odnajdywanie  pewnej wspólnoty zachowań, odczuć, obyczajów .
Każdy z nas bez trudu zauważy jak szybko w Polsce przyjeły się “niby-amerykańskie”  “Walentynki” ,  czy “Halloween”.
Jedni sądzą  iż jest “cool” inni , że to “obraza boska”.
Ale nie zmienia to faktu, iż niedawne “obce” przyjmuje  się za swoje .
Po  jakimś czasie , poza badaczami , nikt nie będzie pamietać skad się te obyczaje wywiodły.
Podobnie jest w Japonii. Wiele obyczajow z zewnątrz , po licznych modyfikacjach,  zostalo zaadoptowanych .
Archipelag japonski od drugiej połowy XiX wieku  nie stanowi  oderwanej od zachodniego świata  enklawy. Najpierw były wplywy brytyjskie (stąd do dziś jeździmy tam po lewej stronie szos), potem niemieckie, a po wojnie amerykańskie. Japonczycy przyjęli narzuconą przez Amerykanów konstytucję  ale także liczne zwyczaje.

Mieszkańcy “Kraju Kwitnącej Wiśni”podobnie jak mieszkańcy innych panstw , podatni są na odziaływanie z zewnatrz. “Importując” obyczaje czy adaptując je ,nie tracą własnej tożsamości.  

* * *

Japoński  okres “bożonarodzeniowy” jest tematem mojej opowieści.

Czy w Japonii święta Bożego Narodzenia są zauważane? Czy Japończycy, spośród ktorych tylko 1% stanowią chrześcijanie , obchodzą Boże Narodzenie?

Zapytani o to moi liczni znajomi japońscy  w większości wyznający buddyzm i szintoizm odpowiadają  iż jest to święto chrześcijan. Równoczesnie jednak, data 24 grudnia a także  25 grudnia, nie są całkiem  zwykłymi datami.

Dwudziestoletnia Ryo Saiku zapytana o to jak będzie ten dzień obchodzić mówi “ Nie planuję niczego specjalnego, ale myślę , że prawdziwe znaczenie Bożego Narodzenia  ma związek z miłością”.

Boże Narodzenie w Japonii jest dniem , w którym wzajemnie młodzi ludzie obdarzają sie prezentami. Prezenty otrzymują też dzieci. Niektórzy moi rozmówcy , wspominają iż dostawali  prezenty “pod poduszkę” albo” za poduszkę”. “To tak ja w dzieciństwie, na Sw. Mikołaja” !

Toshi, młody filmowiec , pracownik  telewizji w Kioto pamieta, iż jego rodzice wieszali wielka skarpetę a w niej byly  schowane prezenty. To oczywisty wpływ „amerykanizacji”!

Swięta Bożego Narodzenia dla Japonczyków  nie maja znaczenia religijnego. Ale  są dniem ważnym w życiu wielu młodych ludzi. Niemal powszechnie przyjętym obyczajem jest  zapraszanie  ukochanej dziewczyny do wytwornej restauracji na romantyczny obiad. Często obdarowuje się ją  jakimś kosztownym prezentem, a nierzadko dochodzi tego dnia do oświadczyn. A jak swiętuje rodzina japońska?  Pracujący mężczyzna najczęściej uczestniczy w jakimś przyjęciu zorganizowanym przez pracodawcę.

 Jednakże  w drodze do domu,( o ile nie przesadził z nadmiernym spożyciem piwa Asahi, Saporo czy wodki ryżowej “sake”), tradycyjnie kupuje bożonarodzeniowy tort. Moja przyjaciółka Yoko sama kupuje tort, ktory zjada ze swoją teściową i córkami, w wigilię Bożego Narodzenia. Jej  mąż zgodnie z obyczajem panującym w wielu miejscach pracy zwykle “baluje” poza domem.

Tortu  nikt podobno nie piecze w domu sam. Jest jednak tak popularny , iż  dzięki temu cukiernie w Japonii nie bankrutują.

Bożonarodzeniowy tort stał się swego czasu symboliczny. O dziewczynie, która nie wyszła za  mąż przed upływem 25 roku życia mówiło się, że jest jak “bożonarodzeniowy tort”, którego   po 25 grudnia już pewnie nikt nie kupi, o ile nie dostanie dużej zniżki ceny. Nota bene to powiedzenie juz jest zapewne nieaktualne, gdyz mlodzi Japonczcy coraz póżniej  decydują się na małżeństwo.

Z okazji Bożego Narodzenia sklepy, place , ulice i domy japońskie dekoruje sie na wzór zachodni. Tak więc są i  migącące światła i sztuczne choinki. Dzieci robią origami-piękne kolorowe żurawie, które są symbolem pokoju i długowiecznosci. Projektanci  choinkowych ozdób łączą zachodnia sztukę z tradycyjną sztuką japońską.

 Na jednym z placów w Tokio ustawiono kilka lat temu  “choinkę”o wysokości pięciu metrów zrobioną z 3.795 lampek do szampana.

Japończycy “zaadoptowali” także  jedno ze swych  dobrych  bóstw Hotejoszo, do roli  Sw. Mikołaja ( czy raczej Santa Claus) .

Pamiętam iż podczas naszego pierwszego pobytu, przechodząc  koło jednego ze sklepów zostałam przywitana amerykańskim “ho, ho” a zaraz potem już po japońsku, zaproszeniem  do sklepu na zakupy. Przede mną stał wysoki młody Japończyk ubrany w mocno zmodyfikowany strój  “amerykańskiego Santy”. Przypominał iż nadszedł czas na zakup światecznych prezentów.

Stosunek do tych bożonarodzeniowych zwyczajów zależy w dużej mierze od wieku rozmówcy. Pamiętająca czasy swego biednego, powojennego dzieciństwa Toshiko , wykształcona i bywała w swiecie, zapytana jak ona obchodzi to swięto odpowiada. “ Ja nie obchodzę. Jestem buddystką i wyznawczynią szinto . Nie jestem chrzescijanką . Drażni mnie jednak , że  świeto Bożego Narodzenia, ktore ma tak glebokie duchowe znaczenie  dla chrzescijan, zostało w Japonii sprowadzone do odpowiednika  “dnia Walentynek” . denerwuje  mnie, że handlowcy “przechwycili je” jako kolejną  okazje dla jeszcze bardziej nachalnej komercjalizacji”.

Natomiast wszyscy moi młodzi rozmowcy dobrze wspominają podarki bozonarodzeniowe z okresu dzieciństwa . Jedna z rozmówczyn pamieta poza ciastkami i prezentami opowieści misjonarki o Jezusie.Jednak  wszyscy zgodnie uważają iż japońskie Boże Narodzenie pozbawione jest  prawdziwie  duchowego  znaczenia .

* * *

W Hikone, gdzie mieszkaliśmy,  jest katolicki kościół. Byliśmy tam na mszy po raz pierwszy w 1992 roku podczas naszego pierwszego pobytu w Japonii. Zaprowadził nas tam  Japończyk, którego poznaliśmy podczas jakiegoś towarzyskiego spotkania.

Satoshi jest  katolikiem. Jak to się stało? Tuż po wojnie po raz pierwszy zetknął się  z amerykańskim misjonarzem ,  ktory nie tylko chciał go  nawrócić na katolicyzm, ale też nakarmił . Satoshi dobrze wspomina tamtego księdza. Pozostał wierny katolicyzmowi. Proboszcz kościoła, franciszkanin z New Jersey odprawia tu msze św.  w jezyku japońskim, portugalskim i angielskim.  Przez trzy niedziele w miesiącu. Każda msza   w kolejnym tygodniu. Podczas naszej pierwszej mszy świętej  w Hikone bylo około 50 osób. Kobiety na włosach miały biale mantyle. To przypomniało mi iż pierwszymi misjonarzami byli tu Hiszpanie i Portugalczycy.



* * *

Katolicyzm zawitał do  Japonii w XVI wieku.  25 lipca 1549  roku na pokładzie chińskiego statku do portu Kogoszima na wyspie Kiuszu przypłynął  jezuita brat Xavier, Hiszpan z Nawarry, misjonarz działajacy w Indiach, Goa i Malazji (Mallaca) .

Po przybyciu do Japonii  jego prośby o audiencję u lorda  (dajmio) Szimasu Tokahisy, zostały spelnione. Xavier  wraz z towarzyszącymi mu osobami doznał wielu dowodow sympatii i  gościnności. Spędził na wyspie ponad rok. Pisząc o Japończykach, wysoko ocenia ich poczucie honoru, uczciwość, szczerość, skłonność do zwiazków monogamicznych, umiejętność słuchania a nade wszystko  zdolność  do duchowych przeżyć. Zaniepokoiła go natomiast nadmierna “miłość” do sake- wódki ryżowej.

Misja  katolicka Xaviera doprowadziła do nawrócenia około stu osób. Jednakże obudziło to poważny niepokój  władcy Kiuszu. Xavier usiłuje uzyskać posłuchanie u cesarza w Kioto, ale nie udaje mu się to. Musi swą misję uznać za zakończoną. Tak więc jego dyplomatyczne zabiegi nie zaprowadziły go daleko. Nie pomogły argumenty, iż rozwój chrześcijaństwa doprowadzi do rozwoju handlu a ten  wpłynie znacząco na rozwój gospodarczy Japonii. “Taki handel pozwoli na uzyskanie zagranicznych towarów  jak  broń, proch i surowce do produkcji jedwabiu” zapewniał  podobno w swych dyplomatycznych rozmowach.

* * *

Szogun Hidejoszi , jeden z pierwszych, którzy podjęli próbę zjednoczenia Japonii i dązyli do jej izolacji Japonii,  zakazał działalności misyjnej. Misjonarzy zaś uznał za szpiegow obcych mocarstw.

W początkach XVII wieku, w okresie rządow Tokugawy doszło do licznych aktów przemocy wobec chrześcijan .

W 1615 roku Tokayama Ukon, bogaty lord, który  razem ze swym ojcem przeszedł na wiarę katolicką , został  skazany na banicję na Filipiny. Wraz z nim wypędzono l47 współwyznawców , wśrod ktorych byli misjonarze  europejscy.

Chrzescijanie japońscy nie raz doznawali poniżeń i opresji. Nie mniej jednak wielu z nich od wiary nie odstąpiło. W pewnym okresie chrześcijanie zostali zesłani do Nagasaki. To tam w 1930 roku przybył Ojciec Kolbe a wraz z nim Zenon Zebrowski, misjonarz, który spędzil w Japonii około 50  lat. Wygnani do Nagasaki chrześcijanie stali się ofiarami wojny, niemal tuż przed jej zakonczeniem.

Nagasaki zostało zmiecione  z powierzchni ziemi przez amerykański nalot atomowy.

“Czyż to nie ironia losu”mówi mi jedna z moich japońskich  znajomych. “Amerykanie  byli przecież  także misjonarzami nawracającymi Japończyków na wiarę chrzescijańską. I Amerykanie doprowadzili do straszliwej śmierci tysiące niewinnych. Wśrod nich byli wierni wyznawcy Chrystusa.  Czy sądzisz , że chrześcijański Bóg tego chciał ?“

Ja milczę, bo jaką mogę dać jejodpowiedź?  Moja znajoma pochodzi z Hiroszimy.