niedziela, kwietnia 28, 2013

Wiosna, wiosna

Na Florydzie wiosna nie objawia sie tak "spektakularnie " jak w innych regionach Ameryki Polnocnej czy w Polsce. Dlaczego? Bo  na Florydzie caly rok cos kwitnie. Ale wiosna przynosi nowe kolory i stroi kwiatami inne drzewa.
Na Marco wiosne obwieszcza drzewo pokryte jaskrawo zoltymi kwiatami. Kwitnie przez dwa trzy tygodnie, a potem znow okrywa sie zielonymi liscmi.




Nasz  ogromny, budzacy  zainteresowanie kaktus "Peruviana" kwitnie pare razy do roku. Ale najobficiej kwitnie wiosna. Na zdjeciu zapowiedz kwiatow a takze jeden z "wczesniakow" Zakwitl ten "najblizej" slonca.



W naszym ogrodzie rosnie bardzo rzadki okaz . Cos co wyglada na skrzyzowanie palmy z kaktusem. Nazywa sie palma Madagaskar. Na wiosne pojawiaja sie lisytki tworzac "korone"
Po raz pierwszy te drzewa zobaczylam na Hawajach. Tuz po przylocie powitano slowami "Aloha "  zawieszajac piekne, kolorowe i pachnace wience z kwiatow plumerii. 



Wiosna zakwitaja tez cytryny. Jaka szkoda,  ze zdjecie nie ma zapachu!
Oleander jest dobrze znany i w Polsce. Hodowano go w doniczkach w mieszkaniach. Nie pamietam, by mowiono iz jego soki sa  trujace. Tu kazdy przestrzega przed niebezpiecznymi sokami tego pieknego krzewu.
Drzewo magnoli rosnie u sasiada. Kwiaty sa niezwykle piekne. Drzewo obsypane jest gesto paczkami i wieczorem przy swietle ksiezyca wydaje sie, ze ktos ustawil na nim biale swiece.Kwiat, ktory rozkwitl w ciagu dnia na noc tez sie zamyka.



niedziela, kwietnia 21, 2013

Dolina Ognia (Valley of Fire)



Czy można sobie wyobrazić, że ktos będąc niemal tydzień w Las Vegas , stolicy swiatowego hazardu, ani razu nie zasiadl  przy "jednorekim bandycie" czyli tzw. "slot machine", nie mówiąc o stolikach z ruletką czy pokerem?



Tak. My nie dalismy sie wciagnac do tej zabawy!



A pokusy wszedzie czyhaly.:jak nie  ruleta i poker , to wielkie sklepy a w nich wielkie MARKI swiatowe!








Jest wczesny ranek. Jedni spia po nocy spedzonej w Kasynie hotelu Harras. My zas nie bedziemy grac. Z zasady .

Pierwszego dnia po przylocie do Las Vegas, stolicy swiatowego hazardu wyjezdzamy na pustynie.


Po co wiec pojechalismy do Las Vegas? Na konferencje naukowa ( Karol) a oboje po to by znow powrocic na "Dziki Zachod". Pustynia Mohabi otacza miasto ze wszech stron. Las Vegas to wyspa, sztuczny twor wsrod pustynnego pejzazu.

Wybralismy sie do Doliny Ognia ( Valley of Fire) .








A tam...bylo pieknie, dziko, "egzotycznie". Dziele sie tym co zobaczylismy, ale wiem, ze zadne zdjecie nie jest w stanie przekazac urody i niezwyklosci Doliny Ognia .




Wiecej zdjec mozna zobaczyc w moim drugim blogu :
http://lidapelc.blogspot.com






























wtorek, kwietnia 16, 2013

Australijski Puls Polonii o "mojej" Poswiatowskiej

(...)
Ach, wiem jeszcze, że na drugiej półkuli
Słońce świeci, gdy u nas jest ciemno!
Różne rzeczy do głowy mi wkuli,
Tumanili nauką daremną.

I nic nie wiem, i nic nie rozumiem,
I wciąż wierzę biednymi zmysłami,
Że ci ludzie na drugiej półkuli
Muszą chodzić do góry nogami.
 (Julian Tuwim NAUKA)

Milo mi , kiedy mysle o tym , ze  " ludzie na drugiej polkuli " maja  mozliwosc czytac to o czym pisze . 
Stalo sie to mozliwe dzieki Internetowi , ale w tym przypadku , dzieki Redaktorce  pani dr Ernestynie Skurjat Kozek, ktora od lat prowadzi internetowa strone "PULS POLONII". Mam nadzieje, ze tym razem moj artykul trafi do tych, ktorzy, tak Pani Redaktor i ja , wspomnaja  czas spedzony na  lekturze wierszy Haliny Poswiatowskiej.  Wierze, ze powroci do nich pamiec  dawnych  wzruszen!
***
Czy wszystko pozostanie tak samo , kiedy mnie już nie będzie? ...A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci –zapomną.Nie łudźmy się przyjacielu, ludzie pogrzebia nas w pamieci równie szybko , jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość , wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie pozostanie po nich nawet puste miejsce...” pisała Halina Poswiatowska w „Opowieści dla przyjaciela”. Nigdy nie miałam okazji poznać Haliny Poświatowskiej osobiście, ale znałam Jej wiersze, znam też miejsca, z którymi była w jakimś sensie związana i o których pisała. Byłam w Krakowie, gdzie studiowała filozofię a potem pracowała jako asystentka, zachwycałam się jak Ona zbiorami sztuki egipskiej w „Metropolitan” w Nowym Yorku,:  Temple of Dendur


pisze:
w Metropolitan Museum
W dziale egipskiej rzeźby
Widziałam odłamek posągu
Nozdrza i wydatnie zarysowane wargi
Posąg był wykuty w kamieniu twardym
Jak czas .

Jak i ona chodziłam Manhattanem pomiędzy niebotycznymi drapaczami chmur, raz zajrzałam do Greenwich Village , którą ona odwiedzała często , bo ją fascynowała ta część Nowego Jorku. Spacerowała po „Central Park”, który opisywała. Chodziłam jak i ona ulicami Paryża. Poświatowska byla ciekawa świata i ludzi. Chciała zobaczyć jak najwięcej w przerwach pomiędzy jednym szpitalem a drugim.
Halina Poświatowska zmarła w listopadzie 1967 roku. Było to kilka dni po drugiej operacji serca, przeprowadzonej w Warszawie. Poetka miała trzydzieści dwa lata. Całe niemal życie, od dzieciństwa chorowała na serce. Pod koniec wojny przeszła anginę , która doprowadziła do poważnej wady serca. Halina sporą część swego dzieciństwa i wczenej młodości spędziła w łóżku, ale mimo to ukończyła szkołę średnią. Zaczęła studia uniwersyteckie. Dzięki pomocy profesora Aleksandrowicza i Polonii Amerykańkiej wyjechała do Stanów Zjednoczonych, by poddać się operacji serca.
Po udanej operacji podjęła studia w znanej wyższej szkole dla kobiet w Smith College w Nowej Anglii (Northampton). Studiowała na letnim kursie w Columbia University. Wróciła do Krakowa. Ukończyła pracę magisterską pod kierunkiem prof. Ingardena. Zostala asystentką na Uniwersytecie Jagielońskim. Jej „Hymn Balwochwalczy” uznany został za najciekawszy debiut książkowy. Kochała. Została wdową w wieku 21 lat, po dwu latach małżenstwa z Adolfem Poświatowskim, artystą malarzem. Pisała . Pracowała ogromnie dużo. Czy przeczuwala, czy wiedziala, że musi się śpieszyć?

moje serce jest zwierzęciem krwiożerczym
Jego głodny krzyk
towarzyszy mi wszędzie
W każdym miejscu i w każdym śnie .

***
Kiedy byliśmy w Częstochowie, rodzinnym mieście mojego męza był piękny pogodny dzień. Szliśmy wzdłuż Alei Naświętszej Marii Panny, która wiedzie wprost na Jasną Górę, do klasztoru. Wszędzie ustawiono ławki. Wydaje mi się, że zawsze tam były. Poza jedną


 

. Nieopodal Ratusza jest ławeczka, na ktorej siedzi drobna, kilkunastoletnia dziewczyna. To rzeźba. W taki sposób została upamiętniona w mieście, w ktorym się urodziła, Halina Poświatowska . Na ławeczce przysiadają obok niej młodzi i starzy, ci, którzy znali rodzinę Mygów (to panieńskie nazwisko poetki) , ci, którzy znają jej poezję i ci, którzy nigdy o niej nie słyszeli .



Córka Stanisławy i Feliksa Mygów przyszła na świat w domu przy ulicy 7 Kamienic.
Po wielu latach od tamtego czasu Częstochowa upamietniła Poetkę nadając jednej ze szkół jej imię . Przeznaczono dwie sale szkolne na Muzeum Haliny Poświatowskiej. Postawiono tam fotel poetki, maszynę do pisania, ulubione płyty , słownik angielsko-polski, zielnik, zdjęcia rodzinne . Te przedmioty przekazał młodszy brat Haliny, Zbigniew Myga.



W 2005 na domu, w którym przyszła na świat umieszczono tablicę pamiątkową a Zofia Kucówna czytała wiersze Haliny w ogródku przy Jasnogorskiej. Tam bowiem po wojnie mieszkali panstwo Mygowie z dziećmi Haliną i Zbyszkiem

 9 maja 2007 roku w rocznicę urodzin poetki w domu przy ulicy Jasnogorskiej otwarto Dom Poezji- Muzeum Haliny Poświatowskiej . Powstanie muzeum niewatpliwie Częstochowa zawdzięcza wysiłkom Zbigniewa Mygi




Zaś w artykule Jerzego Piątka ( z 10 maja 2007) przeczytałam iż „Dom Poezji powstał z inicjatywy częstochowskiego Urzędu Miejskiego przy wsparciu Ministerstwa Kultury i dziedzictwa Narodowego”. Odwiedziliśmy Muzeum. Oglądaliśmy zdjęcia Haliny zwanej w domu „Haśką”, widzieliśmy jej metrykę z mylną datą urodzenia (9 lipca), i wypisanym imieniem Helena. Podobno ksiądz nie chciał zgodzić się na „Halinę” bo „takiej swiętej nie było”. Dopiero w 1961 roku oficjalnie zmieniła imię na Halina. Słuchaliśmy wierszy nagranych na taśmach a czytanych przez Poetkę.




Mieliśmy też okazję poznać kustosza Muzeum. Jest nim brat Poetki, Zbigniew Myga . Od niego dowiedzieliśmy się, że „wczoraj (9 maja 2007) z okazji rocznicy urodzin Haliny w Domu Poezji odbył się wieczór podczas, którego czytano Jej wiersze”. Publiczność dopisała. Okazało się raz jeszcze , że lubimy poezję. Ilu z nas lubi? Na to pytanie próbowała odpowiedzieć Wisława Szymborska. Owa „mniejszość lubiąca poezję”, przyszła posłuchać wierszy słynnej częstochowianki, zmarłej w młodym wieku i tak pięknie piszącej o pragnieniu miłości i miłości do życia.
***

Wiersze Haliny Poswiatowskiej
(podziel się ze mną)


podziel się ze mną
mojej samotności chlebem powszednim
obecnością zapełń
nieobecne ściany
pozłoć
nie istniejące okno
bądź mi drzwiami
nade wszystko drzwiami
które można otworzyć
na oścież

Halina Poświatowska




***(o moim domu)


o moim domu
którego ściany
z ciepłych niedomyślnych snów
napiszę najpiękniejszy wiersz
o włosach dziecka
które nigdy nie wplączą się
w moje ręce kobiety
o ustach - które posępnym pragnieniem
nie zawisną ponad niepokojem moich nocy
o miłości - która rozkwita
w każdym wyszeptanym słowie
w barwie róż
w zapachu ściętej trawy
w pośpiesznym spadaniu gwiazd
w gorzkim
unicestwianiu motylich skrzydeł
zgasłych w płomieniu świecy
o miłości -
doskonałej w swoim chmurnym niespełnieniu

Halina Poświatowska

Jestem z upływającej wody
z liści które drżą
trącane dźwiękiem wiatru
przelatującego pośpiesznie

jestem z wieczoru
który nie chce usnąć
patrzy uparcie
głodnymi oczyma gwiazd

noc - poprzez niebieskie żyły
w każdym włóknie ciała
w końcach palców
pulsuje namiętnym niespełnionym


jestem ochrypłym głosem
milczącym głucho
nade mną dni
o wielkich pustych skrzydłach
mijają...

Halina Poświatowska




http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=4&u=67






.


.






poniedziałek, kwietnia 08, 2013

Karolina w Ameryce podczas swej pierwszej wizyty..

 Wszystkiego najlepszego zyczymy dzisiaj Karolinie!
Z mysla o Tobie w tak waznym dniu zamieszczam  malenki fotoreportaz z Twojej pierwszej wizyty za Oceanem.
Tutaj przeciez obchodzilismy  Twoje  pierwsze urodziny. Nie wiem czy Ty pamietasz. My tak:-)





niedziela, kwietnia 07, 2013

Nostalgiczna Opowiesc o "biwakach" nad Lake Superior i polskich Cyganach

Ponizszy esej zostal opublikowany dwanascie lat temu na , niestety nieistniejacej juz dzis , stronie internetowej "Bez Uprzedzen". Jednakze nie stracil aktualnosci wiec zapraszam do lektury.

REFLEKSJE ZNAD JEZIORA SUPERIOR


Przede mną biegnie mała, bosa dziewczynka z rozwianymi włosami. Nagle potyka się na wystających korzeniach sosny, pada. Ale podnosi się natychmiast, rozciera rączką uderzone kolano, otrzepuje spódniczkę i biegnie dalej. Za chwilę znika gdzieś pomiędzy namiotami.

Nad jeziorem, ogromnym jak morze, obozem rozbili się turyści. Przyjechali tu, na półwysep wchodzący w wody jeziora Górnego (Superior) z Florydy, Arizony, Teksasu. Są tu też mieszkańcy bliskiego Wisconsin i dolnego Michigan. Bliscy sąsiedzi. Stoją rzędem ogromne naczepy wielopokojowe z łazienką, lodówką i telewizorem. Na dachach anteny. W oknach doniczki z kwiatami.

Obok widać nieco mniejsze turystyczne samochody, ale także przestronne, wyposażone we wszystko co dla wygody potrzebne. Wydaje się, że przywieziono ze sobą wszystko co niezbędne, by czuć się jak w domu. Przed jednym z takich wozów - “domów na kołach”, stoi ogromny fotel na biegunach. Ktoś zabrał w podróż dużego pluszowego Misia, który przypięty do wysokiej sosny, “udaje” wspinającego się zwierzaka. Ponieważ prawdziwe niedźwiedzie rzeczywiście można spotkać w okolicy, przez moment można ulec złudzeniu, że właśnie się pojawiły na kempingu.

Obok okazałych pojazdów rozbito też skromne namioty. Na rozwieszonych pomiędzy drzewami sznurach suszą się ręczniki i bielizna, na stołach piętrzą się śpiwory, miski, kuchenki turystyczne, radia i Bóg wie co jeszcze. Takie obrazki zna niemal każdy z nas. Spotyka się je w Stanach czy Europie. Niegdyś byłam gorącą zwolenniczką życia kempingowego. “Obozowe” życie, znam więc z doświadczeń. Dzisiaj oglądam “nasz” kemping przechadzając się nad brzegiem jeziora, a więc już z innej niż kiedyś perspektywy.


Na półwysep w Michigan, zwany Keweenaw, ściągają gromadnie turyści. Przyjeżdżają zawsze, w rożnych porach roku, ale kemping ożywa dopiero późną wiosną a zamiera z pierwszymi chłodami. Keweenaw w języku lokalnych Indian Chipewa (czyt.Czipua) (zwanych też Ojibua ) oznacza “brzeg, do którego przypływają łodzie”. Okolica jest pełna uroku, woda ciągle czysta, a trawa zielona. Wabią piękne, piaszczyste plaże jak i pofałdowany pagórkami lesisty krajobraz.


Uroda okolicy zachęca do spędzenia tu wakacji. A my mieszkańcy tej ziemi, kiedy tylko mamy czas, mamy wrażenie, że wakacje nigdy się nie kończą. To miejsce ma jakąś siłę magiczną. Kiedy chodzę tak pomiędzy namiotami i samochodami, widzę snujące się wstążki siwego dymu z ognisk, czuję ich zapach, nagle powracają do mnie obrazy z dalekich stron i równie odległych czasów.

Przypominam sobie cygańskie tabory. Wydaje się, że jeszcze niedawno, widywałam je w Europie. Aż dziw pomyśleć, że było to w ubiegłym stuleciu, przecież dziesięciolecia upłynęły od czasu kiedy ja, mała dziewczynka z biciem serca oglądałam sceny z życia cygańskiego taboru. Zapamiętałam płonące ognisko, starą Cygankę, mieszającą coś w kociołku zawieszonym nad ogniskiem i od czasu do czasu odganiającą łyżką zgłodniałego psa, zwabionego zapachem gotującej się strawy. Patrzyłam na tę scenę z przejęciem, z wewnętrznym drżeniem. Było to połączenie niewypowiedzianego niepokoju i równocześnie nieopanowanej potrzeby podpatrywania czegoś tajemniczego i niezwykłego. Cyganki wróżące z kart i ręki były częścią krajobrazu polskich miast i wsi. Niekiedy i dzisiaj można spotkać na ulicach miast kobiety o smagłych twarzach, w kolorowych spódnicach, najczęściej z niemowlęciem, kuszące obietnicą, że opowiedzą o przyszłości, w której czeka nas jeszcze jedna, jedyna, prawdziwa miłość. “Powróżyć, karty stawiać” nawoływały. Zostały jednak w pamięci tamte romanse cygańskie, pieśni i taniec.



Ale gdzież dziś szukać “prawdziwych Cyganów”? Ich wozy nie przemierzają kraju budząc zarazem zainteresowanie i trwogę. Literatura roi się od opisu kradzieży koni, kur, garnków, odzieży suszącej się na dworze w momencie przybycia w okolice cygańskiego taboru. A więc kim byli ich sprawcy w ludowych podaniach? Opowieści te czasem prawdziwe, czasem, wyolbrzymione, czasem całkiem wyssane z palca szły w “lud” i tkwiły (tkwią) w świadomości. Prawdy, zmyślenia? Jedno jest pewne, nie ma tamtych cygańskich taborów z mego dzieciństwa. Gdzież się podziały? Świat Cygański nieco mroczny, tajemniczy, równocześnie barwny, roztańczony, rozśpiewany, przestał być częścią “naszego świata”. “Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma “ jak refren znanej pieśni powraca ta myśl. Ale czy na pewno?



Są. Trwają choć nie tacy sami. Isabel Fonseca, Amerykanka mieszkająca w Anglii, zafascynowana światem Cyganów europejskich rezultaty swych badań opisała w swej książce „Bury Me Standing; The Gipsies and Their Journey” (“Pochowaj mnie na stojąco. Cyganie i ich wędrówki”). Jest to porywający portret grupy etnicznej dyskryminowanej i tak dotkliwie doświadczonej przez historię. Romowie (jak dziś nazywamy Cyganów), skazani w czasie II Wojny Światowej na kompletną zagładę, zdołali jednak cudem ocaleć.

Książka “Bury Me Standing “ mówi o Romach dzisiejszych, ale wraca do ich historii. Jest to rzadki, niezwykły dokument i urzekająca lektura.

Autorka, absolwentka Columbia University i Oxfordu mieszka w Londynie. Stamtąd odbyła wiele podróży po Europie pomiędzy 1991 a 1995 r. Jej książka jest też efektem przyjaźni z Donaldem Kenrick`iem współautorem innej pasjonującej książki o Romach “The Destiny of Europe`s Giepsies” (“Przeznaczenie Cyganów Europy”).



Szczególnie jeden z rozdziałów książki Isabel Fonseci zwrócił moją uwagę. Poświęcony jest polskim Cyganom.

Fonseca podaje szereg niezmiernie interesujących szczegółów. I warto je przytoczyć, gdyż dotyczą jednej z najbardziej znanych postaci Cygańskiego folkloru; Papuszy. Podejrzewam, są to fakty mało znane polskiemu czytelnikowi. Bo tak naprawdę, któż z nas pamięta dziś o Papuszy, zmarłej ponad dziesięć lat temu? Przecież nawet wtedy, kiedy otarła się o sławę Juliana Tuwima czy Jerzego Ficowskiego, tylko nieliczni o niej słyszeli.

Pisano o niej trochę w latach 50-tych. Wtedy stała się “sztandarowym przykładem” na to iż należy Cyganów osiedlić, nawet wbrew ich woli. Chciano ich “uszczęśliwić”, zamknięciem w ciasnych ścianach kamienic bo wędrujący i niezależni “zagrażali porządkowi”.

Jerzy Ficowski, poeta zajął się twórczością Papuszy już kilka lat po wojnie. To zresztą stało się zarówno początkiem Jej literackiej “kariery” jak i przyczyną osobistego dramatu. Papusza “zdradziła” tajemnice swego świata, a więc tajemnice Plemienia. Naruszyła obowiązujące reguły gry. Wydając zgodę na publikację swej poezji odkryła świat Romów przed ludźmi spoza kręgu wtajemniczonych. I dlatego musiała zostać przez swoich wyklęta.

Bronisława Wajs, zwana Papuszą (co znaczy “Lalka”) dzieliła los i dramat Cyganów Europy opanowanej przez niemiecki faszyzm. Podczas wojny, jak twierdziła, straciła stu swych krewnych. Być może uznać to trzeba za rodzaj bolesnej metafory. „Każda niemal Cyganka to Antygona; każda utraciła brata”. Przeżycia z czasów wojny dały początek jej pieśniom poetyckim; “Krwawe łzy”, opowieść o tym “czego doświadczyliśmy pod Niemcami na Wołyniu w latach 43 i 44”. Kiedy w 1949 r. poznała Jerzego Ficowskiego (żywo zainteresowanego folklorem Cyganów) rozpoczęła się nowa epoka w jej życiu.

W 1950-tym, niespełna rok potem, jej wiersze w tłumaczeniu polskim opublikowano w “Problemach”. Julian Tuwim, przeprowadził obszerny wywiad z Jerzym Ficowskim. Był to wywiad od początku do końca mający udowodnić, iż nomadyczne tradycje Cyganów są absurdalne. Ten wywiad, kończył się tekstem “Międzynarodówki” przetłumaczonej na język Romów. No cóż, znamię tamtych czasów! Wywiad i publikacje przyniosły Papuszy niesławę wśród Jej plemienia. Papusza została potępiona, opuszczona przez swoich.

Na domiar złego właśnie wtedy ówczesny reżim, a szczególnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Berman, Różański), zaczął przymuszać Cyganów do osiadłego trybu życia. Było to, bez wątpienia, ich wielkim dramatem. Trudno, rzecz jasna obciążać za to winą Jerzego Ficowskiego, który zrobił wiele, by z kultury cygańskiej zachować wszystko co jeszcze nie zostało zniszczone. Być może wiedział, że ta cywilizacja została skazana na zagładę?

Papusza poniosła karę surową, z pewnością niezawinioną. Została uznana za zdrajczynię przez swoich. Jej talent i jej zaufanie wykorzystano dla socjalnych, propagandowych, politycznych celów. Wtedy moda była na asymilację tak jak dzisiaj na „różnorodność”.

Czy w tych rozgrywkach było miejsce dla odczuć poetki - Cyganki? W jednym ze swych wierszy Papusza pisze:

Nikt mnie nie rozumie

tylko las i rzeka

I tylko o nich chcę mówić,

wszystko minęło z latami młodości.

Wiersze Papuszy zostały jej “odebrane”, a ona, przerażona konsekwencjami, chciała je odzyskać z powrotem. Napisała list do Jerzego Ficowskiego prosząc o wstrzymanie publikacji. Wyjaśniła, że jest to sprawa wielkiej wagi. “Żywcem obedrą mnie ze skóry” pisała do badacza cygańskiego folkloru. Nie wysłuchał jej prośby.

Według innych źródeł, Papusza zjawiła się w Wydawnictwie Ossolineum z żądaniem zawieszenia publikacji. Nie pomogło. Udała się też do zarządu Związku Pisarzy Polskich, z prośbą o odzyskanie praw autorskich. I tam jej odmówiono pomocy. Po nieudanych próbach odzyskania swoich praw do wierszy wróciła do domu.
Kiedy wiersze zostały opublikowane, Papusza została postawiona przed sądem Romów. Najważniejsze autorytety polskich Romów czyli “Baro Szero” (starszyzna) orzekły o losie Poetki. Niemal bez namysłu, jednogłośnie Sad wykluczył ją ze społeczności cygańskiej jako “nieczystą” czyli “Magerdi”.
Wyrok ugodził boleśniej niż można by było oczekiwać. Jak twierdzi Isabel Fonseca, Papusza spaliła resztę swych niepublikowanych jeszcze wierszy. Było ich podobno ponad trzysta. Po tych przykrych, wstrząsających przeżyciach Papusza spędziła osiem miesięcy na leczeniu psychiatrycznym, a potem w kompletnej izolacji. Podobno Jerzy Ficowski zerwał z nią jakikolwiek kontakt.
Poza kilkoma pieśniami z 1960 roku, nic więcej nie napisała. Papusza zamilkła. O tych szczegółach z życia Papuszy, polskiej Cyganki, którą być może mijałam na ulicach jednego z polskich miast, dowiedziałam się dopiero nad jeziorem Superior czytając książkę, którą mi polecił mój amerykański znajomy.
***

Podejrzewam iż wakacyjni “nomadyczni” Amerykanie koczujący nad naszym jeziorem, nie wiedzą nic o stylu życia, które wiedli kiedyś europejscy Romowie. A może w każdym z nas drzemie owa tęsknota do wędrówek?



Wchodzę w piękny mieszany las doszukując się dalej jakiś analogii pomiędzy “tam i tu“ i pomiędzy “dawniej i dziś”. Sosny i kanadyjskie klony, brzozy i osiki niczym nie różnią się od lasu w dalekiej Polsce, z którym identyfikowała się Papusza.

Ryszarda L. Pelc

________________________________________

“O lesie, lesie,

mój czarny ojcze,

Ty mnie wychowałeś,

teraz opuściłeś mnie.

Twoje liście drżą

I drżę ja tak jak one,

ty śpiewasz i ja śpiewam.

Ty się uśmiechasz i ja się uśmiecham

Ty nie zapominasz

I ja pamiętam.”

(Wiersze Papuszy z ang. tłum. R. Pelc)
data publikacji 2001-09-21

PATRZĘ TU, PATRZĘ TAM


(dikchaw daj, dikchaw doj)

Patrzę tu, patrzę tam –
wszystko się chwieje! Śmieje się świat!
Gwiazd zatrzęsienie nocą!
Gadają, mrugają, migocą.

Gwiazdy! Kto je rozumie,
ten nocą nie chce zasnąć,
na Mleczną Drogę spogląda jasną,
wie, że to droga szczęśliwa
że w dobre strony przyzywa.

Patrzę tu, patrzę tam –
jak się księżyc myje w ciepłych wodach,
niby w strumieniu pod lasem
Cyganeczka młoda.

Cóż to się dzieje
Wszystko się chwieje.

To świat się śmieje.

1951

Tlum.Jerzy Ficowski

________________________________________
Isabela Fonseca "Bury Me Standing. The Gipsies and Their Journey”,
New York, Vintage 1996 s.322

https://www.youtube.com/watch?v=n-L-HUZsEuU






środa, kwietnia 03, 2013

Pamietaj Capri …

Z okazji dnia Swietego Ryszarda, mojego Patrona, wybraliśmy sie na Capri. Bywamy tam czasami, choc nie tak często jak chcielibyśmy.

Uczciliśmy ten dzien holenderskim piwem (ja) i Fantą ( Karol). Zrobiliśmy kilka zdjęć, zajrzeliśmy do “Gipsy Café” objechalismy wyspę …“Pelican Bend” był jak zwykle pełen spragnionych i głodnych turystów. Restauracja od lat cieszy się zasłużoną (podobno) sławą . To było sympatyczne, udane popołudnie. Tak powinno byc, kiedy sie obchodzi Dzien Patrona.
Dodam tylko, ze Capri, o ktorym pisze. to wyspa na Florydzie ,  nieopodal Marco.










PS.
Kim byl Swiety Ryszard? Nie jest niestety znanym i popularnym świętym.
A szkoda, bo ciekawa to postać i nie miesci sie calkiem w ogolnym wyobrazeniu o "swietych".