sobota, grudnia 08, 2007

O, te skarby, te obrazy. Cz.IV




(Dziennik Zakopiański).

Jest sobota 12 maja. Około 11 tej wychodzimy do pobliskiego przystanku autobusowego. Zamierzamy dojechać do Doliny Kościeliskiej. Wg. rozkładu jazdy czas oczekiwania będzie krótki. Ale w rzeczywistości okazało się, że jest inaczej. Busików jest wiele, ale żaden z nich nie jedzie do Kościeliskiej.
Po długim oczekiwaniu zaczynamy się niepokoić. Nawiązujemy rozmowę z „wyglądającym na miejscowego”, który właśnie pojawił się na przystanku. Dowiadujemy się, że do Kościeliskiej można złapać autobus nie tu, a koło dworca.

Straciliśmy sporo czasu, i nie po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie zawsze można wierzyć w to, co „czarno na białym” napisane.

Zastanawiam się jak sobie radzą cudzoziemscy turyści, którzy nie znają polskiego, a więc się „nie dopytają”?

Wsiadamy w autobus jadący do dworca. I tu trzeba czekać. Kierowca musi zebrać komplet pasażerów. Jest to może i logiczne, tylko... Ale okazuje się, że jeden z autobusów kursuje wg. określonego rozkładem czasu. Idziemy więc zobaczyć stojący nieopodal pomnik „Ognia”. Wzniesiono go w Zakopanem kilka miesięcy temu. Pierwotnie miał być w Nowym Targu. Ale tam było zbyt wiele protestów. No cóż, historia naszej Ojczyzny zawsze była trudna. „Ogień” był jednym z jej „kontrowersyjnych” bohaterów.

Busik, który zabierze nas do Doliny Kościeliskiej zapełnia się. Odjeżdżamy. Po drodze fascynujące widoki, piękne, bogate zakopiańskie wille.

Przed wejściem do Parku Narodowego sporo ludzi. Głównie wycieczki, choć nie brak i indywidualnych turystów. Po drodze mijamy dorożki. Góral oferuje przejażdżkę na Ornak za 150 złotych. Po chwili obniża do 100. Ale nie korzystamy także i z tej zniżki. Idziemy piechotą drogą wytyczoną pomiędzy wysokimi górami porosłymi niebotycznymi świerkami. Dzień jest słoneczny, więc widać skrzące się wierzchołki gór pokryte śniegiem. Idziemy wzdłuż potoku, nad którym gęsto porosły złociste kaczeńce. Na naszej drodze bacówka. Wstępujemy. Gaździna siedzi na ławce i przygląda się mężczyźnie, który wędzi oscypki nad otwartym ogniem. Chata pachnie dymem. „Czy mogę panią sfotografować”? „A rób pani. Wszyscy ze świata robią mi zdjęcia. Czuję się jak jako gwiazda z Holywuda” - odpowiada i śmieje się. Oboje są włascicielami 200 owiec, ale pastwisko należy do Parku Narodowego. „Wygraliście bitwę o oscypek z Unią Europejską” - mówię, przypominając sobie owe pamiętne boje o „patent”, a wcześniej o możliwość eksportu słynnego tatrzańskiego przysmaku. Wychodzimy.

Po drodze minęliśmy kapliczkę zbudowaną dla górników wydobywajacych w Kościeliśkiej w XIX w. rudę srebra.

Po kilkugodzinnej wędrówce zawracamy, wstępując do znajdującej się tuż za bramą Parku restauracji „Złoty pstrąg”. Miło, czysto, przyjemnie, niezbyt drogo i smacznie. Jemy na dworze pod wielkim parasolem, siedząc przy sosnowym stole. Zajęliśmy miejsce z widokiem na kilku dorożkarzy popijających piwo, na ciemnozielone smreki i na wysokie góry.

* * *

Powrót autobusem.

Z autobusu wysiadamy na ulicy Kościeliskiej, przy najstarszym zakopiańskim kościółku. Obok niego jest cmentarz. Jest tu 500 grobów (wg. Wikipedii), w tym połowa z nich to groby wybitnych Polaków i zasłużonych dla miasta.

To miejsce trzeba odwiedzić skoro się jest w Zakopanem.

Ten cmentarz jest jak wielka księga historii nie tylko Zakopanego.

Jest miejscem, gdzie odnajdujemy ślady polskiej dramatycznej historii. Przypomina o tym symboliczny grób Bronislawa Czecha zamordowanego w Oświęcimu, grób rozstrzelanej przez Niemców kurierki Heleny Marusarzówny i jej brata, zmarłego w 1993 roku, żołnierza AK, legendarnego kuriera w czasie II wojny światowej, mistrza polskiego narciarstwa, Stanisława.

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku jest najstarszą nekropolią Zakopanego założoną staraniem księdza Józefa Stolarczyka.

Na cmentarz wchodzi się przez bramę przypominajacą włoskie bramy cmentarne. Jak mi powiedziano zaprojektował ją Stanisław Witkiewicz.

Mijamy groby Stefana Zwolińskiego, fotografa Tatr, Marii Witkiewiczowej, który jest równocześnie symbolicznym grobem jej syna, Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego).

Przed kilkunastu laty odbyła się uroczystość sprowadzenia prochów Witkacego z ukraińskiej wsi Jeziory do Polski. Miało to miejsce w 1988 roku. Jednakże kilka lat potem - chyba w 1994 - okazało się jednak, że to nie On. Jedni twierdzili, że to zwłoki rosyjskiego żołnierza, inni, że szczątki młodej kobiety. Kiedy te wieści dochodziły do mnie z Polski, pomyślałam, że nawet po śmierci Witkacy zakpił z Rodaków.

W głębi, za grobem Marii Witkiewiczowej, jest skromna, niewielka mogiła Jana Pęksy, fundatora cmentarza. Nazwa pochodzi od jego nazwiska. Podarował on mieszkańcom Zakopanego piękny kawałek ziemi, ów „ brzyzek”, co w gwarze góralskiej oznacza urwisko nad potokiem. Nieopodal grób Karola Makuszyńskiego a na nim płonące świeczki i świeże kwiaty. Pamiętają tu o nim. Może przeszła przed nami jakaś szkolna wycieczka?

Zatrzymuję się nad gróbem Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Zmarł w Warszawie w 1940 roku ale przeniesiono go tutaj i zbudowano mu wielki grobowiec. Obok Poety groby Orkana, Sabały, Stryjeńskiego, Stanisława Witkiewicza.

Jan Kasprowicz również spoczywał na tym cmentarzu przez siedem lat aż do czasu, kiedy wybudowano wielkie mauzoleum tuż przy Jego domu na Harendzie.

Pod murem cmentarnym stoi skromny grób z żelaznym krzyżem. Na nim jest tabliczka z nazwiskiem „Piłsudski” i dopisek, z którego wynika iż utonął w Sekwanie. Nie znalazłam żadnej informcji o tym człowieku. Kim był, co robił, w jakich okolicznościach zginął. Kto jego kości złożył tu, w Zakopanem na „brzysku”? Czy ma związek z naszym narodowym bohaterem Józefem Piłsudskim?

Może ktoś z Czytelników mojego „dziennika” pomoże rozwiazać zagadkę?

Kończymy naszą wizytę na Pęksowym Brzyzku. Tuż przy bramie mijamy grobowiec znanej i wielce zasłużonej dla miasta rodziny Chramców. Zmarły w 1939 roku dr Andrzej Chramiec niedawno doczekał się swego pomnika. Stoi przed Magistratem. Wcześniej ufundowano tablicę, na której widnieje napis „Założycielowi największego i najbardziej renomowanego zakładu leczniczego w Zakopanem, wójtowi Zakopanego w latach 1901-1906, reformatorowi i orędownikowi naszej ziemi w 65. rocznicę śmierci w dowód wdzięczności mieszkańcy powiatu tatrzańskiego”.

* * *

Dzień dobiega końca. Słońce oświetla góry otaczające miasto. Po wizycie na cmentarzu uparcie powraca w myślach łacińskie powiedzenie „Memento mori”. Na Pęksowym Brzyzku jeszcze częściej przychodziło inne, przypisywane Horacemu: „Non omnis moriam”. Przecież spoczywający tam, za życia stworzyli dzieła, dzięki którym żyją do dziś. I będą żyć tak długo jak będziemy czytać ich wiersze, podziwiać kunszt malarski czy rzeźbiarski, pamiętać o nich.

Równocześnie nie możemy zapominać innego powszechnie znanego wyrażenia „Carpe diem”.

Ileż razy sobie to uświadamiam? Tak, trzeba korzystać z dnia, cieszyć się nim, tak długo, jak to jest możliwe. Bo „naśmiawszy się nam i naszym porządkom, zamkną nas w mieszek, jak to czynią łatkom” o czym kilka wieków temu pisał Jan Kochanowski.

* * *

Do „Willi Karpaty” wracamy przez Krupówki. Z licznych restauracji dobiega góralska muzyka, kuszące zapachy, wabią interesujące wystroje wnętrza.

My nie damy się „zwieść”. Planujemy dzisiejszy wieczór spędzić w „Bąkowej Zohylinie” przy ulicy Józefa Piłsudskiego. Tam gra kapela, dają dobre jedzenie. Wynieśliśmy stamtąd dobre wspomnienia z poprzedniego pobytu w Zakopanem. I tym razem nas nie zawiedli.

Szczególny rarytas to wspaniały pachnący chleb ze smalcem ze skwarkami. Kto dziś to jeszcze pamięta?

Wracamy do domu pod wygwieżdżonym niebem. Jest piękie i nastrojowo. Jaka szkoda, że zostało nam już tak niewiele czasu w Zakopanem. A jeszcze tyle mamy planów.

Nęci wyjazd kolejką na Gubałowkę (koniecznie!). Z wyprawy do Morskiego Oka także niepodobna zrezygnować. A jakże można nie odwiedzic i podumać w pustelni Świętego Alberta, wstępując tam w drodze na Kalatówki?

O, te skarby, te obrazy. Cz.V





(Dziennik Zakopiański).

O zapachu choinek, pustelni i deszczu.

Ostatnia opowieść o podróży doTatr w 2007.

Mój „Zakopiański Dziennik” został w Michigan. Jestem teraz na wyspie w południowo - zachodniej części Florydy. Zielono tu, słonecznie, ciepło a zbliża się Boże Narodzenie, które już pewnie na zawsze kojarzyć mi się będzie ze śniegiem.

W tym roku 22 listopada przypadało święto Dziękczynienia, amerykańskie Thanksgiving, więc natychmiast po nim zaczyna się myśleć o Bożym Narodzeniu. Wystarczy włączyć radio i już słychać „We wish you a Merry Christmas” i zaraz po tym reklama: samochodów, „dajpersów”, kosmetyków, proszków do prania. Ciekawe czy teraz w Polsce też już tak jest?

Przed sklepami pojawiły się prawdziwe świerkowe choinki. Pachną pięknie, bo słońce je ogrzewa i zapach igliwia jest intensywny. Tak pachniały choinki, które każdego roku przywożono z lasu do domu moich rodziców kilka dni przed Wigilią. Tak pachną srebrne świerki, zasadzone przez mego męża przed naszym domem w Michigan. Taki zapach miała choinka na placu przed Bazyliką Świętego Piotra w Rzymie. Przywieziona została przez polskich górali Janowi Pawłowi II. Tak pachnialy świerki w Tatrach, kiedy tam byłam kilka miesięcy temu.

* * *

Tatry! Władysław Ludwik Anczyc (1823-1883) pisał

„Hej za mną w Tatry! W ziemię czarów,
Na strome szczyty gór.
Okiem rozbijem dal obszarów,
Czołami sięgniem chmur.

Ponad przepaście nasza droga,
Odważnie, bracie mój!
Od ludzi dalej - bliżej Boga
Ha, już jesteśmy - stój!”

Są w Tatrach takie miejsca, których zapomnieć nie sposób. Stoimy nad Morskim Okiem. To jezioro, w którym przeglądają się szczyty gór je otaczających, ma niezwykłą barwę, która zmienia się z każdą chwilą; niekiedy lustro wody bywa szare, szmaragdowe, zielone, czarne. Nie sposób więc opisać jakie jest rzeczywiście.

Otoczone jest wysokimi górami. Jedna z nich to Mnich. Przypomina profil zakonnika w nasuniętym głęboko na głowę kapturem. Legenda głosi, iż to mnich z klasztoru, znajdującego się do dziś po Słowackiej stronie Tatr, zaklęty został w kamień. Była to kara za to, że uwierzył iż może zbudować maszynę latającą i polecieć nad Morskie Oko, gdzie pojawiała się piękna dziewczyna. Za namową szatana poleciał, ale kiedy osiągnął cel, rozpętała się burza a on zamieniony został w głaz. Inna legenda głosi, że to młody zakochany chłopiec został zaklęty za karę za to, iż „zbeszcześcił” zakonny habit. Otóż ów ubogi młodzieniec, zakochany wzajemnie w bogatej dziewczynie przybrawszy habit zdecydował się na porwanie, wiedząc iż jej ojciec nie wyrazi zgody na ich związek. A dziewczyna? Podobno umarła z rozpaczy a jej duch krąży nad jeziorem. Morskie Oko otocza wiele legend. Jedna z nich mówi o tym, jakoby miało być połączone z Adriatykiem. Ciekawa jest też prawdziwa historia tego miejsca. Pomiędzy Galicją a Węgrami, już pod koniec XIX wieku toczył się spór graniczny o prawa własności. Sąd polubowny w Gratzu (Austria) w 1902 przyznał Morskie Oko na własność Galicji (a więc Polakom). Podobno na tę wspaniałą wiadomość sławny aktor Ludwik Solski zaśpiewał

„Jeszcze Polska nie zginęła
Wiwat! Wiwat Plemię lasze
Słuszna sprawa górę wzięła
Morskie Oko nasze”

Morskie Oko budzi i budziło zachwyt artystów. Wielu z nich ma i miało świadomość, że nawet największy geniusz nie potrafi odtworzyć piękna Natury. Adam Asnyk twórca poematu „Morskie Oko” pisał

„O wielki poemacie natury, któż może
iść w ślad za twych piękności natchnieniem wieczystym?
Kto uchwyci poranku wzlatującą zorzę
i zapali rumieńce na niebie gwiaździstem?

Zaś Władysław Tarnowski, inny poeta XIX wieczny, tak opisywał Morskie Oko:

„Coraz to więcej skały ścieśniają ścian biodra,
Czarna dzicz, naga - i ponura coraz bardziej,
Ciasno, duszno - pod górę, góry coraz bardziej
Leżą na drodze - nagle -
Błysła szyba modra!
Rozsunęły się skały, wokoło granity -
(...) niebo cichych fal pieści błękity -
Jest chwila, gdzie w naturze święto - jak w kościele,
Grają zdroje i drzewa, milkną burzy szały,
A cisza po niebiesiech gwiazdy swoje ściele...
Morskie Oko to Tatrów dusza zwierciadlana -
Patrzcie! teraz jest taka chwila!...

Na kolana!

Stojąc u stop schroniska nad Morskim Okiem, w towarzystwie innych turystow, licznych wycieczek szkolnych nie mam komfortu bycia „sam na sam z Naturą”, jaki niewątpliwie mieli cytowani powyżej poeci. Oni byli tu zanim nastąpił turystyczny zalew Tatr. A my? Przyjeżdżamy tu masowo autokarami, mikrobusami odjeżdżającymi spod dworca w Zakopanem, własnymi samochodami. Zatrzymujemy się u bram Tatrzańskiego Parku Narodowego i stamtąd albo wspinamy się w górę, albo wsiadamy na wielkie wozy zaprzężone w konie. Miejmy nadzieję, że nie zadepczemy Tatr. Jan Paweł II podczas jednej ze swych pielgrzymek do Polski spotkał się nad Morskim Okiem z leśnikami i pracownikami Parku. Nakazał im by dbali o piękno, które ich otacza. Dostrzegał zagrożenie dla piękna Natury.

* * *

Kiedy się jest w Zakopanem nie sposób nie odwiedzić słynnej Gubałówki. Przez Krupówki dochodzi się do stóp wzniesienia, do kolejki, która w ciągu kilku minut zawozi na szczyt. Gubałówka jest miejscem bardzo popularnym wśród narciarzy i nie-narciarzy. Bycie na Gubałówce od dawna należało do dobrego tonu. Pamiętam jeszcze z odległych czasów tzn. sprzed tak zwanej transformacji,czyli z PRL-u, jak w okresie światecznym pokazywano zdjęcia wypoczywajacych na Gubałówce „przedstawicieli klasy pracującej”. Ilu było owych „pracujacych” a ilu „przedstawicieli” dochodzić nie będziemy, bo nie nasza to rola. Gubałówka wciąż jest atrakcyjna. Rozciągają sie przed naszymi oczyma malownicze widoki. Liczne bary i restauracje mają bogate i urozmaicone menu. „Jak chcesz zjeść na wysokim poziomie odwiedź Gubałówkę” głosiła jedna z reklam (cytuję z pamięci). A piwo Żywiec czy Lech? Smakuja jeszcze lepiej, kiedy z tarasu baru patrzymy na panoramę, jaka rozpościera się przed nami.

Rozliczne stragany mają bogatą ofertę handlową. Znajdziemy tam wszystko; od pięknych ludowych wyrobów po kicz pamiątkarski „Made in China”. Skoro jednak o handlu mowa, to największy odbywa się u stóp Gubałówki, na rozległym placu. Można tam kupić wszystko co komu się zamarzy; od pysznych wędzonych oscypków czy bryndzy, po piękne szale, gustowne futra i kożuchy. Artyzm ręcznie haftowanych obrusów, uroda szydełkowych serwetek, mistrzowsko wykonane swetry, czapki, rękawice budzą podziw a pewnie i grzeszną żądzą posiadania. O tak, Polak a szczególnie Góralka polska potrafi. Tam to widać jak na dłoni.

* * *

Zanim się dojdzie z Kuźnic do Kalatówek mija się niezwykłe miejsce: Klasztor ss. Albertynek i mieszczącą się przy nim chatkę Świętego Alberta.

To miejsce odwiedzał Karol Wojtyła, Metropolita Krakowski. Potem był tu kiedy już był Papieżem.

Podczas uroczystości w Rzymie powiedział o Bracie Albercie:

„Jest to święty o duchowości urzekającej zarówno swym bogactwem, jak i swą prostotą. Pan Bóg prowadził go drogą niezwykłą: uczestnik powstania styczniowego, utalentowany student, artysta-malarz, który staje się naszym polskim "Biedaczyną" (jak św. Franciszek z Asyżu) szarym bratem, pokornym jałmużnikiem i heroicznym apostołem miłosierdzia. (Jan Paweł II, Rzym 6 stycznia 1995).

Adam Chmielowski, późniejszy Święty Brat Albert, urodził się w 1845 roku w okolicach Krakowa. W 14-tym roku życia został sierotą. W 18-tym roku życia był uczestnikiem Powstania Styczniowego. W wyniku odniesionej rany utracił nogę. Udało mu się wydostać do Paryża a po amnestii w 1865 roku wrócił do Warszawy. Obdarzony talentem malarskim rozpoczął studia w Warszawie, a potem w Monachium. W pewnym momencie decyduje się na służbę Bogu. Zakłada zakon Braci Albertynów a kilka lat później sióstr Albertynek. Jego Zakon kieruje się regułami i zasadami zakonu stworzonego przez Św. Franciszka z Asyżu. Brat Albert bez reszty oddaje się służeniu ubogim, chorym, bezdomnym, sierotom, kalekom. Zakłada przytułki, kwestuje na ich rzecz. Przez czas jakiś maluje i sprzedaje obrazy by zdobyć pieniądze dla swych podopiecznych. Pomaga bezrobotnym, wyszukując dla nich pracę.

Słynne są słowa Brata Alberta, że trzeba każdemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież; bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia.
Umarł 25 grudnia 1916 r. w Krakowie w opinii świętości. W 1938 r. prezydent Polski Ignacy Mościcki nadał mu pośmiertnie „Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta za wybitne zasługi w działalności niepodległościowej i na polu pracy społecznej”.

Pustelnię Świętego Brata Alberta na Kalatówkach z kaplicą Świętego Krzyża zaczęto budować w 1898 na terenie ofiarowanym przez hrabiego Władysława Zamoyskiego. Stanisław Witkiewicz był podobno współtwórcą projektu. Od 1902 roku zamieszkały tu siostry Albertynki.

Poniżej kaplicy jest mały domek. Mieści się tu mała cela z wąskim drewnianym łożkiem, w której mieszkał brat Albert.

W Pustelni, a właściwie w owej chatce spędziliśmy czas jakiś. Dziwne, niezwykłe jest to miejsce. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Siostry Albertynki Bernardyny powiedział: „Stańmy w zadumie nad tym miejscem, gdzie wśród surowego piękna gór dojrzewały do świętości te dwie postacie, których dewizą życiową była dobroć na miarę codziennego chleba”.

Byli to Adam Chmielowski, popularny i utalentowany artysta malarz, i Bernardyna Jabłońska, wierna współpracowniczka i kontynuatorka dzieła jego miłosierdzia.

* * *

Opuściliśmy Pustelnię by powędrować na Kalatówki. Pięknie tam. Siedzieliśmy na ławce przy schronisku mocno zaniedbanym, ale ciagle funkcjonującym. Przed nami w dole była rozległa zielona łąka. Gdyby udało nam się tu być kilka tygodni wcześniej byłoby jeszcze piękniej. Wtedy gdy kwitną krokusy nie widać łaki; jest jeden wielki kolorowy krokusowy dywan.

Nad nami zaczęły pojawiać się chmury. Postanowiliśmy wracać do Kuźnic. Schodziliśmy w dół i usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Za chwilę lunęło. Ulewa się nasilała. Zasłona deszczu utrudniała zejście. To co było przed chwilą drogą, zamieniało się gwałtownie w potok. Trwało to jeszcze kilkanaście minut i nagle, tak jak się zaczęło, tak ustało.

Na niebie pojawiła się wielka kolorowa tęcza. Znak nadziei. Obietnica spełnienia marzeń. Jakich? Może kiedyś i o nich opowiem.

KONIEC

Więcej zdjęć z pobytu w Zakopanem Autorka zamieściła na stronie:
www.picasaweb.google.com/Ki4pelc/ZakopanePolandMay2007

piątek, października 12, 2007

Jesien w moich lasach




Spotkalem we snie Sokratesa

Tadeusz Chabrowski, poeta, filozof, teolog, optyk, działacz i animator polonijnego życia kulturalnego, opowiada w swych wierszach o tym co myślą i czują rośliny.
Skąd wziął się pomysł? Jak twierdzi Autor stało się to podczas palenia suchych liści, badyli i traw na polu w Pensylwanii. Patrząc na płonące ognisko Poeta usłyszał “pewnego dnia ich niedoopisania głośny "krzyk". Niemowlęce kwilenie przypiekanych w ogniu liści i gałązek. Przez tygodnie nie mogłem uwolnić moich uszu od tej skargi.”
Wielu z nas paliło ogniska ale czy poza trzaskiem gałązek a czasem syczeniem mokrej trawy uslyszeliśmy coś co przypomina “krzyk”?
Rośliny z “Zielnika Sokratesa“ nie tylko “krzyczą”.
One cierpią, cieszą się, myślą, rozważają sens istnienia, boją się umierania, wyznają potrzebę miłości. Są jak ludzie, jak każdy z nas.
Poeta nadał im cechy ludzkie, obdarzyl je taką wrażliwością jakiej niekiedy my jesteśmy pozbawieni.
Personifikacja jest bezsprzecznie najbardziej charakterystyczną i najczęściej użytą formą wyrazu poetyckiego, którą posłużył się Poeta. Stanowi cechę przeważającej części wierszy zgromadzonych w “Zielniku Sokratesa”.
Autor nie stroni też od innych figur stylistycznych. Posługuje się zaskakującą metaforą (“poligon nieba”), licznymi intrygującymi porownaniami i zaskakującymi epitetami (“grubouda pietruszka”).

W przedmowie do wyboru wierszy ze swego najnowszego zbioru poezji (zamieszczonych w “Swiecie Nasz” www.swiecienasz.com) Tadeusz Chabrowski pisze: “Mój zielnik opowiada o uczłowieczonych roślinach, które nie są ani ślepe, ani głuche, które doskonale zdają sobie sprawę z krotkotrwałości swojego losu. Potrafią cieszyć się każdym fragmentem chwili ("Mak"), ale w tym samym czasie, chcą wiedzieć "dlaczego jest raczej coś niż nic" ("Zagorzałka wiosenna"). W tym ogrodzie prawie każda z przywołanych do życia roślin, próbuje znaleźć swoje miejsce w przyrodzie, próbuje zdefiniować swój stosunek do przetrwania“.

W “Zielniku Sokratesa ” ułożonym przez Poetę “znalazłam” rośliny, które wydawały mi się znane. Okazało się jednak, że znałam je zaledwie z nazwy i wyglądu. Nie wiedziałam iż pospolity perz, którego wprawdzie “nie stać na filozoficzny patos” czy “stoicką sprawiedliwość“ bądź też “tragiczną piękność przydrożnej róży” może być tak “ludzki”w swym pragnieniu wyrażenia tego co najważniejsze (…) na wietrze nucę piosenkę o przetrwaniu…”

Teraz po lekturze wiersza Chabrowskiego plewiąc perz dojrzę iż rzeczywiście jego “bladoszare rozłogi” przypominają włosy “pokutujących anielic”.

Bławatek zwany tez chabrem, zapamiętany przeze mnie z dzieciństwa, z wyjazdów na wieś, jawi się w poezji Tadeusza Chabrowskiego jako Filozof obawiający się by “sens trwania na planecie nie wyparował”, zastanawiający się nad “swoim miejscem w czasie”, ubolewajacy iż nie udało mu się “wtargnąć w tajemnice gleby” . To już nie skromny, błekitny kwiatek rosnący w zbożu, to głeboko myślący Analityk mający nadzieję, że “gdzieś daleko za horyzontem jest takie miejsce,
gdzie razem z ptakami i rybami,
pogiętymi uchwytami do walizek i przepalonymi żarówkami
składuje się na pólkach, na zielonym papierze
zwiednięte kwiaty i badyle”.
W jakim stopniu bławatek jest personifikacją Autora a może i Czytelnika tej poezji? O czym rozważa Mak z “Zielnika Sokratesa”?
“Gdybym miał na nowo planować życie
stawilbym czoło podstępnemu przemijaniu”
buńczucznie oświadcza kwiat znany ze swej wiotkości i krótkiego żywota. Czy my także nie chcielibyśmy stawić czoła PRZEMIJANIU?
Problem upływania czasu, starości, śmierci pojawia się w wierszu “Rabar“.
“Zimne deszcze popsuły moje samopoczucie
w zgrubiałych kłączach reumatyzm,
epileptyczne skurcze jak u świetego Wita (…)”
Jeszcze w połowie maja znakomicie zapowiadała się moja przyszłość(…)
Dbałem o zdrowie i płciową wstrzemięźliwość,
(…) moje serce jak oszalałe wyło z uciechy.
Starość jest klęską butwiejącej imaginacji,
Komórki i ideały znikają, wesołe barwy kwiatów gasną, umiera sie
Ze łzami w oczach na nieśmiertelność”.
O zmienności świata “myśli” też czarna porzeczka:
“Gubię się, wiednę z przygnębienia.
Heraklit miał rację, nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, zakwitnąć dwa razy tym samym kwiatem.
Z nietrwałych widm rzeczy lepię świat,
Z głębi wnętrza krzeszę iskrę chwili,
która przeminie (…)

Piękne są wiersze Tadeusza Chabrowskiego. Mądre, głebokie, niekiedy zabawne, niekiedy przejmujące. Raz po raz pojawia się w nich motyw zadumy nad losem, fascynacja naturą, ironia, żart. Poeta-filozof zadaje pytania uniwersalne, choć nie on mówi a jego “alter ego”- rośliny z “zielnika”. Abstrakcja miesza się z rzeczywistością, w której żyjemy. Poezja Chabrowskiego dotyka spraw ważnych. Znaleźć w niej można akcenty moralistyczne: “(…) bądź sam ze sobą uczciwy,
nie lękaj się czerwonego połysku miecza,
od jadowitych uczuć niech cię broni
zdrowy rozsądek i miłość,
która jest odtrutką na otchłanie nienawiści”

Zadziwiający jest ten “Zielnik Sokratesa”. Z jednej strony głeboko filozoficzny, niekiedy sprawiajacy wrażenie, iż wszechstronnie wykszałcony Autor chce oszołomić czytelnika swą erudycją, z drugiej zaś strony prosty, zrozumiały, niekiedy przypominający język znany z dziecięcych bajek.
Nie jestem znawcą botaniki. Dla kogoś nieobeznanego z nazwami roślin tytuły wierszy wydają się zabawne. Oto fragmenty spisu treści:
“Zagorzałka wiosenna”, “Poziewnik piaskowy”, “Niepokalanek pieprzowy”(używany w medycynie ludowej na wzrost męskiej potencji), ”Popłoch pospolity”, “Bodziszek cuchnący”, “Szczyr roczny”.
Każda z tych roślin ma nam coś do powiedzenia, ma własne problemy i własne spostrzeżenia. Zadziwiające jak uniwersalne są to problemy.
Zycie rośliny (Arcydzięgiel) bywa tragiczniejsze niż życie człowieka “ludzie mogą osładzać sobie życie
mitami, legendami i liturgią, wiarą w nieskończenie szczegółowe przekazania;
Ja ze swoją przeklętą makroskopią
widzę w kropli wody jezioro,
w mżawce porannej deszcz kamieni,
w dołku pod miedzą straszliwą przepaść (…)

Myślę o Autorze jako człowieku szczęśliwym. Być może jestem w błędzie. Ale jeżeli ktoś, kto mieszka w Nowym Jorku na Greenpoincie, często zwanym “polskim gettem”, może jeszcze usłyszeć o czym mówią rośliny i rozumieć ich język, musi być człowiekiem niezwykłym.
W przewodniku “Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny“(Wydawnictwo Naukowe PWN 2000) znalazłam życiorys Tadeusza Chabrowskiego.
Suchy, zwięzły i formalny. Moją uwagę zwrociły kierunki studiów, które obierał; od filozofii tomistycznej i teologii poprzez polonistykę na uniwersytecie na obczyźnie w Londynie, kulturoznawstwo w Filadelfii, literaturę i filozofię na uniwersytecie warszawskim, socjologię na uniwersytecie w Nowym Jorku. i wreszcie zaczął poznawać tajniki optyki, która pozwoliła mu na prowadzenie własnego zakładu optycznego.
A twórczość poetycka?
“Debiutował w 1962 roku w “Tygodniku Powszechnym” publikował w Więzi, Kulturze paryskiej, Wiadomościach, Oficynie Poetów.
Wydał tomiki wierszy “Madonny’ (Londyn 1964), “Lato w Pensylwanii” (Londyn 1966), “Drewniany rower”( Nowy Jork 1988), “Drzewo mnie obeszło”(1973), “Wiersze” (1975), “Panny z wosku” (Lublin 1992).
Chabrowski otrzymał m in. nagrody Z. Polkowskiej-Szkaradzińskiej, (1964), Fundacji im. Kościelskich (1965), prezydenta Częstochowy (1990), amerykańską nagrodę World of Poetry Press (1990)”.
Wydał też w Polsce “Miasto nieba i ziemi”, “Gałaź czasu” “Kościół pod słońcem”. “Zielnik” ukazał się w Polsce nakładem Wydawnictwa Akademii Rolniczej w Lublinie.
Wydaje się jednak, iż tytuł zbioru jest nieco mylący. Nie zapowiada całego bogactwa poetyckich i filozoficznych treści. “Zielnik”w potocznym rozumieniu kojarzy się ze starannie ułożonymi wysuszonymi kwiatami i trawami. A przecież w “zielniku” Chabrowskiego mamy też rabarbar, cebulę, czarny bez, egzotyczne karczochy, ba nawet chrzan.
Wszystkie rośliny są u Chabrowskiego pełne życia, pulsują sobie tylko znanymi pasjami, i pragnieniami. Choć z drugiej strony to przecież nie jest zwykły zielnik, to jest “zielnik Sokratesa”.

**
Interesujące jest życie Tadeusza Chabrowskiego i bogaty jest jego dorobek poetycki.
Przypuszczam, iż podobnie jak ja, tak i inni Czytelnicy Jego wierszy zadają sobie pytanie, czy doświadczenia zdobyte podczas wojennego dzieciństwa, długiej emigracji, lat studiów, działalności w kręgach polonijnych znalazły odbicie w Jego poezji? Trudno przypuszczać, że może być inaczej.
Ale czy Poeta WIE wszystko o świecie, w ktorym żyje? Czy z pewnością WIE co myśli, co czuje każda napotkana roślina? Czy my czytelnicy WIEMY?
Być może odpowiedź na to pytanie dał poeta w ostatnim wierszu umieszczonym w “Zielniku Sokratesa” (“Czarny bez”)
“Chyba już wiesz, że nic nie wiesz i nikt nie przybliży ci znaków, magicznych liczb objaśniających wszechświat (…)
Zadne słowo pozlepiane ze sylab, przegrodzone przecinkiem jak kiełkiem lub kropką,
nie jest w stanie opisać zawiłych mechanizmow życia, niepokoju drżącego na osice listka”.
“Scio me nihil scire” powiedział grecki mędrzec, Sokrates. Czy Poeta chce nam to przypomnieć, powtarzając za filozofem to sławetne “Wiem , że nic nie wiem” ?


Ryszarda L. Pelc

/tekst publikowany w miesieczniku Panorama Polska , Edmonton, Kanada Vol. 13, No. 8 (142) Sierpień 2005/

niedziela, września 30, 2007

Pod zimowym niebem Prowansji (wspomnienia z przeszlosci)



W pierwszej połowie stycznia roku 2002 zamknęła swe podwoje wystawa malarstwa
“ Van Gogh and Gauguin . The Studio of the South”.
Barbara Mirecka, koordynator tej wystawy w Instytucie Sztuki w Chicago, w rozmowie z Danutą Peszyńską (Dziennik Związkowy 26-28 pazdziernik 2001) , powiedziała iż ostatnie zamόwione obrazy dotarły do organizatorόw 10 września, a więc jeden dzień przed zamachem terrorystycznym na Stany Zjednoczone.
Mimo poważnych komplikacji organizacyjnych, mimo , zmniejszonego, w pierwszych dniach, napływu zwiedzajacych, wystawa cieszyła się dużym powodzeniem .
W ostatnich dniach przed zamknięciem nie dla wszystkich starczyło biletόw wstępu.
Zgromadzone na wystawie dzieła van Gogha i Gauguina pochodziły z okresu ich pobytu w Arles.
* * *
Arles, francuskie miasto nad Rodanem , liczące dziś około pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańcόw, ma bogatą przeszłość.
Początki tego miasta założonego przez Grekόw, sięgają VI wieku przed Chrystusem. I przez długi czas Arles bylo ważnym ośrodkiem kulturalnym , ekonomicznym a w Sredniowiecznym religijnym. Potem jego rola malała i stalo się poprostu jednym z prowincjonalnych, rolniczych miasteczek Prowansji.
Dziś Arles znane jest z upraw ryżu, winnic, ogrodόw, oliwek, hodowli kόz i owiec , bykόw i koni.. Jest także ważnym ośrodkiem turystycznym i kulturalnym Prowansji. Odbywają się znane ze swej atrakcyjnosci doroczne Festiwale z okazji Wielkiej Nocy , kiedy można emocjonować się , najatrakcyjniejszym punktem programu, corridą.
Jednakże Arles jest znane z innych powodόw. To tu miało powstać wymarzone przez Van Gogha “Studio Południa” . Udał się ten zamysł połowicznie. Na wezwanie zjawił się tylko Gauguin, ale wspόłpraca artystόw trwała zaledwie kilka tygodni.
Ale mimo to ten okres przeszedł do historii światowego malarstwa.
Najlepszym tego potwierdzeniem była otwarta we wrześniu ub.r. wystawa w Instytucie Sztuki w Chicago. Zgromadzono 135 obrazόw obu artystόw , liczne rysunki i listy .
Wystawę “Studio Południa” obejrzałam w dzień po jej otwarciu.
Do Arles, gdzie miejsca dzieła te powstawały, pojechałam trzy miesięce potem.
* * *
Wieczόr w Arles. Siedzimy w niedużej hotelowej restauracji .
Trzymamy w ręku karty win zastanawiając się nad wyborem.
Lista win jest długa , jesteśmy skupieni; ostatecznie wybόr wina we Francji jest sprawą niebagatelnej wagi. “O , popatrz “ mowię do męża, jest wino “Van Gogh” .
Polacy mają wόdkę “Chopin”, holendrzy czekoladowy likier “Vermeer”, dlaczego nie miałoby być wina o nazwie “Van Gogh”?
Przykład reklamy. Oczarowac, urzec klienta, nie tylko smakiem ale i nazwą.
Francja korzysta z faktu, że przed ponad stu laty osiedlil się, mieszkał i tworzył tu przybysz z Holandii, artysta, ktόry malował zaledwie osiem lat , a zostawił po sobie ponad tysiąc rysunkόw oraz setki listόw, w ktorych opisywał proces tworzenia swych obrazow . Namalował ich ponad 850 a 200 z nich powstało właśnie, tu w Arles.
Ponad sześćsest listόw napisał do swego młodszego brata Theo, ktory był jego jedyną podporą przez wiele lat. Theo trudnił się zawodowo sprzedawaniem obrazόw; ale nigdy nie udało mu się , poza jednym jedynym ( a I to nie jest pewne), sprzedać obrazόw Vincenta .
Dziś kiedy o obrazy van Gogha ubiegają się największe muzea świata i prywatni kolekcjonerzy , a każdy z nich sprzedaje się za dziesiątki milionόw dolarow , trudno uwierzyć, iż ten Artysta niemal przemierał głodem.
Trudno uwierzyć, iż popełnił samobόjstwo pod wpływem szaleństwa, wywołanego pośrednio (być może) strachem przed beznadzieją nędzy.
* * *
Jak wspomniałam, Arles jest miastem pamiętającym odległe czasy rzymskiego panowania. Pozostały do dziś antyczne budowle, ktore harmonijnie koegzystują z kamieniczkami z pόźniejszych epok, z romańskimi czy gotyckimi kościołami.
Arles jest ruchliwym ośrodkiem turystycznym. Przyjeżdzają tu nawet u schyłku 2001 roku , kiedy z niesłabnącą grozą Swiat wspomina wydarzenia 11 września , nie mogąc w pełni ogarnąć ich przyczyn i skutkόw i zamiera na myśl co jeszcze może się stać. Ale życie biegnie swoim torem. Więc ludzie podrόżują ….
Przyjeżdżają do Arles mimo, że zimowe niebo Prowancji jest szare, od Małych Alp wieje mroźny Mistral , rozległe rowniny są brunatne , winnice opustoszałe , na świecie niebezbiecznie, .
Ciągną tu liczne japońskie wycieczki zbiorowe, zjeżdzają wielbiciele kultury francuskiej.
Tym samym pragnieniem przywiedzeni,przyjechaliśmy i my.
.Oczywiście znacznie lepszym okresem dla zwiedzania jest zapewne lato a wymarzonym wiosna, ale przecież teraz nie jest tak tłoczno a ceny są niższe.
Zresztą, Vincent van Gogh przyjechał do Arles właśnie zimą.
I choć przyjechał tu dla owego cudownego światła , zafascynowany obrazami impresjonistόw, z ktόrymi zetknął się w Paryżu, jakoś musiał pogodzić się z tym , że otacza go pejzaż jeszcze zimowy… Arles 21 lutego 1988 było pod śniegiem, bo była to jedna z ostrzejszych zim w ostanich dziesiatkach lat.
Malarz chyba był z tego zadowolony, bo wydawało mu się, że Arles i jego okolice w śniegu przypominają krajobrazy Japonii. A na ten okres przypadało właśnie jego oczarowanie japońską sztuką. .
Tak więc w pierwszych tygodniach pobytu, nad jego głową wisialy niskie, szare chmury, tak jak ja je widziałam spacerując po placach i wąskich uliczkach Arles.
* * *
W restauracji hotelowej w Arles zamawiamy więc wino “Van Gogh”.
“Czy to nie dziwne? Za życia taki był nieznany, niedoceniony i taki straszliwie ubogi a teraz wszędzie jest jego nazwisko…” mόwię do kelnerki . “O tak, był bardzo biedny, a dzisiaj…” odpowiada, nie kończąc myśli; wszyscy troje wiemy, o co chodzi. “ C`es ne pas juste” dodaje . Tak, to prawda, “to jest niesprawiedliwe…”. Jeżeli jest sprawiedliwość to przynajmniej nie jest rychliwa…
Kelnerka przynosi butelkę wina, na ktόrej widnieje reprodukcja jednego z licznych autoportretόw Vincenta. * * *
Nie wiemy właściwie dlaczego w owym 1888 roku Vincent van Gogh zdecydował się na przyjazd z Paryża do Arles. Być może stało się to pod wpływem lektury Adolfa Daudet , miłośnika prowansalskich krajobrazόw, ludzi , ich obyczajόw i legend, ktόry pisał listy ze starego wiatraka. Być może sprawiła to lektura prozy Emila Zoli .
Może stało się to pod wpływem Paula Cezanne, znakomitego malarza ?
A może poprostu zdecydował się na ten wyjazd do Arles z tęsknoty za czymś nowym, odmiennym od tego co znał ? Może ufność w to, że nowe miejsce pod słońcem Południa zmieni jego życie a jego idee o wspόlnocie artystόw się ziszczą?
Tak naprawdę chyba nikt nie wie , podobnie jak ja, dlaczego Vincent wybrał właśnie Arles…
* * *
Wiem natomiast, że mόj mąż i ja przyjechaliśmy do Arles, zimą 2001 roku bo od dawna chcieliśmy wrόcić , choć na kilka dni , do Prowansji.
Zafascynowała nas już dawno. Byliśmy tam po raz pierwszy latem 1974 roku. Rozbiliśmy wtedy namiot na polu campingowym w Tarascon . Potem jeździliśmy oglądać zachowane dowody chwały i potegi rzymskiego imperium; areny w Arles, Nimes, Orange i wspaniałe gotyckie kościoły , ktόrych frontony zdobią wspaniałe rzeźby świętych . Niestety wielu świętych stoi bez głow; postrącano je podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kiedy byliśmy latem było upalnie, błekitnie . Zieloność wysokich cyprysόw i cień padajacy od koron ogromnych platanόw , ktόrymi wysadzane są aleje miast i miasteczek były takie jak na obrazach impresjonistόw, a noce nad Rodanem tak gwiaździste jak ta, ktόrą namalowal van Gogh 28 września 1888 roku…
Wiedzieliśmy więc z pewnoscią po co jedziemy do Arles zimą , u schylku 2001 .
Z cała pewnością na ożywienie tego naszego marzenia o “powrocie” do Arles , do Prowansji wpłynęła także obejrzana w Chicago wystawa malarstwa “Van Gogh and Gauguin. The Studio of the South” .
Naszą decyzję o podrόży “za morze” podjęliśmy jakby na przekόr temu co dzieje się na swiecie. Uznaliśmy, że nie należy niczego odkładac na “przyszłość”.
Teraz trzeba korzystac z każdej okazji by pojechać, zobaczyć, przeżyć…Bo przecież nikt nie wie co stanie się za chwilę. “Carpe diem” mawiali Rzymianie… * * *
Ostatni dzień roku 2001 spędzamy w Arles. Na Sylwestra bawimy się w “Atrium”. Jakoś nie zwabił nas “Juliusz Cezar” bo i za drogi i zbyt oficjalny.
“Atrium” wypełnia rozbawiony tłum. Srednia wieku raczej wysoka.
Dekoracja swiąteczna. A na ścianach fotografie białych koni i …głowa byka. Jesteśmy przecież na Poludniu a tu corrida jest rόwnie popularna jak w Hiszpanii. Wspaniałe rasowe czarne byki są tak samo przedmiotem zachwytόw i piękne, białe konie z Camargue .
“A co robi ta bycza głowa na ścianie”, pytam sąsiadki przy stole.
“ To tragiczna ofiara wypadku! We Francji nie zabija się bykόw , tak jak dzieje się to na corridach w Hiszpanii; ale bywają przypadki . Jego śmierć nie była zamierzona…” tłumaczy.
Na innej ścianie, niemal przy wejsciu ogromny napis “Witamy członkόw stowarzyszenia “bulistόw”.
“Bule” należą do najpopularniejszej gry francuskiej “prowincji”, ( a “ prowincją” wg Paryżan jest wszystko co leży poza obrębem Paryża, gdzie też zresztą grają z zapałem w bule) …
Gra w “bule” jest nieodłacznym elementem życia towarzyskiego, sportem, elementem krajobrazu francuskiego. Nawet w te mroźne dni , kiedy szaleje Mistral widzieliśmy starszych panόw ( a także panie- !) “turlających”po placyku wysypanym żόłtym piaskiem metalowe kule…
Przy naszym stole siedzi kilkanaście osόb , nie znamy się nawzajem, większosć chyba jest spoza Arles; ale nie ma cudzoziemcόw poza nami.
Przy stole pozostały tylko dwa wolne miejsca. Ale rychło zostaną zajete przez starszych państwa. Ona jest szczupła i ruchliwa, nieustannie skoncentrowana na partnerze. On siwiusieńki, nieduży, lekko przygarbiony. I kiedy podnosi głowę spotykam jego wzrok. Ma bardzo wyraziste oczy . I już po chwili nabieram przekonania, ze gdzieś widziałam taka twarz. Ale potem moja uwaga skupia się na czym innym .
Idziemy tańczyć.
Orkiestra gra francuskie walczyki, szczupła wysoka piosenkarka śpiewa francuskie przeboje z filmόw i sal dancingowych z lat 60-tych. Podoba nam sie tam rudawa “szansonistka”, ma w sobie coś niezmiernie intrygującego.
W głosie, w wyglądzie. Szczegolnie w wyglądzie. Mała głowa, podłużna twarz, długa szyja , spadziste ramiona; Ma na sobie rόżową bluzkę…
I nagle olśnienie. Alez ta piosenkarka jest calkowicie podobna do modelki Modiglianiego, pozującacej do obrazu “Rόzowa Bluzka”. Ten portret widzieliśmy w muzeum w Avinionie , kilka dni wcześniej. “Niesamowite podbieństwo, aż nieprawdopodobne”.
* * *
Około dziewiątej zaczyna się kolacja; wnoszą niezliczone ilości butelek wina a potem wielorakie dania; nie sposόb ich ani zliczyć ani nazwać. Gatunki wina, rzecz jasna, zmieniano w zależności od serwowanej potrawy .
Ilośc wypitego wina podnosi temperaturę sali, zaczynają się zbiorowe śpiewy i rośnie taneczny zapał w przerwach pomiędzy daniami. Nawet nasi “vis a vis” sąsiedzi tańczą wytrwale , a ja coraz bardziej się upewniam, iz tego siwego pana musiałam gdzieś już widzieć…te oczy, szczupłość twarzy, zarys brody, ostry nos…
I już wiem, ale nie mam odwagi wyznać tego…nawet przed sobą. “Jakieś maniactwo, czy co?” myślę.
Ale wiem na pewno, że ten człowiek jest całkiem, ale to całkiem podobny do Vincenta ; widziałam przecież wiele jego autoportretow a studium do autoportretu z 1887 malowanego w Paryżu przedstawia bardzo podobną twarz. Tyle tylko, że mόj “vis a vis” nie nosi zarostu…
Kiedy zbliża się pόłnoc obsługa na wόzku przywozi wielką makietę prowansalskiego domku. Cały skrzy się światłami . A wraz z wybiciem 12-tej wybuchają fajerwerki ulokowane na tejze makiecie. Wszyscy klaszczą i śpiewają . A po chwili wszyscy wszystkich całują składając sobie noworoczne życzenia. Szampan znόw ku mojemu zaskoczeniu podano już dobrze po pόłnocy.
W Arles zabawa trwała do pόźna tzn wczesnego ranka. My wyszliśmy po trzeciej nad ranem i byliśmy jedni z pierwszych .
Opuściłam salę nie dowiedziawszy się czy mόj sąsiad z balu mial jakieś zwiazki krwi z Van Goghiem czy nie.Może jeszcze kiedyś jakiś badacz życia Vincenta to odkryje, ktόż to wie…

* * *
Kiedy się jest w Arles, nie sposόb nie myśleć o Van Goghu. Czuł się tu chyba bardziej samotny niż gdzie indziej . Jego przyjazd do miasteczka, wzbudził zainteresowanie, ale nie obudził specjalnie przyjaznych uczuć jego mieszkańcόw. Arles było wόwczas małym sennym miasteczkiem. Dla jego mieszkańcόw był człowiekiem z zewnątrz, rudym Holendrem, mόwiącym z obcym akcentem. Tuż po przyjeżdzie odwiedzili go aptekarz i własciciel sklepu spożywczego, obaj malarze- amatorzy, ale to była pierwsza i ostatnia wizyta. Miejscowi artyści zignorowali go.
Udało mu się jednak zaprzyjaźnić z listonoszem , Jozefem Roulin, i jego rodziną. Ich portrety malował kilkakrotnie.
Vincent nie miał wielu okazji do rozmόw, bądź je odrzucał i ograniczał się ledwie do zamawiania dań w restauracji; ale pisał dużo i często listy; do brata, Gauguina, Emila Bernarda (malarza) Toulouse-Lautrec`a ( ktόry nigdy na listy nie odpowiedział). Odwiedzał lokalny burdel. Ale przede wszystkim dużo malowal.
Po jakimś czasie przenosi się z hotelu do wynajętego przez siebie domu mieszczącego się przy placu Lamartin pod nr 2. To tam w “Zόłtym Domu” zamieszkał na krόtko w towarzystwie Gauguina . I tam w dzień wigilijny doszło do dramatycznego zdarzenia , “historycznej” kłotni, w wyniku ktόrej Van Gogh obciął sobie ucho.Nastąpiło ostateczne rozstanie Gauguina z Vincentem. Prόba stworzenia artystycznej wspόlnoty przetrwała zaledwie kilka tygodni.
Dzisiaj przy placu Lamartin nie ma już tego domu. Został zburzony w czasie wojny. Na środku obszernego placu jest ładna fontanna. Przy placu rosną platany, jest piekarnia, na rogu mieści sie Tabak, w ktόrym można napić się kawy, pogwarzyć z przyjaciόłmi przy barze, wypic kieliszek wina czy absyntu no i nawdychać się do zawrotu głowy papierosowego dymu. Z placu rozchodzą się ulice. Patrząc w głab jednej z nich widać wiadukt kolejowy, taki jak namalował go artysta na obrazie przedstawiającym “Zόłty Dom Vincenta w Arles “. Jeżdżą tamtędy pociągi tak jak za czasόw Vincenta.
opuszcza van Gogha . Vincent zostaje pacjentem dr. Rey`a . Dzisiaj w “ Hotel-Dieu” , gdzie leczono Vincenta mieści się ośrodek kultury, noszący imię van Gogha (Espace Van Gogh).
Najbardziej interesujący wydawał mi się ogrόd . Jest dziś taki sam jak był wtedy, kiedy van Gogh go malował. Ogrόd został odtworzony na podstawie obrazu artysty
“ Dziedziniec szpitala w Arles”. Malowany był w kwietniu , mieni się barwami, ja oglądam ten ogrόd tuż przed zapadnięciem zmierzchu w pochmurny, styczniowy dzień. Ale świadomość, że patrzę na te same podcienia okalające dziedziniec, na te same okna dawnego szpitala, takie same krzewy i drzewa oraz mała fontannę jest poruszająca.
Arles dziś pamięta o artyście, ktόremu za życia nie okazało serdeczności. Stworzono fundację, ktόra opiekuje się galerią, gdzie eksponowane są obrazy znanych wspόłczesnych artystόw , członkόw “artystycznej wspόlnoty” . Oni symbolizują ideę van Gogha. Tak więc wydawac sie może, że jego marzenia i jego wizje o braterstwie artystόw, nie poszły na marne .
Z Arles wyjechaliśmy z przekonaniem iż warto było tu wrόcić by na nowo odkrywać ślady przeszłości dalekiej i bliższej . Wyjechaliśmy bogatsi o ożywione dawne wzruszenia , nowe doświadczenia i z przekonaniem, że stare rzymskie przysłowie “Carpe diem” nie straciło nic a nic na znaczeniu. Nawet, jeżeli to wszystko przeżywaliśmy tym razem pod szarym, zimowym prowansalskim niebem.

niedziela, lipca 15, 2007

Weneckie peregrynacje





Josip (Joseph) Brodsky poeta rosyjski, wieloletni mieszkaniec Nowego Jorku, laureat literackiej nagrody Nobla, był wielkim miłośnikiem Wenecji. Przez ponad trzydzieści lat każdego roku zimą przyjeżdżał do tego miasta zbudowanego na lagunie. Tam powstawały jego wiersze. Wenecji poświęcił wiele esejów. W zbiorze “Watermark”(“ Znak Wodny”) zawarł swe wspomnienia i impresje weneckie. Także te ze swej pierwszej wizyty . “Wiele księżyców temu (czytaj: wiele lat temu) kiedy dolar był 870 lirów miałem trzydzieści dwa lata a świat był lżejszy o dwa miliardy dusz (czyt.ludzi)”. Dalej opisuje swoje wrażenia . Znalazł się na stacji Santa Lucia w Wenecji . Jest już po sezonie turystycznym , siedzi więc samotny w barze, obserwuje barmana i kasjerkę, skracając tym oczekiwanie. Czeka na osobę, która miała go spotkać na stacji i odprowadzić do hotelu mieszczącego się przy Akademii (znane muzeum malarstwa weneckiego).
Dalej pisze o ludziach , o spotkaniach z nimi . O swych fascynacjach sztuką włoską i ulubionych miejscach w Wenecji.
W dużej mierze podzielam jego opinie , zachwyty, niepokoje. Wydaje się , że słyszę plusk wody , widzę zielonym mchem porosłe ściany domów nieustannie uderzane falą , liszaje na murach , chodzę po wąskich uliczkach, zaglądam do kawiarni Florian przy placu San Marco, przyglądam się Maurom uderzajacym w wielki dzwon na Bazylice.
Teraz siedząc w domu na północy Stanów Zjednoczonych czytając “Watermark”, razem z Brodskim “spaceruję” nad Canale Grande, przechodzę mostami łaczącymi dwa brzegi lądu, zapuszczam się w ciasne uliczki, odwiedzam trattorie .
I wspominam też cmentarz San Michele, na jednej z wysp Wenecji , gdzie Brodski znalazł swą ostanią przystań. Jego prochy zostały przywiezione z Nowego Jorku. Wciąż jeszcze pamiętam dwoje młodych ludzi z Petersburga na głos czytających wiersze Poety nad Jego grobem. Odebrałam to jak jakiś mistyczny znak, że poezja, zostaje żywa mimo, że Artysta odchodzi. Artysta żyje tak długo jak pamięć o nim.
* * *
Po raz pierwszy byliśmy w Wenecji wiele lat temu. Nasz namiot rozbiliśmy na kampingu w Mestre, w pobliżu Wenecji. Do niej wymarzonej, wyśnionej, “wyczytanej” pojechaliśmy już autobusem. Zwiedzanie zaczęliśmy więc od chyba najbrzydszego miejsca w Wenecji czyli od Piazzale Roma , gdzie wysiedliśmy. Ale wtedy we Włoszech wszystko mnie zachwycało: język, ludzie, architektura, sztuka. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć to co do tej pory oglądałam tylko w książkach i albumach poświęconych Włochom i włoskiej sztuce. I mimo iż jakość reprodukcji nie była najlepsza, wystarczało, by się w tej sztuce zakochać. Dopiero potem,kiedy zwiedzaliśmy Włochy zorientowałam się jak ubożuchna była moja wiedza wyniesiona z książek. Bogactwo włoskiego kunsztu było nie do ogarnięcia.
Po Wenecji , zbudowanej na 117 wyspach, poruszaliśmy się pieszo i tramwajami wodnymi . Od Ponte Rialto maszerowaliśmy piechotą , pilnując oznaczeń wiodacych do Placu Swiętego Marka. Tysiące gołębi i jeszcze więcej turystów , kawiarniane stoliki i orkiestry zapełniały plac. Dzwięk dzwonów walczył o lepsze z melodiami Mozarta i argentyńskim tangiem. Przed nami lśniły w słońcu ażurowe ściany Pałacu Dożow, lwy świętego Marka , kołyszące się gondole zacumowane u wybrzeża z widokiem na Canale Grande, kościół Santa Maria della Salute. Przed nami rozciągał się widok na wyspę San Gorgio i wieże kościoła San Gorgio Maggiore .
Spędziliśmy kilka dni w prowincji Venetto. I wiedzieliśmy , że trzeba tu chociaż raz jeszcze powrócić. Ale wtedy nie bardzo wierzyliśmy, iż będzie to jeszcze kiedykolwiek możliwe. A jednak byliśmy tam znowu. Dwukrotnie.
* * *
Zapowiadał się piękny słoneczny dzień. Był czwartek , 27 kwietnia 2006 roku . Pociąg z Mariboru w Słowenii, odjeżdżał o ósmej dwadzieścia rano. Na stację w Wenecji (Stazione Ferrovieria Santa Lucia) przyjechał punktualnie. Była godzina czternasta dwadzieścia jeden.
Kiedy wyszliśmy z dworca otworzyl się przed nami widok na Canale Grande, wielką bryłe kościoła, tłum turystów zmierzających do vaporetto . Nasz hotel był niedaleko, mieścił się w dzielnicy Cannaregio przy ulicy Rio Terra san Leonardo. Doszliśmy tam po paru minutach mijając dziesiątki sklepów ze szkłem z Murano, kandelabrami, maskami karnawałymi. Wszędzie lśniło, skrzylo , olśniewało. Dzieła sztuki mieszały się z tandetą, brzydotą i kiczem. W powietrzu czuło się jakieś podniecenie. Być może dlatego, że zewsząd słychać było nawoływania, rozmowy w wielu językach, śmiechy, muzykę. Myślę, że ta ekscytacja była też w nas. Po wielu latach byliśmy znowu w Wenecji. Ach urok mieszkania w Europie. Tym razem od lutego do połowy lipca mieszkaliśmy w Słowenii.
* * *

W Wenecji zamieszkaliśmy w hoteliku przy ruchliwej ulicy. Ale okna pokoju wychodziły na wąziutką, cichą uliczkę. Okiennice sąsiedniego domu były przymknięte, na parapecie stały doniczki z czerwonymi pelargoniami. Na sznurkach zawieszonych pod oknami suszyła się bielizna .
Wisiała tam podkoszulka. Nic nadzwyczajnego, bo suszącą się bieliznę widać w całej Wenecji . Ale na koszulce był napis ITALY! “To jak powitanie”, pomyślałam z żartobliwie . “Jak u Felliniego”.
Przypomiałam sobie filmy Felliniego, bo zanim zobaczyłam Włochy, “ znałam” je z jego filmów.
* * *
Nie rozpakowując walizki , gnani niecierpliwością, ruszyliśmy na spotkanie z Wenecja. Z tą dzisiejszą , ale chyba głownie z tą jaką zostawiliśmy ponad dwadzieścia lat temu. Na przystanku “Ferrovia”kupiliśmy bilety ważne na trzy dni. Popłynęliśmy do jednego z trzech mostów przerzucanych nad Canale Grande; do Rialto. Pamiętałam, z naszego pobytu przed blisko trzydziestu laty, że gdzieś nieopodal był tu targ. “Jest, taki jak wtedy!”. To tu przed laty kupowaliśmy wielkie kiście ciemnych, niemal czarnych winogron i jedliśmy je siedząc na schodach nad wodą. “Popatrz” mówię do męża ” to było tu, w tym miejscu, te same schody”.
Dziwne, że człowiek pamięta takie nieważne zdarzenia. Teraz kierujemy się w stronę Placu Swiętego Marka. Taki sam jak kiedyś. Tyle tylko, że co krok słyszymy polskich turystow. Chodzą najcześciej w dużych grupach; przeważają wycieczki. Wtedy było ich niewielu.
Plac świętego Marka to wielki salon. Zjeżdżają tu turyści ze świata. Stoją, zadzierają glowy przyglądając się symbolowi Wenecji . W tympanonie nad głównym wejsciem widać ogromnego lwa z głową o ludzkim niemal wyrazie .
Trzyma otwartą księgę z napisem ” Pax tibi Marce evangelista meus”. Przed lwem klęczy Doża , władca Wenecji. Jest to kopia oryginalnej rzeźby pochodzącej z piętnastego wieku. Oryginał został zniszczony w 1797 roku na rozkaz Napoleona. Ostała się tylko głowa Doży, dziś znajdująca się w muzeum. Napoleon podbił Wenecję i doprowadził do upadku trwającej od siódmego wieku Republiki Weneckiej.
Lew jest symbolem Sw. Marka, patrona Wenecji , dlatego też rzeźby lwów napotkać w Wenecji można wszędzie. Najczęściej są to lwy uskrzydlone, jak ten na Piazzetta nieopodal Bazyliki.
Bazylika jest z pewnością jedną z najbardziej znanych budowli świata. Jest eklektyczna, zbudowana w stylach bizantyjskim, romańskim, gotyckim i renesansowym, a mimo to emanuje z niej jakaś niezwykła harmonia. Bazylika została wzniesiona w latach 1063 do 1073 jako miejsce dla grobu Swiętego Marka Ewangelisty, którego ciało ( jak głosi przekaz) zostało wykradzione “od niewiernych”) i przywiezione do Wenecji. Na obejrzenie samej fasady bazyliki można poświęcić wiele godzin, ale jej wnętrze jest jeszcze bogatsze. Wszystko tu lśni i błyszczy w momencie kiedy zapalą się światła. Piękno mozajek bizantyjskich jest oszałamiajace zarowno z powodu mistrzowskiego wykonania jak i ilości scen przedstawiających obrazy z życia świętych, ze starego i nowego testamentu. Pod rzeźbą z zielonego alabastru przypominającą zasłonę złożono relikwie Sw. Marka Ewangelisty. Jedno tylko przeszkadza w tej świątyni. Te nieprzbrane tłumy turystów, dziesiątki przewodników oprowadzających grupy, nie pozwalają na moment skupienia, zadumy, refleksji. No cóż Bazylika dzieli los wielu innych znanych miejsc na ziemi. Podobnie jest w Bazylice Swiętego Piotra w Rzymie, w kaplicy na Jasnej Górze w dniu masowych pielgrzymek tzn. niemal codziennie, w Katedrze Notre Dame w Paryżu. I tak jak tam, także i w Bazylice w Wenecji , wiszą ostrzeżenia przed złodziejami.
* * *
Innym “znakiem rozpoznawczym” Wenecji jest Pałac Dożów; Palazzo Ducale. To wspaniałe dzieło architektury z białego i różowego marmuru, delikatne , koronkowe niemal, od wieków było symbolem sławy i potęgi Republiki Weneckiej. Od 12go wieku rezydował tu Doża, mieścił się rząd, sąd i więzienie. To tu więziony był jeden z najbardziej znanych i najpopularniejszych w świecie Wenecjan- Casanowa.
Udało mu się zbiec z tego dobrze strzeżonego więzienia.
Dodam tylko, że prawdziwa historia Giacomo Casanowy jest tak fascynująca, że zostawiam ją na inną okazję.
Wnętrze Pałacu Dożów zapełniają freski, malowidła najsłynniejszych twórcow Szkoły Weneckiej. Trudno znaleźć wolne od malowideł miejsce. W apartamentach Dożów wiszą obrazy Belliniego, Carpaccio, a także Hieronymusa Boscha. Nie brak Tycjana, znakomitego Veronese czy niezmiernie pracowitego i przedsiębiorczego Tintoretto ( jego obrazy zdobią liczne kościoły weneckie). W jednej z sal Pałacu zawieszono 76 portretów Dożów-władców Wenecji. Jeden z nich jednak nie doznał tego zaszczytu. Oskarżony o zdradę przeciwko Republice, został skazany i ściety. Teraz w ramie wisi jedynie czarny welon hańby.
W tej Sali, wydano podobno ucztę na cześć Henryka II Walezego . Było to podczas jego ucieczki z Polski. Walezy wolał objąć tron francuski niż pozostać polskim królem. Królował w Polsce zaledwie jeden rok.
Podczas uczty miał powiedzieć “Gdybym nie był królem Francji, chciałbym być obywatelem Wenecji.”
Henryk II ( we Francji otrzymał numer III) chciał sprawić gospodarzom przyjemność. Francuski król nie mógł przewidzieć iż za niespełna dwieście lat na Korsyce urodzi się chłopiec,który z kaprala zostanie Cesarzem i doprowadzi do upadku Republikę Wenecką a z Francji, uczyni Republikę.
Sfotografowaliśmy się pod “Mostem Westchnień” jak wszyscy niemal, którzy odwiedzają Wenecję.
Potem staliśmy na molo przed Palazzo Ducale przyglądając się wodnym taksówkom odpływającym w stronę wyspy San Gorgio gdzie w krypcie kościoła spoczywają na wieki weneccy władcy.
Przysłuchiwałam się nawoływaniom gondolierów “gondola, gondola”, podziwiając równocześnie niezwykłe kształty tych łodzi, podobnych trochę do instrumentu muzycznego. I myśłałam , że choć upadają republiki, królestwa i cesarstwa piękno pozostaje. Mija czas , upływają wieki a stworzone wtedy piękno trwa. Ale jest to możliwe tylko wtedy kiedy człowiek potrafi to piękno pielęgnować.
c.d.n.

środa, kwietnia 04, 2007

Wielki Tydzien w Sewilli

“Semana Santa” czyli Wielki Tydzień poprzedza największe swięto Chrześcijan jakim jest dzień Zmartwychwstania Pańskiego.
Już w pierwszym tygodniu postu, w mieście na południu Hiszpanii zaczynają się przygotowania do słynnych w świecie obchodόw Wielkiego Tygodnia.
Jest to niewątpliwie największe wydarzenie w Sewilli , a do miasta na ten czas przyjeżdzają tysiące turystow. “Semana Santa” w Sewilli ma swόj głeboki religijny charakter i jest też jedną z największych atrakcji turystycznych.
57 bractw czyli “ cofradias”, często ze sobą rywalizujących , przygotowuje się do wielkiej, niezwykłej procesji. Wśrόd nich są też sewilscy Romowie, ktόrzy przeżywaja swόj wielki dzień.Odgrywają oni bowiem ważną role w tych ceremoniach wielkopostnych.
“ Hermandad los Gitanos “ , zamieszkujący w obrębie starego miasta, stanowią grupę liczącą około 1600 osόb.
Każdy z czlonkόw bractw ma przydzieloną rolę. I kiedy nadejdzie czas, zrobią wszystko, by procesja odbyła się zgodnie z odwieczną tradycją, w pełni majestatu i bez zakłoceń.

* * *
Zbliża się pόłnoc . Przed katedrą, ktόrą zbudowano na miejscu zrόwnanego w 1401 roku z ziemią meczetu zgromadzili się mieszkańcy i turyści. Mimo pόźnej pory przed katedrą tłum nie rzednie. Wprost przeciwnie. Przybywają coraz nowi uczestniczy tego niezwykłego misterium. Wydawało się, że wąskie uliczki Sewilli pamiętajace jakże odległe czasy, nie bedą w stanie pomieścić nikogo więcej. A jednak wciaż napływają ludzie. Stoją głowa, przy głowie. Przed drzwiami katedry widać oddział kawalerii w połyskujących napierśnikach. W świetle ulicznych lamp błyszczą zbroje i hełmy mężczyzn przebranych za rzymskich żołnierzy. Kilku z nich przysiadło na krawędzi chodnika. Sączą piwo z butelek. Jest parna, ciepła sewilska noc. Nieopodal , w całkowitej ciszy i skupieniu stoją dziesiątki, setki tajemniczych, napełniających grozą ludzi. Odziani w długie szaty o tym samym kroju, w kapturach zasłaniących niemal całkowicie twarze , trzymający w ręku zapalone świece , przypominają amerykańskie bractwo Ku Klux Klan nie cieszące się dobrą sławą.
Owi “cofrades” czy “nazarenos”, przypominają nam też pierwszych chrześcijan , ktόrzy na miejsce modlitw przychodzili pod osłoną nocy, a kaptury głeboko zaciągnięte na twarz miały chronić przed identyfikacją i w konsekwencji przed prześladowaniami.
Potem Sw. Inkwizycja przejęła zwyczaj noszenia takich właśnie ubiorόw. A kaptury stały się symbolem pokuty.
Wysoko nad tlumem, wsparte na ramionach kilkudziesięciu mężczyzn widnieją dwie wielkie platformy. Są to platformy-ołtarze, ktore będą niesione w procesji.
Przed katedrą, mimo niezliczonych tłumow, panuje pełna skupienia cisza .
I nagle w tę ciszę wdziera się ponury głos werbli. Rownocześnie gasną uliczne latarnie. Jedynymi źrόdłami światla są płomienie tysięcy świec niesionych przez “nazarenos” i blask księżyca. Nagle tlum zaczyna falować. Procesja ruszyła. Na jednej z platform niesionej na ramionach “costaleros” stoi posąg Chrystusa przyniesiony z kościoła San Lorenzo , Cristo del Gran Poder ( Chrystus Wszechmocny) dzwigajacy na ramionach krzyż. Swiatła ożywiaja twarz Zbawiciela. Na drugiej platformie niesiona jest piękna figura Matki Bożej. Matka Boska Bolejaca roni brylantowe łzy.
I oto gdzieś w ciemności , z tlumu dobywa się kobiecy glos. Religijna pieśń typu flamenko wznosi się ku niebu. Płynie wśrόd nocy dojmująca, pełna boleści. Ktoś śpiewa “saetę” o męce pańskiej. Na jej dzwięk przystają mężczyżni niosacy posągi Chrystusa i Marii. Zdejmują z ramion wielkie platformy i stawiają na ziemi. Kiedy pieśń zamrze w ciemności, wtopi się w zasłuchany tlum, około sześdziesięciu “costaleros” podnosi z ziemi swe brzemię . Mężczyżni kładą je na ramiona i ruszają dalej w procesji. I znowu towarzyszą im głuche uderzenia bębnόw.
Po chwili bębny cichną i ponownie rozlega sie pieśń. I następna. I jeszcze jedna. Czasem dochodzą one z tlumu stojącego na ulicy, czasem z jakiegoś balkonu . W chybotliwych płomieniach świec widać płynace jakby postaci Chrystusa i Matki Boskiej. Ogromne cienie przesuwają sie wzdłuż domόw w wąskich uliczkach starej Sewilli. Przechodzą przez miasto a potem po wielu godzinach wracają do kościoła.

Kazdego dnia w ciągu Wielkiego Tygodnia takie procesje odbywają dzień po dniu w
licznych kościołach Sewilli. Każdego dnia miasto przemierzają wierni powtarzając ten sam rytuał. Dość często mozna zobaczyć na ulicach biczownikόw, ktόrzy tak jak w średniowieczu idą w pokutnych szatach, niekiedy pόłnadzy i okładaja się razami tak mocno iż ociekaja krwia.
W Wielką Sobotę na uliczkach Sewilli panuje już cisza. W powietrzu ciągle jeszcze unosi sie zapach stopionego wosku. Wielka Sobota to czas na zadumę i refleksję, na wypoczynek po dniach czuwania ,. Zmęczeni postem i umartwieniami wierni oczekują w skupieniu na moment , kiedy ponure głosy kołatek i werbli zostaną zastąpione tryumfalnym brzmieniem rezurekcyjnych dzwonόw.
Te dzwony, od wiekόw obwieszczają Sewilli wielką nowinę “ Chrystus zmartwychwstał”. Ta nowina rozbrzmiewa szeroko nad murami Sewilli, ktόra “zbudował Herkules, murami otoczyl Juliusz Cezar a kościoły i katedrę zbudowali krόlowie katoliccy, Izabella i Ferdynand” jak głosi napis na jednej z bram miasta.
W Sewilli, może silniej niż gdzie indziej uświadomić sobie można niezwykła wagę znaczenia wiary, tradycji , obyczaju.

* * *
Kiedy uroczystości Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy dobiegają końca w Sewilli zaczyna się Fiesta.Na ulicach pojawiają się na koniach Andaluzyjki, jedne z najpiękniejszych kobiet jakie widziałam i przystojni Hiszpanie smukli, czarnoocy. I konie, rownie piękne i rasowe.
Miasto jest pełne kwiatόw, ( o jakże jest piękna wiosna w Sewilli!), wachlarzy i mantyli. Ozdobę stanowią też eleganckie dwukołowe powozy w procesji , ktore w czasie Fiesty pojawiają sie na sewilskich placach i ulicach. Wszędzie słychac muzykę flamenko i widać tańczących w jej rytm rzewny, ognisty, dramtyczny, niepowtarzalny. Tancerze występują z tłumu a przyglądajacy stoją klaszcząc w rytm .Często zamieniają się rolami.
Wieczorem w czasie Fiesty miasto tonie w powodzi świateł odbijających się w rzece Guadalquivir. W jej wodach przegląda się “Torre del Oro” wieża, pamiętająca czasy długich, bo niemal 800-letnich rządow Maurόw z dynastii Omajadow .
Dobrze w taki czas usiąść nad rzeką i słuchając tych rytmόw zadumać się nad przeszłością tego miasta. Miasta, liczącego ponad trzy tysiące lat, miasta ktόrym władali Fenicjanie , Grecy, Rzymianie, Wizygoci, Maurowie (Muzułmanie)i wreszcie krόlowie katoliccy.
Z tym miastem związane są nazwiska Amerigo Vespucci, Magellana czy Juana Sebastina Elcano. Sewilla .
Sewilla, podobnie jak inne miasta Hiszpanii była świadkiem wzlotόw i upadkόw, była świadkiem powstawania i upadku wielkich cywilizacji.
Kiedy skończą się zwiazane z Wielkanocą obchody miasto wroci do swej “normalności”. A Ci, ktόrzy choć raz w życiu mieli okazję uczestniczyć w “Semana Santa”i być może w brać udział we Fiescie, zapewne nigdy o tym nie zapomną. Kiedy będzie zbliżać się kolejny Wielki Tydzień i kolejna Wielkanoc, te wspomnienia ożyją na nowo.
I będzie się wydawać iż znowu gdzieś z oddali dobiega melodia, rytm flamenko. Nawet zapach zapalonej świecy przypomni tamte pamietne noce rozświetlone blaskiem tysięcy świec , ktόrych drżące płomyki rzucały długie cienie na ściany Katedry Sewillskiej i mury stojącego nieopodal Alkazaru..

Wielkanc 2006



piątek, marca 09, 2007

Refleksje znad Lake Superior

Przede mną biegnie mała, bosa dziewczynka z rozwianymi włosami. Nagle potyka się na wystających korzeniach sosny, pada. Ale podnosi się natychmiast, rozciera rączką uderzone kolano, otrzepuje spódniczkę i biegnie dalej. Za chwilę znika gdzieś pomiędzy namiotami.
Nad jeziorem, ogromnym jak morze, obozem rozbili się turyści. Przyjechali tu, na półwysep wchodzący w wody jeziora Górnego (Superior) z Florydy, Arizony, Teksasu. Są tu też mieszkańcy bliskiego Wisconsin i dolnego Michigan. Bliscy sąsiedzi. Stoją rzędem ogromne naczepy wielopokojowe z łazienką, lodówką i telewizorem. Na dachach anteny. W oknach doniczki z kwiatami.
Obok widać nieco mniejsze turystyczne samochody, ale także przestronne, wyposażone we wszystko co dla wygody potrzebne. Wydaje się, że przywieziono ze sobą wszystko co niezbędne, by czuć się jak w domu. Przed jednym z takich wozów - “domów na kołach”, stoi ogromny fotel na biegunach. Ktoś zabrał w podróż dużego pluszowego Misia, który przypięty do wysokiej sosny, “udaje” wspinającego się zwierzaka. Ponieważ prawdziwe niedźwiedzie rzeczywiście można spotkać w okolicy, przez moment można ulec złudzeniu, że właśnie się pojawiły na kempingu.
Obok okazałych pojazdów rozbito też skromne namioty. Na rozwieszonych pomiędzy drzewami sznurach suszą się ręczniki i bielizna, na stołach piętrzą się śpiwory, miski, kuchenki turystyczne, radia i Bóg wie co jeszcze. Takie obrazki zna niemal każdy z nas. Spotyka się je w Stanach czy Europie. Niegdyś byłam gorącą zwolenniczką życia kempingowego. “Obozowe” życie, znam więc z doświadczeń. Dzisiaj oglądam “nasz” kemping przechadzając się nad brzegiem jeziora, a więc już z innej niż kiedyś perspektywy.
Na półwysep w Michigan, zwany Keweenaw, ściągają gromadnie turyści. Przyjeżdżają zawsze, w rożnych porach roku, ale kemping ożywa dopiero późną wiosną a zamiera z pierwszymi chłodami. Keweenaw w języku lokalnych Indian Chipewa (czyt.Czipua) (zwanych też Ojibua ) oznacza “brzeg, do którego przypływają łodzie”. Okolica jest pełna uroku, woda ciągle czysta, a trawa zielona. Wabią piękne, piaszczyste plaże jak i pofałdowany pagórkami lesisty krajobraz.
Uroda okolicy zachęca do spędzenia tu wakacji. A my mieszkańcy tej ziemi, kiedy tylko mamy czas, mamy wrażenie, że wakacje nigdy się nie kończą. To miejsce ma jakąś siłę magiczną. Kiedy chodzę tak pomiędzy namiotami i samochodami, widzę snujące się wstążki siwego dymu z ognisk, czuję ich zapach, nagle powracają do mnie obrazy z dalekich stron i równie odległych czasów.
Przypominam sobie cygańskie tabory. Wydaje się, że jeszcze niedawno, widywałam je w Europie. Aż dziw pomyśleć, że było to w ubiegłym stuleciu, przecież dziesięciolecia upłynęły od czasu kiedy ja, mała dziewczynka z biciem serca oglądałam sceny z życia cygańskiego taboru. Zapamiętałam płonące ognisko, starą Cygankę, mieszającą coś w kociołku zawieszonym nad ogniskiem i od czasu do czasu odganiającą łyżką zgłodniałego psa, zwabionego zapachem gotującej się strawy. Patrzyłam na tę scenę z przejęciem, z wewnętrznym drżeniem. Było to połączenie niewypowiedzianego niepokoju i równocześnie nieopanowanej potrzeby podpatrywania czegoś tajemniczego i niezwykłego. Cyganki wróżące z kart i ręki były częścią krajobrazu polskich miast i wsi. Niekiedy i dzisiaj można spotkać na ulicach miast kobiety o smagłych twarzach, w kolorowych spódnicach, najczęściej z niemowlęciem, kuszące obietnicą, że opowiedzą o przyszłości, w której czeka nas jeszcze jedna, jedyna, prawdziwa miłość. “Powróżyć, karty stawiać” nawoływały. Zostały jednak w pamięci tamte romanse cygańskie, pieśni i taniec.
Ale gdzież dziś szukać “prawdziwych Cyganów”? Ich wozy nie przemierzają kraju budząc zarazem zainteresowanie i trwogę. Literatura roi się od opisu kradzieży koni, kur, garnków, odzieży suszącej się na dworze w momencie przybycia w okolice cygańskiego taboru. A więc kim byli ich sprawcy w ludowych podaniach? Opowieści te czasem prawdziwe, czasem, wyolbrzymione, czasem całkiem wyssane z palca szły w “lud” i tkwiły (tkwią) w świadomości. Prawdy, zmyślenia? Jedno jest pewne, nie ma tamtych cygańskich taborów z mego dzieciństwa. Gdzież się podziały? Świat Cygański nieco mroczny, tajemniczy, równocześnie barwny, roztańczony, rozśpiewany, przestał być częścią “naszego świata”. “Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma “ jak refren znanej pieśni powraca ta myśl. Ale czy na pewno?
Są. Trwają choć nie tacy sami. Isabel Fonseca, Amerykanka mieszkająca w Anglii, zafascynowana światem Cyganów europejskich rezultaty swych badań opisała w swej książce „Bury Me Standing; The Gipsies and Their Journey” (“Pochowaj mnie na stojąco. Cyganie i ich wędrówki”). Jest to porywający portret grupy etnicznej dyskryminowanej i tak dotkliwie doświadczonej przez historię. Romowie (jak dziś nazywamy Cyganów), skazani w czasie II Wojny Światowej na kompletną zagładę, zdołali jednak cudem ocaleć.
Książka “Bury Me Standing “ mówi o Romach dzisiejszych, ale wraca do ich historii. Jest to rzadki, niezwykły dokument i urzekająca lektura.
Autorka, absolwentka Columbia University i Oxfordu mieszka w Londynie. Stamtąd odbyła wiele podróży po Europie pomiędzy 1991 a 1995 r. Jej książka jest też efektem przyjaźni z Donaldem Kenrick`iem współautorem innej pasjonującej książki o Romach “The Destiny of Europe`s Giepsies” (“Przeznaczenie Cyganów Europy”).
Szczególnie jeden z rozdziałów książki Isabel Fonseci zwrócił moją uwagę. Poświęcony jest polskim Cyganom.
Fonseca podaje szereg niezmiernie interesujących szczegółów. I warto je przytoczyć, gdyż dotyczą jednej z najbardziej znanych postaci Cygańskiego folkloru; Papuszy. Podejrzewam, są to fakty mało znane polskiemu czytelnikowi. Bo tak naprawdę, któż z nas pamięta dziś o Papuszy, zmarłej ponad dziesięć lat temu? Przecież nawet wtedy, kiedy otarła się o sławę Juliana Tuwima czy Jerzego Ficowskiego, tylko nieliczni o niej słyszeli.
Pisano o niej trochę w latach 50-tych. Wtedy stała się “sztandarowym przykładem” na to iż należy Cyganów osiedlić, nawet wbrew ich woli. Chciano ich “uszczęśliwić”, zamknięciem w ciasnych ścianach kamienic bo wędrujący i niezależni “zagrażali porządkowi”.
Jerzy Ficowski, poeta zajął się twórczością Papuszy już kilka lat po wojnie. To zresztą stało się zarówno początkiem Jej literackiej “kariery” jak i przyczyną osobistego dramatu. Papusza “zdradziła” tajemnice swego świata, a więc tajemnice Plemienia. Naruszyła obowiązujące reguły gry. Wydając zgodę na publikację swej poezji odkryła świat Romów przed ludźmi spoza kręgu wtajemniczonych. I dlatego musiała zostać przez swoich wyklęta.
Bronisława Wajs, zwana Papuszą (co znaczy “Lalka”) dzieliła los i dramat Cyganów Europy opanowanej przez niemiecki faszyzm. Podczas wojny, jak twierdziła, straciła stu swych krewnych. Być może uznać to trzeba za rodzaj bolesnej metafory. „Każda niemal Cyganka to Antygona; każda utraciła brata”. Przeżycia z czasów wojny dały początek jej pieśniom poetyckim; “Krwawe łzy”, opowieść o tym “czego doświadczyliśmy pod Niemcami na Wołyniu w latach 43 i 44”. Kiedy w 1949 r. poznała Jerzego Ficowskiego (żywo zainteresowanego folklorem Cyganów) rozpoczęła się nowa epoka w jej życiu.
W 1950-tym, niespełna rok potem, jej wiersze w tłumaczeniu polskim opublikowano w “Problemach”. Julian Tuwim, przeprowadził obszerny wywiad z Jerzym Ficowskim. Był to wywiad od początku do końca mający udowodnić, iż nomadyczne tradycje Cyganów są absurdalne. Ten wywiad, kończył się tekstem “Międzynarodówki” przetłumaczonej na język Romów. No cóż, znamię tamtych czasów! Wywiad i publikacje przyniosły Papuszy niesławę wśród Jej plemienia. Papusza została potępiona, opuszczona przez swoich.
Na domiar złego właśnie wtedy ówczesny reżim, a szczególnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Berman, Różański), zaczął przymuszać Cyganów do osiadłego trybu życia. Było to, bez wątpienia, ich wielkim dramatem. Trudno, rzecz jasna obciążać za to winą Jerzego Ficowskiego, który zrobił wiele, by z kultury cygańskiej zachować wszystko co jeszcze nie zostało zniszczone. Być może wiedział, że ta cywilizacja została skazana na zagładę?
Papusza poniosła karę surową, z pewnością niezawinioną. Została uznana za zdrajczynię przez swoich. Jej talent i jej zaufanie wykorzystano dla socjalnych, propagandowych, politycznych celów. Wtedy moda była na asymilację tak jak dzisiaj na „różnorodność”.
Czy w tych rozgrywkach było miejsce dla odczuć poetki - Cyganki? W jednym ze swych wierszy Papusza pisze:
Nikt mnie nie rozumietylko las i rzekaI tylko o nich chcę mówić,wszystko minęło z latami młodości.
Wiersze Papuszy zostały jej “odebrane”, a ona, przerażona konsekwencjami, chciała je odzyskać z powrotem. Napisała list do Jerzego Ficowskiego prosząc o wstrzymanie publikacji. Wyjaśniła, że jest to sprawa wielkiej wagi. “Żywcem obedrą mnie ze skóry” pisała do badacza cygańskiego folkloru. Nie wysłuchał jej prośby.
Według innych źródeł, Papusza zjawiła się w Wydawnictwie Ossolineum z żądaniem zawieszenia publikacji. Nie pomogło. Udała się też do zarządu Związku Pisarzy Polskich, z prośbą o odzyskanie praw autorskich. I tam jej odmówiono pomocy. Po nieudanych próbach odzyskania swoich praw do wierszy wróciła do domu.
Kiedy wiersze zostały opublikowane, Papusza została postawiona przed sądem Romów. Najważniejsze autorytety polskich Romów czyli “Baro Szero” (starszyzna) orzekły o losie Poetki. Niemal bez namysłu, jednogłośnie Sad wykluczył ją ze społeczności cygańskiej jako “nieczystą” czyli “Magerdi”.
Wyrok ugodził boleśniej niż można by było oczekiwać. Jak twierdzi Isabel Fonseca, Papusza spaliła resztę swych niepublikowanych jeszcze wierszy. Było ich podobno ponad trzysta. Po tych przykrych, wstrząsających przeżyciach Papusza spędziła osiem miesięcy na leczeniu psychiatrycznym, a potem w kompletnej izolacji. Podobno Jerzy Ficowski zerwał z nią jakikolwiek kontakt.
Poza kilkoma pieśniami z 1960 roku, nic więcej nie napisała. Papusza zamilkła. O tych szczegółach z życia Papuszy, polskiej Cyganki, którą być może mijałam na ulicach jednego z polskich miast, dowiedziałam się dopiero nad jeziorem Superior czytając książkę, którą mi polecił mój amerykański znajomy.
Podejrzewam iż wakacyjni “nomadyczni” Amerykanie koczujący nad naszym jeziorem, nie wiedzą nic o stylu życia, które wiedli kiedyś europejscy Romowie. A może w każdym z nas drzemie owa tęsknota do wędrówek?
Wchodzę w piękny mieszany las doszukując się dalej jakiś analogii pomiędzy “tam i tu“ i pomiędzy “dawniej i dziś”. Sosny i kanadyjskie klony, brzozy i osiki niczym nie różnią się od lasu w dalekiej Polsce, z którym identyfikowała się Papusza.
Ryszarda L. Pelc
“O lesie, lesie,mój czarny ojcze,Ty mnie wychowałeś,teraz opuściłeś mnie.Twoje liście drżąI drżę ja tak jak one,ty śpiewasz i ja śpiewam.Ty się uśmiechasz i ja się uśmiechamTy nie zapominaszI ja pamiętam.”
(Wiersze Papuszy z ang. tłum. R. Pelc)

środa, lutego 07, 2007

Opowiesci znad Zatoki.Tesknota




Moja tęsknota
ma kolor błekitu nieba,
szafiru morza,
srebrzysto-zieloną barwę rozwianych wiatrem palm
pochylonych ku Zatoce.
O zachodzie słońca bywa czerwono-złota ,
bo drzemie w niej potęga słonecznego żaru.
Moja tęsknota
ma zapach wiatru znad oceanu,
pobrzmiewa melodią fali uderzającej o brzeg.
Bywa silna jak uderzenie pelikana o powierzchnię wody,
a czasem zwiewna jak skrzydła motyla spijającego nectar
z purpurowego kielicha chinskiej rozy,
wiotka jak płatek kwiatu bugenwilli.

Moja tęsknota ma wiele odmian, kolorów i woni.
Jedno w niej tylko niezmienne-
zawsze jest niepodzielną tesknota za Tobą

- wymyślonym przeze mnie w samotności.

środa, grudnia 20, 2006

Boze Narodzenie w Michigan

Święta blisko. Za oknem biel. Drzewa, domy, trawniki, wzgórze na przeciwko otula gęsta, nieskazitelnie czysta warstwa śniegu. Nie ma wątpliwości iż nasze Boże Narodzenie będzie takie jak z marzeń "o białym Bożym Narodzeniu".
Dnie coraz krótsze, niebo szare i nisko, niuziutko nad głowa. Zbliża się najdłuższa i najświętsza noc roku. Noc wigilijna.
Poczta elektroniczna przynosi życzenia z całego świata od przyjaciół, kolegów a także coraz częściej od "wirtualnych" znajomych, o których do tej pory nie miało się nawet pojęcia, że istnieją. Wszyscy prześcigają się w pomysłach.
Wystarczy tylko jedno kliknięcie a już na monitorach ożywają renifery, zapalają się światełka na choinkach, przez furtkę wbiega piesek, a po kolejnym kliknięciu z wirtualnego nieba sypie wirtualany śnieg. A u mnie za oknem sypie naturalny.
Elektroniczne listy bywają dźwiękowe. Słucham więc znanych kolęd przesłanych przez nieznanych , ale życzliwych czytelników i znajomych naszych znajomych. Takie same swojskie kolędy jakie pamiętam z dzieciństwa , kiedy nawet telewizor nie był przedmiotem powszechnego użytku...
Boże Narodzenie tuż, tuż.
U nas w Stanach Zjednoczonych członkowie i członkinie Armii Zbawienia podzwaniają dzwonkami, przypominają, że czas ofiarować swój datek na potrzebujących.

* * *

Dla wielu z nas ze wszystkich dni roku najważniejsza była i jest Wigilia.
Mistyka wigilijnej wieczerzy, uroda i zapach choinki, tajemniczość nocy, najdłuższej w roku, delikatne, migocące płomienienie świec, aromat siana pod śnieżnobiałym obrusem tworzą ten z niczym nieporównywalny klimat.
Sceneria i obrzędowość Wigilii głęboko zapadły w świadomość. Trwają w nas.
Na czym polega niezwykłość Wigilii? Nie piszę o czysto religijnym, duchowym wymiarze..
Myślę o jej "materialnym" wymiarze. Zawsze , odkąd pamiętam, obowiązywał ten sam doroczny rytuał, a wokół unosił się niecodzienny aromat tworzący ową niezwykłą atmosferę. Ranne wstawanie i pracowita krzątaninę.
Dom jeszcze przesiąknięty zapachem upieczonych poprzedniego dnia makowców i słodyczą piernika, już był gotowy na przyjęcie innych woni...
Uderzał w nozdrza zapach gotującego się czerwonego barszczu , dobiegał aromat suszonych grzybów (przypominających owe letnie i jesienne wyprawy do lasu), ostry zapach cebuli (do śledzi!) wyciskający łzy z oczu pomieszany z zapachem skórki pomarańczowej .
Na kuchni powoli gotowała się kapusta ("bo kto to widział wigilię bez pierogów z kapustą i grzybami").
A jakie to odgłosy w tym dniu dochodziły z kuchni !
Skwierczącej na patelni rybie, panierowanej w jajku i bułce , towarzyszyły ciche pyrkotanie parzonego maku (to do kutii).
W domu moich Rodziców podawano dwanaście potraw; tak dwanaście a nie siedem, dziewięć czy jedenaście, jak to bywa w innych polskich domach.
Do dziś i na moim wigilijnym stole pojawia się dwanaście dań wśród których nie może zabraknąć kutii, słynnego "kresowego" przysmaku z ugotowanej pszenicy, bogatego w mak, miód, orzechy i wszelkiego rodzaju bakalie, podlanego odrobiną koniaku....
Dla mnie te przygotowania to rytuał, tradycja, którą kontynuuję tak uporczywie, bo pozwala mi na zachowanie wiary, że "nie wszystko umiera".
Strojenie choinki odbywało się w Wigilię. Zawsze tak było. Na choince wisiały zabawki kupowane przez moich rodziców, a potem przeze mnie. Było ich wiele. Pochodziły z czasów mego dzieciństwa i dzieciństwa mego jedynego syna. Zostały w Polsce.
Syn mieszka z rodziną we Francji. My wyjechaliśmy za Wielką Wodę. Z nami przyleciał mały drewniany ptaszek, kolorowe cudeńko kupione kiedyś w Sukiennicach krakowskich.
Ten ptaszek siedzi przez cały rok na oknie w naszym domu w północnym Michigan, spogląda na płaczącą wierzbę, srebrne świerki zasadzone przed kilkunastu laty przez mego męża, na wzgórze porośnięte brzozami i być może, podobnie jak ja, dziwi się, że tak niespodziewanie potoczyły się jego losy. A kiedy przychodzi czas ptaszek przenosi się na bożonarodzeniowe drzewko.
Od kiedy zamieszkaliśmy w Stanach choinkę ubieram wcześniej, zgodnie z obyczajem tu panującym, tuż po Święcie Dziękczynienia.
Wieszam na niej dekoracje, które kupiliśmy podczas naszych licznych podróży.
Nasz drewniany krakowski ptaszek z Sukiennic od wielu lat spogląda na porcelanowego skrzypka przywiezionego z Chicago, na szklaną bombę kupioną w Clearwater na Florydzie, zachwyca się nieodmiennie baletnicą z meksykańskiego sklepu w Santa Fe, mała papierową gejszą przywiezioną z Japonii, wachlarzykiem z Pekinu , posrebrzaną szyszką przyniesioną ze spaceru nad jeziorem Superior.
Mały krakowski ptaszek słucha srebrzystego dźwięku trąbki kupionej kilka lat temu w Christmas, małej osadzie w Michigan i radosnego "ho, ho" brzuchatego Santa Claus (który zastępuje tu Świętego Mikołaja i wygląda bliźniaczo!).
I choć lubi swoje nowe otoczenie, i jest tu szczęśliwy, to być może wspomina też tamte znajome i bliskie mu świecidełka, nieopisanej urody delikatne, szklane bombki, słomkowe gwiazdki i takiż pasterzy. Może tęskni?
Kto wie, co czuje, co myśli, polski drewniany ptaszek w wigilię Bożego Narodzenia siedząc na drzewku ściętym w lasach w Copper Country, nad wielkim jeziorem Superior?

* * *

Wigilia ma szczególny charakter, przynosi zapach i smak nawet najbardziej odległego dzieciństwa. Wraca ono do nas z każdą zawieszoną na choince skrzącą urodą zabawką, z zapachem świeżej świerkowej czy jodłowej gałązki, z każdą kolorową paczką leżącą pod choinką.
Kultywując rodzinne tradycje żywimy nadzieję, że nasze dzieci, a potem i nasze wnuki będą je cenić i o nich pamiętać.
Rozsiani po świecie podtrzymujemy naszą polską duchową wspólnotę.
Nie zapominajmy o tym co nas łączy a jest to garść siana pod białym obrusem, opłatek, przysłany z Kraju, dodatkowe nakrycie na stole dla niespodziewanego gościa-wędrowca.
Kultywowanie tradycji jest piękną formą celebrowania życia. Pamiętajmy o tym, życząc sobie Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia.
Swięty Mikołaj .
Jak długo sięgam pamięcią w nocy z 5 na 6 grudnia pod poduszkę kładziono mi paczkę.
Nawet w biednych, powojennych czasach takie podarki się znajdowało. Do paczki zwykle dołaczona była posrebrzana”, bądź “pozłocona” rózga.
Ta rózga była po to, by przypominać, iż mimo iż zasługujemy na nagrody, ale nie ominą nas kary, w razie naruszenia obowiązujących zasad.
Jakaż była to radość, kiedy rano znajdowało się taki prezent. A rózga? No, to był nieodzowny, symboliczny raczej , “ozdobnik”a ponadto istniała świadomość iż “bezgrzeszni” i calkiem “niewinni” nie jesteśmy.
“Był u mnie święty Mikołaj”. Ten dziecięcy okrzyk radosci słychać było w całym domu.
Kiedy zaczęło się dorastać owa wiara w to, że to Swiety Mikołaj zostawia prezenty zaczęła maleć. Ale nigdy się do tego nie przyznawało. No, bo kto wie, a nuż “Swięty” się dowie i wtedy nie będzie prezentu? Swięty Mikołaj nie zawiódł nigdy.“Przychodził”.
* * *
Od szeregu już lat kiedy zaczynaja się chłody na północy ja lecę na południe, na przeciwległy kraniec Stanow, nad Zatokę Meksykańską.
Stany można lubić bądź nie, można się nimi zachwycać lub je krytykować , ale nie można nie zauważyć, iż są krajem, w którym można budzić się mając za oknem śnieżną zawieję a późny obiad można już jeść pod gołym niebem , po kąpieli w basenie pod błekitnym niebem i leżakowaniu pod palmami.
Ba, ale, czy Swięty Mikołaj potrafi mnie tu odnaleźć?
Okazało się, że tak. Tyle tylko, iż posyła upominek pocztą lotniczą, gdyż na swych saniach nie może tu dotrzeć.
Kiedy otwieram paczkę (bez rózgi) zawsze znajduje w niej drugą z nalepioną karteczką z instrukcją:”Otworzyć szóstego grudnia”. Jestem posłuszna. Nie oszukuję, choć ciekawość nie pozwala mi zasnąć.
* * *
Hagiografia ma w swym spisie wielu Mikołajow, ale tym, który przynosi podarki jest według wierzeń biskup małoazjatyckiej Miry.
On jest najbardziej popularny, zarowno wśród katolików jak i prawosławnych.
(...) “cieszy się większą popularnością niż razem wzięci pozostali jego kanonizowani imiennicy“pisze ks. Jan Kracik w Tygodniku Powszechnym (12 grudnia 2004).
Jak podaje jeden z leksykonów hagiograficznych (Ksiega Imion Swiętych” Henryk Fros, Franciszek Sowa) Mikołaj z Miry żył prawdopodobnie w pierwszej połowie IV wieku a legendy z nim związane zostały “zabrane” innym Mikołajom bądź innym postaciom świętych. Jedną z nich był żyjący w VI wieku opat Mikołaj, późniejszy biskup w Pinar.
* * *
Inna z opowieści głosi iż Swiety Mikołaj (Saint Nicholas) urodził się w AD 280 na terenie obecnej Turcji. Był jedynym synem zamożnych rodziców. Teofanes i Nona natychmiast ofiarowali dziecko Bogu, ktory wysłuchał ich modlitw i próśb o potomka. Jego wujem byl Mikołaj z Patary i on dbał o życie duchowe chłopca. Po śmierci rodziców Mikołaj rozdał cały majątek ubogim.
Jednym z nich był ojciec trzech pięknych córek, które z braku posagu musiałyby sie zestarzeć w panieńskim stanie. Współczujący Mikołaj nocą zakradł się pod okna domu i wrzucil worek z pieniedzmi. Ten dar pozwolił wyposażyć dziewczyny. Czy miały dobrych mężów nie wiemy. Na ten temat brak wzmianki.
Wiele jest jeszcze legend o Swiętym Mikołaju i jego szczodrobliwości, ale pora kończyć.
Wszystkim tym, którzy wierzą w Swiętego Mikołaja, życzę by nigdy o nich nie zapominał, bez wzgledu na to w jakim są wieku . Zyczę by odnajdywał ich wszędzie, na jakimkolwiek kontynencie, czy w śniegach północy czy pod palmami , w Tatrach czy nad Bałtykiem.
Pamiętając o Swietym Mikołaju możemy mieć niemal pewność iż on o nas nie zapomni.
PS. Tę opowiastkę dedykuję mojemu mężowi, który cierpliwie przesyła paczki “podrzucane tajemnie” przez Swiętego Mikołaja do naszego “północnego”domu nad jeziorem Superior.