poniedziałek, czerwca 22, 2020
piątek, czerwca 12, 2020
31 rocznica stłumienia protestu ...
Noc na placu Niebiańskiego Spokoju
Nadzieja.
Napięcie.Ale ani strach ani terror nie malują ich twarzy.
Nie wiedzą jeszcze co
się zdarzyć może,Nie znają jeszcze swego przeznaczenia.
My telewidzowie ,rozparci w fotelach ,
bezpieczni w domach,nie wiemy również, tylko przeczuwamy…
Oczekiwanie .
Na co tam czekają?
Na wolność ? Na uznanie praw czlowieka?Na gest zrozumienia ze strony czerwonych Matuzalemów?
Na cóż mają nadzieję?
Na gest litosny współczesnego Heroda,który nie używa miecza,
tylko gazów łzawiacych, karabinów i czołgów?
Mają nadzieję, że świat zakrzyknie przeciwko zbrodni?
Może wierzą, że we współczesnym świecie masowy mord nie jest możliwy?
Studenci, robotnicy , chłopi z przepaskami
przeciwko armii chronionej hełmami ze stali.Ręce z transparentami “ZADAMY WOLNOSCI”
Przeciwko zbrojnym w karabiny rękom.
Kruche barykady, jak z chłopięcych zabaw,
Przeciwko czołgom.
Swiat i my patrzymy na plac pekiński wstrzymując oddechy.
Niemy świat i my oniemiali ze zgrozy czekamy.
Akcja.
Atak .
Huk wybuchów, łoskot
karabinów, łomot ciężkich czołgów.
Krew. Ogień.
Krew, cierpienie,śmierć. Mord. Zbrodnia.
Krew na placu Tienanmen .
Tragedia Niobe na nowo ożyła.
Tej nocy Niobe ma twarz chińskiej matki.Statua Wolności w Paryżu i jej siostra w Stanach
stoją
nieporuszone ,obojętne, kamiennie spokojne.
Statua na placu w Pekinie
Ma twarz chińskiej dziewczyny.
Zawiązane oczy.
Skazana na śmierc
Będzie zamordowana tej nocy.Na placu Tienanmen
Na placu Niebiańskiego Spokoju .
4 czerwca 1989 roku.
Ten wiersz napisałam pierwotnie po angielsku na konkurs
poetycki ogłoszony przez uniwersytet w Camberze (Australia) dla upamiętnienia pierwszej rocznicy masakry. Potem
przetłumaczyłam. Był opublikowany między innymi
w "Przekroju" w “Okienku z wierszem”.
w "Przekroju" w “Okienku z wierszem”.
poniedziałek, czerwca 08, 2020
Hemingway'owie na florydzkiej wyspie Sanibel.
Ilekroć jadę na Florydę znajomi pytają co zamierzam tam robić.
“Właściwie nic” odpowiadam. Bo przecież nie mogę odpowiedziec, że będę się zajmowac glownie obserwacją lotu pelikanów czy intensywnym wypatrywaniem delfinów, oglądaniem zachodów słońca.
Nawet słychanie szumu fal i trzasku muszli pod stopami na rozleglej plaży, nie jest przecież “robotą”.
“A może będziesz pisać “? Z pewnością będę.Będę też sporo czytać. Biblioteka na wyspie jest doskonale zaopatrzona i dobrych ksiażek jest znacznie wiecej niż mozna przeczytać w ciągu wielu lat, a nie tylko podczas paru tygodni pobytu.
Podczas ostatniej swej wizyty w tutejszej bibliotece , dowiedziałam się iż Hilary Hemingway, bratanica Ernesta , spotka się z czytelnikami swych książek “Polowanie z Hemingway`em” i “Hemingway na Kubie”. Hilary jest też autorką filmu “Hemingway na Kubie”. “Powinnam pójść na to spotkanie”pomyślałam.
* * *
Pisarzem mojej młodości był Ernest Hemingway. Z nim szłam “ Za rzeke w cień drzew”, przyglądałam się dramatycznym zmaganiom Starego Człowieka, towarzyszyłam bohaterom hiszpańskiej okrutnej wojny domowej , nie pytając “Komu bije dzwon”.Hemigway był dla mego pokolenia pisarzem, ktory “otwierał okna na swiat” zachodniej, amerykańskiej literatury.
Był postacią osnutą legendą, a jego śmierć, najpewniej samobόjcza, tę legendę wzmocnila.
Wtedy nie myślałam , iż kiedyś uda mi się wejść na drogi ,ktόrymi chadzał Ernest Hemingway.
* * *
Przed kilkunastu laty w drodze z południa Florydy do swego domu na Pόłnocy nad jeziorem Superior odwiedziłam dom należący do rodziny Hemingway`όw.
W Dolnym Michigan , w pięknych, gęsto zalesionych okolicach , nad jeziorem Walloon państwo Hemingway`owie mieli swą letnią rezydencję. Tam mały Ernest wraz z rodzicami i rodzeństwem spędzal letnie wakacje. Swą malowniczość ta okolica swą zawdzięcza pięknym mieszanym lasom i rzece o nazwie Two Hearts River , rozsławionej potem przez pisarza ( "Rzeka Dwu Serc").
* * *
To w Michigan Ernest doznawał przeżyć, którymi potem opisał w swych opowiadaniach. Stały się one doświadczeniami bohatera opowiadań Nicka Adamsa . Tam po raz pierwszy Ernest uczył się tego, co zostało jego pasją do końca życia; wędkarstwa i myśliwstwa.
W malownicze okolice miasta Petoski nigdy nie wrόcilam, ale w kilka lat potem, wizytę złożyłam w dawnym domu Ernesta i jego zony Pauliny na Key West na Florydzie .
Jest to jedno z najbardziej popularnych i znanych miejsc, w ktόrych pisarz lubił przebywać . Na Key West każdego roku hucznie obchodzi do dziś urodziny "Papy" Hemingwaya. Wyspiarskie miasteczko ma szczegόlne powody do celebracji, bowiem najlepsze swe dzieła Hemingway napisal na Key West .
Ale Key West nie jest jedynym miejscem na Florydzie, które związane jest z pisarzem.
O Hemingway’u pamiętają też na innych wyspach także nad Zatoką Meksykańska.
* * *
* * *
Malownicza wyspa Sanibel , położona niedaleko Fort Myers , w południowo- zachodniej części Florydy , byla i w latach dwudziestych wymarzonym miejscem dla wypoczynku.
Ojciec Hemingwaya zainwestowal spore pieniadze na Florydzie, która stawała się modna w latach 20tych XX.
Na uroczą, tropikalna wyspę Sanibel przyjechala na wakacje zona doktora Hemingway`a Grace z dziećmi.
O tym, że Hemingway'owie byli na wyspie nikt nie wątpi. Najlepszym , niezaprzeczalnym dowodem na to, jest zdjęcie Grace Hemingway z małą Carol i wlascicielką pensjonatu.
By upamiętnić związki Hemingwayów z Sanibel, Towarzystwo Historyczne i potomkowie Grace i Clarence'a (Eda) Hemingway'ów organizują miedzynarodowe sympozja poświęcone Hemingwayowi.
W jednym z nich miałam przyjemnośc uczestniczyć.
Program byl różnorodny i bogaty. Na wystawach w muzeum historycznym prezentowano pamiatki rodzinne, fotografie, kopie rękopisów Hemingwaya. Byla ekspozycja prac fotograficznych i plastycznych , będących wynikiem ogloszonego wczesniej konkursu.
W miejskim Ośrodku ( Comunity Center ) odbyła się dwudniowa konferencja literacka.
Na aukcji, na której można bylo kupić kopie listów i dokumentów z kolekcji Hemingwaya a także powieść Hemingway'a "True at First Light"panowało spore ożywienie. Książka o elementach biograficznych zostala opracowana edytorsko przez syna Hemingway'a, Patricka .
Program hemingwayowskiego festiwalu byl bogaty . Największą zaletą tych spotkan było to iż mialy one kameralny charakter. Nieczęsto się zdarza by można bylo rozmawiać z czlonkami najbliższej rodziny czlowieka, który już za życia stał się legendą.
Na tej egzotycznej tropikalnej wyspie miałam zaszczyt i przyjemność poznania osobiscie najbliższych czlonków rodziny wielkiego pisarza.
Ich choć każdy z nich ma własne osiagnięcia, to niewątpliwie blask sławy Hemingway’a i ich w jakiś sposόb opromienia.
* * *
Z dalekiej Montany przylecial Patrick Hemingway z żoną Carol.
Bratanica Ernesta , Hilary Hemingway i jej mąż Jeffry P. Lindsay , Anne Hemingway Feuer, córka najmlodszego brata Ernesta, Leicestera byli “sprawcami” tego wydarzenia .
Przyjechał też drugi syn pisarza, Jake Hemingway i jego syn Hugh. 19-letnia Sara Feuer, corka Anny Hemingway , uzdolniona malarka namalowała wspaniały portret dziadka Ernesta.
Moja “hemingway`owska przygoda” na wyspie Sanibel była fascynująca.
Zostały mi w pamięci historie opowiadane przez Johna E. Stanforda, siostrzeńca Hemingway'a o inwestycjach dziadka, dr Clarence Hemingway'a w Saint Petersburgu na Florydzie. Ogólnoświatowy krach gospodarczy , który nastąpił doprowadził rodzinę do ruiny. Clarence popełnił zaś samobójstwo. Opowiesci o listach Ernesta do najstarszej siostry Marceliny, i o tym jak konflikt pomiędzy kochającym się kiedyś rodzeństwem zakończyło się dwudziestopiecioletnią seperacją i całkowitym milczeniem ze strony Ernesta. Zachowałam w pamięci zabawne anegdoty autora książki "Hemingway in Love and War" Jamesa Nagel’a . Jego książka była sfilmowana ale musiał staczać walkę ze scenarzystami z Hollywood , którzy próbowali "ulepszyć" historię mlodego Hemingway'a . Gdyby temu nie przeszkodzil, “Hemingway okazalby się jeszcze większym bohaterem niz James Bond” .
Ze wzruszeniem wspominam wnuczkę Ernesta, młodą sympatyczną kobietę Minę Hemingway.
Wychowana w Tanzanii , gdzie pracowal jej ojciec Patrick , po studiach w Texasie, mieszka z rodziną na Sanibel.
Jej ojciec Patryk drugi syn Ernesta okazał się urzekająco bezpośredni w kontaktach i rozmowach. Patryk, syn Pauliny ( druga żona) i Hemingwaya , kocha Afrykę. Odbywał tam liczne podrόże w towarzystwie Ojca. Chwycił “bakcyla fascynacji Afryką” i przez wiele lat był przewodnikiem wycieczek na safari.
* * *
Od wielu lat szukam ścieżek, ktorymi chadzał Ernest Hemingway. Stąpałam też po jego śladach . Oglądałam korridę, która go tak bardzo fascynowała.
Wiem jednak, iż jest znacznie więcej miejsc nieznanych, które czekają na “moje odkrycia”. Do wielu z nich nigdy nie dotrę . Pozostaną dla mnie niedostępne.
Ale w Paryzu, Pamplonie, Madrycie na poludniu Stanów, na Florydzie i na pόłnocy w Michigan , miejsca związane z Hemingway`em już “należą “ i do mnie.
czwartek, kwietnia 30, 2020
Ryszarda L. Pelc
Paciorki białego różańca.
Bywają sytuacje, które nas oszałamiaja. Bywa, iż uczestniczymy w zdarzeniach,
których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, przeczuć, ba nawet wymarzyć.
Kiedy myślę o takich niezwykłych zdarzeniach w moim życiu, nieodparcie przywodzę
na myśl moją pierwszą podróż do Rzymu. Mijały miesiące i lata a Rzym ciągle
pozostawał dla mnie nieosiągalny. Były inne plany, inne podróże, inne obowiązki.
Ale nigdy o Rzymie nie przestawałam myśleć. Wierzyłam , że kiedyś tam pojadę.
Wielokrotnie w wyobraźni widziałam siebie błądzącą po wąskich uliczkach tego
miasta, stojącą w zadumie nad losami wielkiego imperium na Forum Romanum ,
spoglądającą na Koloseum, o którym przejmująco , choć nie zawsze zgodnie z
historycznymi faktami , opowiedział Henryk Sienkiewicz.
W tych “podróżniczych fantazjach” zwiedzałam Kaplicę Sykstyńską i słynne
watykańskie muzeum, gdzie obraz Jana Matejki przypomina światu o roli Polaków w
ratowaniu chrześcijańskiej Europy. W wyobraźni pojawiał się plac przed Bazyliką , na
którym tłum pielgrzymów i turystów z całego świata oczekiwał pojawienia się w oknie
biblioteki papieskiej Jana Pawła II. Ja byłam także w tym tłumie.Jednego tylko nie
mogłam sobie wyobrazić. Tego, iż pewnego dnia znajdę sie za murami Watykanu i
będę uczestniczyć we mszy świętej w prywatnej kaplicy Papieża.
***
Wyjazd do Rzymu niespodziewanie stał się możliwy za sprawą mojej znajomej , nota
bene bohaterki mojego reportażu o Amerykanach polskiego pochodzenia.
Był kwiecień 1994 roku.
Kiedy przyleciałyśmy na Fiumicino było słoneczne, ciepłe popołudnie, oczekiwał nas
Rzym, a przede wszystkim Ci, którzy spowodowali , że nasz pobyt w tym mieście na
zawsze pozostanie w naszej pamięci.
Z lotniska odebrał nas młody , polski ksiądz. Jechaliśmy poprzez podmiejskie rejony
miasta rozlokowanego na siedmiu wzgórzach.
Wokół było zielono, słonecznie, sielsko.
Cyprysowe drzewa pnące się ku niebu, wyniosłe, smukłe, ciemnozielone mówiły mi,
że jestem znów we Włoszech .Białe wille pokryte dachami w kolorze terrakoty,
rozsiane po okolicznych wzgórzach wydawały się oazami piękna , szczęścia i spokoju.
Naszym docelowym miejscem był Dom Polski imienia Jana Pawła II mieszczący się
na obrzeżach Rzymu, przy via Cassia.
Nad bramą powiewała biało-czerwona flaga.
Dom otoczony rozległym ogrodem stwarzał wrażenie ( i takim się okazał) oazy
spokoju. Życzliwie zostałyśmy przyjęte przez siostry , sprawujące pieczę nad
pielgrzymami przybywającymi tu ze wszystkich stron świata . Są to głównie Polacy
rozsiani po wszystkich kontynentach, choć poważny procent zatrzymujących się tu,
przyjeżdża z Polski.
***
Powiedziano nam, że następnego rana będziemy miały możliwość uczestniczenia w
mszy świętej celebrowanej przez Ojca Świętego w Jego prywatnej kaplicy, a potem
zostaniemy przyjęte na audiencji. Miałam świadomość iż stało się coś niezwykłego.
Potem, długo w noc, snułam opowieści o tym jak Polacy w Polsce przyjęli kiedyś
wiadomość o wyborze Polaka na biskupa Rzymu, o tym jak tłumy gromadziły się na
stadionach i ulicach polskich miast kiedy Jan Paweł II je odwiedzał . Mówiłam o
nadziejach jakie budził i o tym jak umundurowanemu generałowi, który wypowiedział
wojnę Narodowi w 1981 trzęsły się kolana podczas rozmowy z Człowiekiem w bieli.
Próbowałam przekazać Kathy fragmenty najnowszej historii Kraju jej przodków.
A we mnie tamtej nocy na nowo ożyły wspomnienia jakże odległych już lat .
***
Kiedy się obudziłam, słońce dopiero wstawało rozjaśniając różowoperłowym blaskiem
okoliczne doliny i wzgórza . Delikatna mgła , jak przejrzysty welon otulała oliwkowe
drzewa .Przez otwarte okno dochodziło swiergotanie ptaków.
Był to dzień Św. Wojciecha.
Wyjechaliśmy z Domu o szóstej rano. W obszernym samochodzie było nas siedmioro.
Oprócz nas było pięcioro Francuzów z Lille . Przejazd przez opustoszałe o tej porze
miasto dawał okazję do jego obejrzenia .
I oto przed nami pokazała się, tyle razy oglądana w albumach i TV , kolumnada przy
placu otaczającym Bazylikę Św. Piotra.
Okrążyliśmy mury Watykanu i wjechaliśmy w jedną z bram. Tam jeden ze strażników
sprawdził dokumenty. Potem wjechaliśmy na rozległy prostokątny dziedziniec. W
bramach stali żołnierze papieskiej gwardii .
Weszliśmy do ogromnego gmachu. Zaproszono nas do jednego z pokoi. Nikt nie
rozmawiał. Panowała dojmująca cisza. Każdy z nas miał świadomość tej niebywalej
chwili. Za kilka minut mieliśmy zobaczyć Papieża w Jego prywatnej kaplicy.
Potem przyszedł jakiś urzędnik i zaprowadził nas do innego pomieszczenia.
Czekaliśmy chwilę. Po chwili wrócił i oznajmił iż na liście zaproszonych jest tylko
sześc osób. Dopiero po chwili stało się dla mnie jasne, iż nie ma tam mojego
nazwiska!
“Ktoś czegoś nie dopatrzył” pomyślałam w popłochu. “To niemożliwe, być tak
blisko...”
“Proszę się nie martwić, prosze się nie denerwować” powiedział Francuz. “Wszystko
się wyjaśni”. Cała szóstka odeszla prowadzona przez Urzędnika. W wielkim pustym
korytarzu zostałam sama. Czas jakiś słuchałam kroków odchodzących, które odbijały
się echem w długim korytarzu. Potem zauważylam że obok mnie stoi młody
gwardzista . Uroczy chłopak w mundurze gwardii szwajcarskiej.Był pełen
współczucia.
Podeszłam do okna. Odchyliłam lekko biała firankę i spoglądałam na dziedziniec z
czterech stron otoczony wielkimi gmachami. W cieniu bramy stał papieski
gwardzista. Poza tym pustka.
Nagle ciszę, w której można chyba było słyszeć niespokojne bicie mego serca,
przerwał odgłos kroków. Echo powtarzało. Nasłuchiwałam. Pojawił się ksiądz
Dziwisz.. “Proszę, niech Pani pozwoli”, powiedział. Dołaczyłam do oczekujących na
wejście do kaplicy.
Ojciec Swięty klęczał u stóp krzyża zatopiony w modlitwie. Odniosłam wrażenie iż
jest kompletnie wyizolowany od zewnętrznego świata.
** *
Kaplica , do której weszliśmy po chwili była mała i skromna, wobec przepychu, ktory
miałam już okazję zobaczyć w murach Watykanu. Sciany z białego marmuru, nieduże
kolorowe witraże. Ołtarz i krzyż wykonane z brązowego marmuru. . U stóp krzyża
wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.
W kaplicy zgromadziło się około czterdziestu osób , tyle chyba ile mogła pomieścić.
Kilkunastu seminarzystów z Polski, kilkanaście zakonnic. Kilka innych osób z Polski.
Młodzi ludzie z dzieckiem. Polski konsul na Ukrainie. Papież podniósł się z klęczek.
Rozpoczęło się misterium. Msza była odprawiana po polsku. W trakcie nabożeństwa
chłonęłam każdy gest, każdą nutę, intonację, słowo i gest Jana Pawła. Byłam
przekonana , że zachowam je w pamięci na zawsze.
Tak się nie stało. Ale dobrze pamiętam atmosferę tamtego niezwykłego dnia.
Kiedy przyjmowałam komunię z Jego rąk podniosłam glowę. Nasze spojrzenia się
spotkały. Ale On patrzył jakby na wskroś, jakoś daleko, poza mnie. W tym spojrzeniu
było coś dojmującego. A może to tylko utrudzenie ?
Wydawało mi się, że było to inne spojrzenie , niż to , które zapamiętałam sprzed
kilkunastu laty z Wrocławia. Stałam wśród setek tysięcy ludzi. Wtedy byłam niemal
pewna , że patrzy wprost na mnie, choć wiem , że było to niemożliwe.
* * *
Po skończonym nabożenstwie zaprowadzono nas do pełnej przepychu sali
audiencyjnej. Było nas mało więc ginęliśmy w tym przepastnym wnętrzu. Po chwili
wszedł Papież, rozpocząl rozmowy z seminarzystami, żartował i raz po raz słychać
bylo śmiechy. Podchodził do każdego z obecnych. Po jakimś czasie podszedł do nas.
“Panie są ze Stanów” przedstawił nas ksiądz Dziwisz. Wtedy Papież zwrócił się do
mnie z pytaniem “Czy mówi pani po polsku”; “Tak, oczywiście” odpowiedziałam . I
wtedy uświadomiłam sobie, że ten prosty fakt , iż znam ten język, nabrał dla mnie
podczas tej wizyty, znaczenia szczególnego. Język ojczysty Papieża jest też moim
językiem .
***
Spędziłam w Rzymie jeszcze kilka dni. Przemierzałam dziesiątki kilometrów,
odpoczywałam na Hiszpańskich schodach, wstąpiłam do hotelu , w którym
Sienkiewicz zatrzymywał się podczas swych pobytów w Rzymie.
W Cafe el Greco , gdzie przesiadywał Adam Mickiewicz otoczony emigrantami
polskimi, wypiłam kieliszek wina. Na Piazza Navona przyglądałam się gołębiom i
ludziom. W upale wędrowałam do fontanny di Trevi by tam wrzucic monetę,
podobnie jak miliony turystów i tym samym zapewnić sobie życzliwość losu i
możliwość powrotu do Rzymu - Wiecznego Miasta.
Po kilku latach wróciłam do Rzymu z moim mężem. I kiedy staliśmy obok siebie na
wielkim placu w tłumie oczekując na pojawienie się Papieża, wspominałam swoją
pierwszą rzymską wizytę.
W mojej torebce spoczywał różaniec z białych paciorków ofiarowany mi wtedy przez
Papieża. Mam go zawsze ze sobą. Jest to bowiem najcenniejszy, najbardziej
znaczący dar jaki kiedykolwiek dostałam.
środa, kwietnia 22, 2020
Opowiesc o sklejonym talerzu.
Widzisz ten talerz kupiony w sklepie z porcelaną?
Jeszcze niedawno, jeszcze tak niedawno
Był piekny, z politurą lśniącą i nietkniętą
Patrzyliśmy nań z zachwytem.
Talerz. Niby nic, a takie dzieło sztuki.
Teraz ten talerz nosi ślady czasu, a nawet co gorsza ,
Czyjejs nieuwagi.
Nie ze złości, nie w pasji, ot tak mimochodem,
Ktoś go opuścił, rozbił na kawałki.
Zranił.
Staranne sklejenie uratowalo (na czas jakiś)
talerz przed śmietnikiem ,
miejscem , gdzie spoczywaja mniej szczęśliwe szczątki
innych
takich cacek ręcznie malowanych.
Choc porcelanowe rany już nie krwawią
Blizny po nich są znaczne, ciągle dostrzegalne.
Trzeba też
pogodzić się z myślą, że prawdopodobieństwo,
iż talerz pęknie
na nowo, rozsypie w kawałki
Nie dające się zebrać w całość jak poprzednio,
Jest przeciez znaczące.
„ Czy
tak może stać się z nami ?” pytają.
Powiedz im jakiego kleju użyć trzeba by mogli wrócić
do krainy ułudy o trwałej , niezniszczalnej miłości?
2 sierpnia 2008
poniedziałek, marca 16, 2020
wtorek, marca 10, 2020
piątek, stycznia 10, 2020
O malarzach, Rzymianach i corridach w Arles. (z mojego archiwum)
Znakomita wystawa w Chicago “ Van Gogh and Gauguin . The Studio of the South” zamknęła już dawno swe podwoje . Barbara Mirecka, koordynator
tej wystawy w Instytucie Sztuki w Chicago, rozmowie z Danutą Peszyńską
wspominała iż ostatnie zamόwione
obrazy dotarły do organizatorόw 10 września 2001 roku , a więc jeden dzień przed zamachem terrorystycznym
na Stany Zjednoczone.
Mimo poważnych komplikacji organizacyjnych,
mimo zmniejszonego, w pierwszych dniach, napływu zwiedzajacych, wystawa cieszyła
się dużym powodzeniem .Oglądano obrazy ,
ktόre powstały pod niebem
Prowansji, w Arles .
.
* * *
Arles, francuskie miasto nad Rodanem , liczące
dziś około pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańcόw, ma bogatą przeszłość.
Początki
tego miasta założonego przez Grekόw, sięgają VI wieku przed Chrystusem. Przez długi czas Arles bylo ważnym ośrodkiem kulturalnym ,
ekonomicznym a w Sredniowieczu religijnym. Potem jego rola malała i Arles stalo się poprostu jednym z
prowincjonalnych, rolniczych miasteczek Prowansji.
Dziś Arles
znane jest z upraw ryżu,
winnic, ogrodόw,
oliwek, hodowli kόz i owiec ,
bykόw i koni.. Jest także ważnym ośrodkiem turystycznym
i kulturalnym Prowansji. Odbywają się znane ze swej atrakcyjnosci doroczne Festiwale z okazji Wielkiej Nocy ,
kiedy można emocjonować się , najatrakcyjniejszym
punktem programu, corridą.
Jednakże
Arles jest znane z innych powodόw. To tu miało powstać wymarzone przez Van Gogha “Studio Południa” . Udał
się ten zamysł połowicznie. Na wezwanie
zjawił się tylko Gauguin, a wspόłpraca
artystόw trwała
zaledwie kilka tygodni.
Mimo to ten okres
przeszedł do historii światowego malarstwa.
Jeszcze jednym
potwierdzeniem tego była wystawa
w Instytucie Sztuki w Chicago. Zgromadzono na niej 135 obrazόw obu artystόw , liczne rysunki i listy .
Wystawę “Studio Południa” obejrzałam w dzień po jej
otwarciu.
Do Arles,
gdzie miejsca dzieła te powstały,
pojechałam trzy miesięce potem.
* * *
Wieczόr w Arles. Siedzimy w niedużej hotelowej restauracji .
Trzymamy w
ręku karty win zastanawiając się nad wyborem.
Lista win jest długa , jesteśmy skupieni;
ostatecznie wybόr wina we
Francji jest sprawą niebagatelnej wagi.
“O , popatrz “ mowię do męża, jest
wino “Van Gogh” .
Polacy mają
wόdkę “Chopin”, holendrzy czekoladowy likier “Vermeer”, dlaczego nie miałoby być wina o nazwie “Van Gogh”?
Przykład
reklamy. Oczarowac, urzec klienta,
nie tylko smakiem ale i nazwą.
Francja
korzysta z faktu, że przed ponad stu laty osiedlil się, mieszkał i
tworzył tu przybysz z Holandii, artysta, ktόry malował zaledwie osiem lat , a zostawił po
sobie ponad tysiąc rysunkόw
oraz setki listόw, w ktorych opisywał proces tworzenia swych
obrazow . Namalował ich ponad 850 a 200 z nich powstało właśnie, tu w Arles.
Ponad
sześćsest listόw napisał do swego młodszego brata Theo, ktory był
jego jedyną podporą przez wiele
lat. Theo trudnił się zawodowo sprzedawaniem
obrazόw; ale nigdy
nie udało mu się , poza jednym jedynym ( a I to nie jest pewne),
sprzedać obrazόw Vincenta
.
Dziś kiedy o obrazy van Gogha ubiegają się największe muzea świata i
prywatni kolekcjonerzy , a każdy z nich
sprzedaje się za dziesiątki milionόw dolarow , trudno uwierzyć, iż ten Artysta niemal przemierał głodem.
Trudno
uwierzyć, iż popełnił samobόjstwo pod wpływem szaleństwa,
wywołanego pośrednio (być może) strachem
przed beznadzieją nędzy.
* * *
Arles jest miastem
pamiętającym odległe czasy rzymskiego panowania. Pozostały do dziś antyczne budowle, ktore harmonijnie
koegzystują z kamieniczkami z pόźniejszych epok, z romańskimi czy gotyckimi kościołami.
Arles jest ruchliwym ośrodkiem turystycznym.
Przyjeżdzają tu, nawet teraz, kiedy z
niesłabnącą grozą Swiat wspomina wydarzenia
11 września , nie mogąc w pełni ogarnąć ich
przyczyn i skutkόw i
zamiera na myśl co jeszcze może się stać. Ale życie biegnie swoim torem. Więc
ludzie podrόżują ….
Przyjeżdżają do Arles mimo, że zimowe niebo Prowancji jest szare, od Małych
Alp wieje mroźny Mistral , rozległe
rowniny są brunatne , winnice
opustoszałe , na świecie niebezbiecznie, .
Ciągną tu
liczne japońskie wycieczki zbiorowe, zjeżdzają wielbiciele kultury francuskiej.
Tym samym pragnieniem przywiedzeni,przyjechaliśmy
i my.
.Oczywiście znacznie lepszym okresem dla
zwiedzania jest zapewne lato a wymarzonym wiosna, ale teraz nie jest
tak tłoczno .
Vincent van Gogh
zjawił się w Arles właśnie zimą.
I choć
przyjechał tu dla owego cudownego
światła , zafascynowany obrazami impresjonistόw, z ktόrymi zetknął się w Paryżu, jakoś musiał pogodzić się z tym , że otacza go pejzaż jeszcze zimowy…
Malarz
chyba był z tego zadowolony, bo wydawało mu się, że Arles i
jego okolice w śniegu
przypominają krajobrazy Japonii. A na ten okres przypadało właśnie jego
oczarowanie japońską sztuką. .
Tak więc w pierwszych tygodniach pobytu,
nad jego głową wisialy niskie,
szare chmury, tak jak ja je widziałam spacerując po placach i wąskich uliczkach Arles.
* * *
W
restauracji hotelowej w Arles zamawiamy
więc wino “Van Gogh”.
“Czy to nie dziwne? Za życia taki był nieznany,
niedoceniony i taki straszliwie ubogi a
teraz wszędzie jest jego nazwisko…” mόwię do kelnerki . “O tak, był bardzo biedny, a dzisiaj…”
odpowiada, nie kończąc myśli; wszyscy
troje wiemy, o co chodzi. “ C`es ne pas juste” dodaje . Tak, to
prawda, “to jest niesprawiedliwe…”.
Kelnerka
przynosi butelkę wina, na ktόrej widnieje reprodukcja jednego
z licznych autoportretόw Vincenta. * * * * *
Nie wiemy właściwie dlaczego w owym 1888 roku
Vincent van Gogh zdecydował się na przyjazd z Paryża do Arles. Być może stało
się to pod wpływem lektury Adolfa Daudet , miłośnika prowansalskich krajobrazόw, ludzi , ich obyczajόw i legend, ktόry pisał listy ze starego wiatraka. Być może sprawiła to lektura
prozy Emila Zoli . Może stało się to pod wpływem Paula Cezanne, znakomitego malarza ?
A może poprostu zdecydował się na ten wyjazd do Arles z tęsknoty za czymś nowym, odmiennym od tego co znał ? Może ufność w to, że nowe miejsce pod słońcem Południa zmieni jego życie a jego idee o wspόlnocie artystόw się ziszczą?
* * *
Mόj mąż i ja przyjechaliśmy do Arles, bo od dawna chcieliśmy wrόcić , choć na kilka dni , do Prowansji.Zafascynowała nas już dawno. Byliśmy tam po raz pierwszy latem 1974 roku. Rozbiliśmy wtedy namiot na polu campingowym w Tarascon . Potem jeździliśmy oglądać zachowane dowody chwały i potegi rzymskiego imperium; areny w Arles, Nimes, Orange i gotyckie kościoły , ktόrych frontony zdobią wspaniałe rzeźby świętych . Niestety wielu świętych stoi bez głow; postrącano je podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Kiedy byliśmy latem było upalnie, błekitnie . Zieloność wysokich cyprysόw i cień padajacy od koron ogromnych platanόw , ktόrymi wysadzane są aleje miast i miasteczek były takie jak na obrazach impresjonistόw, a noce nad Rodanem tak gwiaździste jak ta, ktόrą namalowal van Gogh 28 września 1888 roku…
Na ożywienie
naszego marzenia o powrocie do Arles , do Prowansji wpłynęła też obejrzana
w Chicago wystawa malarstwa “Van Gogh and Gauguin. The Studio of
the South” .
Naszą decyzję o podrόży “za morze” podjęliśmy jakby na przekόr temu co dzieje się na swiecie. Uznaliśmy, że nie należy niczego
odkładac na “przyszłość”.
Teraz trzeba
korzystac z każdej okazji by pojechać, zobaczyć, przeżyć…Bo
przecież nikt nie wie co stanie się za
chwilę.
“Carpe diem” mawiali Rzymianie… * * * * *
W “Atrium” na ścianach fotografie białych koni i
…głowa byka. Jesteśmy przecież na
Poludniu a tu corrida jest rόwnie popularna jak w Hiszpanii.
Wspaniałe rasowe czarne byki są tak samo przedmiotem zachwytόw i
piękne, białe konie z Camargue . “Carpe diem” mawiali Rzymianie… * * * * *
“A co robi ta bycza głowa na ścianie?”,zastanawiam
się. Okazuje się że to tragiczna ofiara wypadku! We Francji nie zabija się bykόw , tak jak dzieje się to na corridach w
Hiszpanii; ale bywają przypadki .
Jego śmierć nie była zamierzona.
* * *
Siedzimy w
kawiarni. Para przy sąsiednim stoliku
zajęta rozmową. Ja przyglądam się mężczyźnie , bo od kiedy go zobaczyłam
przykuł moją uwagę. Po chwili jestem prawie pewna , iz tego siwego pana musiałam gdzieś już
widzieć…te oczy, szczupłość twarzy, zarys brody, ostry nos…
A potem już
wiem na pewno, że ten człowiek jest całkiem, ale to całkiem podobny do
Van Gogha Widziałam przecież wiele jego autoportretow a studium do autoportretu z 1887 malowanego w Paryżu przedstawia bardzo
podobną twarz. Tyle tylko, że “mόj” sąsiad nie nosi zarostu…
Opuściłam kawiarnię nie dowiedziawszy się czy mόj sąsiad z kawiarni mial jakieś zwiazki krwi z
Van Goghiem czy nie.Może jeszcze kiedyś
jakiś badacz życia Vincenta to odkryje,
ktόż to wie…
* * *
Kiedy się
jest w Arles, nie sposόb nie
myśleć o Van Goghu.
A on czuł się tu chyba bardziej samotny niż gdzie indziej . Jego przyjazd do miasteczka, wzbudził zainteresowanie,
ale nie obudził specjalnie przyjaznych uczuć jego mieszkańcόw. Arles było wόwczas małym sennym miasteczkiem. Dla jego
mieszkańcόw był człowiekiem z
zewnątrz, rudym Holendrem, mόwiącym z obcym akcentem. Tuż po przyjeżdzie odwiedzili go aptekarz i
własciciel sklepu spożywczego, obaj malarze- amatorzy, ale to była pierwsza i
ostatnia wizyta. Zaś miejscowi artyści zignorowali go. Udało mu się jednak zaprzyjaźnić z listonoszem , Jozefem
Roulin, i jego rodziną. Ich portrety malował kilkakrotnie.
Vincent nie miał
wielu okazji do rozmόw,
bądź je odrzucał i ograniczał się ledwie
do zamawiania dań w restauracji; ale pisał dużo i często listy; do brata,
Gauguina, Emila Bernarda (malarza) Toulouse-Lautrec`a ( ktόry nigdy na listy nie odpowiedział).
Odwiedzał lokalny burdel. Ale przede wszystkim dużo malowal.
Po jakimś czasie
przeniόsł się z hotelu
do wynajętego przez siebie domu mieszczącego
się przy placu Lamartin pod nr 2. To tam w “Zόłtym Domu” zamieszkał na krόtko w towarzystwie Gauguina . I tam w dzień wigilijny doszło do
dramatycznego zdarzenia , historycznej kłotni, w wyniku ktόrej , jak się przypuszcza, Van Gogh obciął
sobie ucho. Nastąpiło ostateczne
rozstanie Gauguina z Vincentem. Prόba stworzenia artystycznej wspόlnoty przetrwała zaledwie kilka tygodni.
Dzisiaj
przy placu Lamartin nie ma już tego
domu. Został zburzony w czasie wojny. Na środku obszernego placu jest ładna fontanna. Przy placu
rosną platany, jest piekarnia, na
rogu mieści sie Tabak, w ktόrym można napić się kawy, pogwarzyć
z przyjaciόłmi przy barze,
wypic kieliszek wina czy absyntu no i
nawdychać się do zawrotu głowy papierosowego dymu. Z placu rozchodzą się ulice. Patrząc w głab jednej z nich widać wiadukt kolejowy, taki jak namalował go artysta na obrazie
przedstawiającym “Zόłty Dom
Vincenta w Arles “. Jeżdżą tamtędy pociągi tak jak za czasόw Vincenta.
Vincent
zostaje sam I wkrόtce
pacjentem psychiatry dr. Rey`a . Dzisiaj w
“ Hotel-Dieu” , gdzie leczono Vincenta mieści się ośrodek kultury, noszący imię van Gogha
(Espace Van Gogh).
Najbardziej interesujący wydawał mi się ogrόd . Jest dziś taki sam jak był wtedy, kiedy van Gogh go malował. Ogrόd został odtworzony na podstawie obrazu
artysty
“
Dziedziniec szpitala w Arles”. Malowany był w
kwietniu , mieni się barwami, ja oglądam ten ogrόd tuż przed zapadnięciem zmierzchu w pochmurny
dzień. Ale świadomość, że patrzę na te same podcienia okalające dziedziniec, na
te same okna dawnego szpitala, takie same krzewy i drzewa oraz mała fontannę
jest poruszająca.
Arles dziś pamięta o artyście, ktόremu za życia nie okazało serdeczności. Stworzono fundację, ktόra opiekuje się galerią, gdzie eksponowane są obrazy znanych wspόłczesnych artystόw , członkόw “artystycznej wspόlnoty” . Oni symbolizują ideę van Gogha. Tak więc wydawac sie może, że jego marzenia i jego wizje o braterstwie artystόw, nie poszły na marne .
Z Arles wyjechaliśmy z przekonaniem iż warto było
tu wrόcić by na nowo odkrywać ślady przeszłości
dalekiej i bliższej . Wyjechaliśmy
bogatsi o ożywione dawne wzruszenia , nowe doświadczenia i z
przekonaniem ze nawet szare niebo prowansalskie jest malownicze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)