środa, kwietnia 04, 2007

Wielki Tydzien w Sewilli

“Semana Santa” czyli Wielki Tydzień poprzedza największe swięto Chrześcijan jakim jest dzień Zmartwychwstania Pańskiego.
Już w pierwszym tygodniu postu, w mieście na południu Hiszpanii zaczynają się przygotowania do słynnych w świecie obchodόw Wielkiego Tygodnia.
Jest to niewątpliwie największe wydarzenie w Sewilli , a do miasta na ten czas przyjeżdzają tysiące turystow. “Semana Santa” w Sewilli ma swόj głeboki religijny charakter i jest też jedną z największych atrakcji turystycznych.
57 bractw czyli “ cofradias”, często ze sobą rywalizujących , przygotowuje się do wielkiej, niezwykłej procesji. Wśrόd nich są też sewilscy Romowie, ktόrzy przeżywaja swόj wielki dzień.Odgrywają oni bowiem ważną role w tych ceremoniach wielkopostnych.
“ Hermandad los Gitanos “ , zamieszkujący w obrębie starego miasta, stanowią grupę liczącą około 1600 osόb.
Każdy z czlonkόw bractw ma przydzieloną rolę. I kiedy nadejdzie czas, zrobią wszystko, by procesja odbyła się zgodnie z odwieczną tradycją, w pełni majestatu i bez zakłoceń.

* * *
Zbliża się pόłnoc . Przed katedrą, ktόrą zbudowano na miejscu zrόwnanego w 1401 roku z ziemią meczetu zgromadzili się mieszkańcy i turyści. Mimo pόźnej pory przed katedrą tłum nie rzednie. Wprost przeciwnie. Przybywają coraz nowi uczestniczy tego niezwykłego misterium. Wydawało się, że wąskie uliczki Sewilli pamiętajace jakże odległe czasy, nie bedą w stanie pomieścić nikogo więcej. A jednak wciaż napływają ludzie. Stoją głowa, przy głowie. Przed drzwiami katedry widać oddział kawalerii w połyskujących napierśnikach. W świetle ulicznych lamp błyszczą zbroje i hełmy mężczyzn przebranych za rzymskich żołnierzy. Kilku z nich przysiadło na krawędzi chodnika. Sączą piwo z butelek. Jest parna, ciepła sewilska noc. Nieopodal , w całkowitej ciszy i skupieniu stoją dziesiątki, setki tajemniczych, napełniających grozą ludzi. Odziani w długie szaty o tym samym kroju, w kapturach zasłaniących niemal całkowicie twarze , trzymający w ręku zapalone świece , przypominają amerykańskie bractwo Ku Klux Klan nie cieszące się dobrą sławą.
Owi “cofrades” czy “nazarenos”, przypominają nam też pierwszych chrześcijan , ktόrzy na miejsce modlitw przychodzili pod osłoną nocy, a kaptury głeboko zaciągnięte na twarz miały chronić przed identyfikacją i w konsekwencji przed prześladowaniami.
Potem Sw. Inkwizycja przejęła zwyczaj noszenia takich właśnie ubiorόw. A kaptury stały się symbolem pokuty.
Wysoko nad tlumem, wsparte na ramionach kilkudziesięciu mężczyzn widnieją dwie wielkie platformy. Są to platformy-ołtarze, ktore będą niesione w procesji.
Przed katedrą, mimo niezliczonych tłumow, panuje pełna skupienia cisza .
I nagle w tę ciszę wdziera się ponury głos werbli. Rownocześnie gasną uliczne latarnie. Jedynymi źrόdłami światla są płomienie tysięcy świec niesionych przez “nazarenos” i blask księżyca. Nagle tlum zaczyna falować. Procesja ruszyła. Na jednej z platform niesionej na ramionach “costaleros” stoi posąg Chrystusa przyniesiony z kościoła San Lorenzo , Cristo del Gran Poder ( Chrystus Wszechmocny) dzwigajacy na ramionach krzyż. Swiatła ożywiaja twarz Zbawiciela. Na drugiej platformie niesiona jest piękna figura Matki Bożej. Matka Boska Bolejaca roni brylantowe łzy.
I oto gdzieś w ciemności , z tlumu dobywa się kobiecy glos. Religijna pieśń typu flamenko wznosi się ku niebu. Płynie wśrόd nocy dojmująca, pełna boleści. Ktoś śpiewa “saetę” o męce pańskiej. Na jej dzwięk przystają mężczyżni niosacy posągi Chrystusa i Marii. Zdejmują z ramion wielkie platformy i stawiają na ziemi. Kiedy pieśń zamrze w ciemności, wtopi się w zasłuchany tlum, około sześdziesięciu “costaleros” podnosi z ziemi swe brzemię . Mężczyżni kładą je na ramiona i ruszają dalej w procesji. I znowu towarzyszą im głuche uderzenia bębnόw.
Po chwili bębny cichną i ponownie rozlega sie pieśń. I następna. I jeszcze jedna. Czasem dochodzą one z tlumu stojącego na ulicy, czasem z jakiegoś balkonu . W chybotliwych płomieniach świec widać płynace jakby postaci Chrystusa i Matki Boskiej. Ogromne cienie przesuwają sie wzdłuż domόw w wąskich uliczkach starej Sewilli. Przechodzą przez miasto a potem po wielu godzinach wracają do kościoła.

Kazdego dnia w ciągu Wielkiego Tygodnia takie procesje odbywają dzień po dniu w
licznych kościołach Sewilli. Każdego dnia miasto przemierzają wierni powtarzając ten sam rytuał. Dość często mozna zobaczyć na ulicach biczownikόw, ktόrzy tak jak w średniowieczu idą w pokutnych szatach, niekiedy pόłnadzy i okładaja się razami tak mocno iż ociekaja krwia.
W Wielką Sobotę na uliczkach Sewilli panuje już cisza. W powietrzu ciągle jeszcze unosi sie zapach stopionego wosku. Wielka Sobota to czas na zadumę i refleksję, na wypoczynek po dniach czuwania ,. Zmęczeni postem i umartwieniami wierni oczekują w skupieniu na moment , kiedy ponure głosy kołatek i werbli zostaną zastąpione tryumfalnym brzmieniem rezurekcyjnych dzwonόw.
Te dzwony, od wiekόw obwieszczają Sewilli wielką nowinę “ Chrystus zmartwychwstał”. Ta nowina rozbrzmiewa szeroko nad murami Sewilli, ktόra “zbudował Herkules, murami otoczyl Juliusz Cezar a kościoły i katedrę zbudowali krόlowie katoliccy, Izabella i Ferdynand” jak głosi napis na jednej z bram miasta.
W Sewilli, może silniej niż gdzie indziej uświadomić sobie można niezwykła wagę znaczenia wiary, tradycji , obyczaju.

* * *
Kiedy uroczystości Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy dobiegają końca w Sewilli zaczyna się Fiesta.Na ulicach pojawiają się na koniach Andaluzyjki, jedne z najpiękniejszych kobiet jakie widziałam i przystojni Hiszpanie smukli, czarnoocy. I konie, rownie piękne i rasowe.
Miasto jest pełne kwiatόw, ( o jakże jest piękna wiosna w Sewilli!), wachlarzy i mantyli. Ozdobę stanowią też eleganckie dwukołowe powozy w procesji , ktore w czasie Fiesty pojawiają sie na sewilskich placach i ulicach. Wszędzie słychac muzykę flamenko i widać tańczących w jej rytm rzewny, ognisty, dramtyczny, niepowtarzalny. Tancerze występują z tłumu a przyglądajacy stoją klaszcząc w rytm .Często zamieniają się rolami.
Wieczorem w czasie Fiesty miasto tonie w powodzi świateł odbijających się w rzece Guadalquivir. W jej wodach przegląda się “Torre del Oro” wieża, pamiętająca czasy długich, bo niemal 800-letnich rządow Maurόw z dynastii Omajadow .
Dobrze w taki czas usiąść nad rzeką i słuchając tych rytmόw zadumać się nad przeszłością tego miasta. Miasta, liczącego ponad trzy tysiące lat, miasta ktόrym władali Fenicjanie , Grecy, Rzymianie, Wizygoci, Maurowie (Muzułmanie)i wreszcie krόlowie katoliccy.
Z tym miastem związane są nazwiska Amerigo Vespucci, Magellana czy Juana Sebastina Elcano. Sewilla .
Sewilla, podobnie jak inne miasta Hiszpanii była świadkiem wzlotόw i upadkόw, była świadkiem powstawania i upadku wielkich cywilizacji.
Kiedy skończą się zwiazane z Wielkanocą obchody miasto wroci do swej “normalności”. A Ci, ktόrzy choć raz w życiu mieli okazję uczestniczyć w “Semana Santa”i być może w brać udział we Fiescie, zapewne nigdy o tym nie zapomną. Kiedy będzie zbliżać się kolejny Wielki Tydzień i kolejna Wielkanoc, te wspomnienia ożyją na nowo.
I będzie się wydawać iż znowu gdzieś z oddali dobiega melodia, rytm flamenko. Nawet zapach zapalonej świecy przypomni tamte pamietne noce rozświetlone blaskiem tysięcy świec , ktόrych drżące płomyki rzucały długie cienie na ściany Katedry Sewillskiej i mury stojącego nieopodal Alkazaru..

Wielkanc 2006



piątek, marca 09, 2007

Refleksje znad Lake Superior

Przede mną biegnie mała, bosa dziewczynka z rozwianymi włosami. Nagle potyka się na wystających korzeniach sosny, pada. Ale podnosi się natychmiast, rozciera rączką uderzone kolano, otrzepuje spódniczkę i biegnie dalej. Za chwilę znika gdzieś pomiędzy namiotami.
Nad jeziorem, ogromnym jak morze, obozem rozbili się turyści. Przyjechali tu, na półwysep wchodzący w wody jeziora Górnego (Superior) z Florydy, Arizony, Teksasu. Są tu też mieszkańcy bliskiego Wisconsin i dolnego Michigan. Bliscy sąsiedzi. Stoją rzędem ogromne naczepy wielopokojowe z łazienką, lodówką i telewizorem. Na dachach anteny. W oknach doniczki z kwiatami.
Obok widać nieco mniejsze turystyczne samochody, ale także przestronne, wyposażone we wszystko co dla wygody potrzebne. Wydaje się, że przywieziono ze sobą wszystko co niezbędne, by czuć się jak w domu. Przed jednym z takich wozów - “domów na kołach”, stoi ogromny fotel na biegunach. Ktoś zabrał w podróż dużego pluszowego Misia, który przypięty do wysokiej sosny, “udaje” wspinającego się zwierzaka. Ponieważ prawdziwe niedźwiedzie rzeczywiście można spotkać w okolicy, przez moment można ulec złudzeniu, że właśnie się pojawiły na kempingu.
Obok okazałych pojazdów rozbito też skromne namioty. Na rozwieszonych pomiędzy drzewami sznurach suszą się ręczniki i bielizna, na stołach piętrzą się śpiwory, miski, kuchenki turystyczne, radia i Bóg wie co jeszcze. Takie obrazki zna niemal każdy z nas. Spotyka się je w Stanach czy Europie. Niegdyś byłam gorącą zwolenniczką życia kempingowego. “Obozowe” życie, znam więc z doświadczeń. Dzisiaj oglądam “nasz” kemping przechadzając się nad brzegiem jeziora, a więc już z innej niż kiedyś perspektywy.
Na półwysep w Michigan, zwany Keweenaw, ściągają gromadnie turyści. Przyjeżdżają zawsze, w rożnych porach roku, ale kemping ożywa dopiero późną wiosną a zamiera z pierwszymi chłodami. Keweenaw w języku lokalnych Indian Chipewa (czyt.Czipua) (zwanych też Ojibua ) oznacza “brzeg, do którego przypływają łodzie”. Okolica jest pełna uroku, woda ciągle czysta, a trawa zielona. Wabią piękne, piaszczyste plaże jak i pofałdowany pagórkami lesisty krajobraz.
Uroda okolicy zachęca do spędzenia tu wakacji. A my mieszkańcy tej ziemi, kiedy tylko mamy czas, mamy wrażenie, że wakacje nigdy się nie kończą. To miejsce ma jakąś siłę magiczną. Kiedy chodzę tak pomiędzy namiotami i samochodami, widzę snujące się wstążki siwego dymu z ognisk, czuję ich zapach, nagle powracają do mnie obrazy z dalekich stron i równie odległych czasów.
Przypominam sobie cygańskie tabory. Wydaje się, że jeszcze niedawno, widywałam je w Europie. Aż dziw pomyśleć, że było to w ubiegłym stuleciu, przecież dziesięciolecia upłynęły od czasu kiedy ja, mała dziewczynka z biciem serca oglądałam sceny z życia cygańskiego taboru. Zapamiętałam płonące ognisko, starą Cygankę, mieszającą coś w kociołku zawieszonym nad ogniskiem i od czasu do czasu odganiającą łyżką zgłodniałego psa, zwabionego zapachem gotującej się strawy. Patrzyłam na tę scenę z przejęciem, z wewnętrznym drżeniem. Było to połączenie niewypowiedzianego niepokoju i równocześnie nieopanowanej potrzeby podpatrywania czegoś tajemniczego i niezwykłego. Cyganki wróżące z kart i ręki były częścią krajobrazu polskich miast i wsi. Niekiedy i dzisiaj można spotkać na ulicach miast kobiety o smagłych twarzach, w kolorowych spódnicach, najczęściej z niemowlęciem, kuszące obietnicą, że opowiedzą o przyszłości, w której czeka nas jeszcze jedna, jedyna, prawdziwa miłość. “Powróżyć, karty stawiać” nawoływały. Zostały jednak w pamięci tamte romanse cygańskie, pieśni i taniec.
Ale gdzież dziś szukać “prawdziwych Cyganów”? Ich wozy nie przemierzają kraju budząc zarazem zainteresowanie i trwogę. Literatura roi się od opisu kradzieży koni, kur, garnków, odzieży suszącej się na dworze w momencie przybycia w okolice cygańskiego taboru. A więc kim byli ich sprawcy w ludowych podaniach? Opowieści te czasem prawdziwe, czasem, wyolbrzymione, czasem całkiem wyssane z palca szły w “lud” i tkwiły (tkwią) w świadomości. Prawdy, zmyślenia? Jedno jest pewne, nie ma tamtych cygańskich taborów z mego dzieciństwa. Gdzież się podziały? Świat Cygański nieco mroczny, tajemniczy, równocześnie barwny, roztańczony, rozśpiewany, przestał być częścią “naszego świata”. “Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma “ jak refren znanej pieśni powraca ta myśl. Ale czy na pewno?
Są. Trwają choć nie tacy sami. Isabel Fonseca, Amerykanka mieszkająca w Anglii, zafascynowana światem Cyganów europejskich rezultaty swych badań opisała w swej książce „Bury Me Standing; The Gipsies and Their Journey” (“Pochowaj mnie na stojąco. Cyganie i ich wędrówki”). Jest to porywający portret grupy etnicznej dyskryminowanej i tak dotkliwie doświadczonej przez historię. Romowie (jak dziś nazywamy Cyganów), skazani w czasie II Wojny Światowej na kompletną zagładę, zdołali jednak cudem ocaleć.
Książka “Bury Me Standing “ mówi o Romach dzisiejszych, ale wraca do ich historii. Jest to rzadki, niezwykły dokument i urzekająca lektura.
Autorka, absolwentka Columbia University i Oxfordu mieszka w Londynie. Stamtąd odbyła wiele podróży po Europie pomiędzy 1991 a 1995 r. Jej książka jest też efektem przyjaźni z Donaldem Kenrick`iem współautorem innej pasjonującej książki o Romach “The Destiny of Europe`s Giepsies” (“Przeznaczenie Cyganów Europy”).
Szczególnie jeden z rozdziałów książki Isabel Fonseci zwrócił moją uwagę. Poświęcony jest polskim Cyganom.
Fonseca podaje szereg niezmiernie interesujących szczegółów. I warto je przytoczyć, gdyż dotyczą jednej z najbardziej znanych postaci Cygańskiego folkloru; Papuszy. Podejrzewam, są to fakty mało znane polskiemu czytelnikowi. Bo tak naprawdę, któż z nas pamięta dziś o Papuszy, zmarłej ponad dziesięć lat temu? Przecież nawet wtedy, kiedy otarła się o sławę Juliana Tuwima czy Jerzego Ficowskiego, tylko nieliczni o niej słyszeli.
Pisano o niej trochę w latach 50-tych. Wtedy stała się “sztandarowym przykładem” na to iż należy Cyganów osiedlić, nawet wbrew ich woli. Chciano ich “uszczęśliwić”, zamknięciem w ciasnych ścianach kamienic bo wędrujący i niezależni “zagrażali porządkowi”.
Jerzy Ficowski, poeta zajął się twórczością Papuszy już kilka lat po wojnie. To zresztą stało się zarówno początkiem Jej literackiej “kariery” jak i przyczyną osobistego dramatu. Papusza “zdradziła” tajemnice swego świata, a więc tajemnice Plemienia. Naruszyła obowiązujące reguły gry. Wydając zgodę na publikację swej poezji odkryła świat Romów przed ludźmi spoza kręgu wtajemniczonych. I dlatego musiała zostać przez swoich wyklęta.
Bronisława Wajs, zwana Papuszą (co znaczy “Lalka”) dzieliła los i dramat Cyganów Europy opanowanej przez niemiecki faszyzm. Podczas wojny, jak twierdziła, straciła stu swych krewnych. Być może uznać to trzeba za rodzaj bolesnej metafory. „Każda niemal Cyganka to Antygona; każda utraciła brata”. Przeżycia z czasów wojny dały początek jej pieśniom poetyckim; “Krwawe łzy”, opowieść o tym “czego doświadczyliśmy pod Niemcami na Wołyniu w latach 43 i 44”. Kiedy w 1949 r. poznała Jerzego Ficowskiego (żywo zainteresowanego folklorem Cyganów) rozpoczęła się nowa epoka w jej życiu.
W 1950-tym, niespełna rok potem, jej wiersze w tłumaczeniu polskim opublikowano w “Problemach”. Julian Tuwim, przeprowadził obszerny wywiad z Jerzym Ficowskim. Był to wywiad od początku do końca mający udowodnić, iż nomadyczne tradycje Cyganów są absurdalne. Ten wywiad, kończył się tekstem “Międzynarodówki” przetłumaczonej na język Romów. No cóż, znamię tamtych czasów! Wywiad i publikacje przyniosły Papuszy niesławę wśród Jej plemienia. Papusza została potępiona, opuszczona przez swoich.
Na domiar złego właśnie wtedy ówczesny reżim, a szczególnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Berman, Różański), zaczął przymuszać Cyganów do osiadłego trybu życia. Było to, bez wątpienia, ich wielkim dramatem. Trudno, rzecz jasna obciążać za to winą Jerzego Ficowskiego, który zrobił wiele, by z kultury cygańskiej zachować wszystko co jeszcze nie zostało zniszczone. Być może wiedział, że ta cywilizacja została skazana na zagładę?
Papusza poniosła karę surową, z pewnością niezawinioną. Została uznana za zdrajczynię przez swoich. Jej talent i jej zaufanie wykorzystano dla socjalnych, propagandowych, politycznych celów. Wtedy moda była na asymilację tak jak dzisiaj na „różnorodność”.
Czy w tych rozgrywkach było miejsce dla odczuć poetki - Cyganki? W jednym ze swych wierszy Papusza pisze:
Nikt mnie nie rozumietylko las i rzekaI tylko o nich chcę mówić,wszystko minęło z latami młodości.
Wiersze Papuszy zostały jej “odebrane”, a ona, przerażona konsekwencjami, chciała je odzyskać z powrotem. Napisała list do Jerzego Ficowskiego prosząc o wstrzymanie publikacji. Wyjaśniła, że jest to sprawa wielkiej wagi. “Żywcem obedrą mnie ze skóry” pisała do badacza cygańskiego folkloru. Nie wysłuchał jej prośby.
Według innych źródeł, Papusza zjawiła się w Wydawnictwie Ossolineum z żądaniem zawieszenia publikacji. Nie pomogło. Udała się też do zarządu Związku Pisarzy Polskich, z prośbą o odzyskanie praw autorskich. I tam jej odmówiono pomocy. Po nieudanych próbach odzyskania swoich praw do wierszy wróciła do domu.
Kiedy wiersze zostały opublikowane, Papusza została postawiona przed sądem Romów. Najważniejsze autorytety polskich Romów czyli “Baro Szero” (starszyzna) orzekły o losie Poetki. Niemal bez namysłu, jednogłośnie Sad wykluczył ją ze społeczności cygańskiej jako “nieczystą” czyli “Magerdi”.
Wyrok ugodził boleśniej niż można by było oczekiwać. Jak twierdzi Isabel Fonseca, Papusza spaliła resztę swych niepublikowanych jeszcze wierszy. Było ich podobno ponad trzysta. Po tych przykrych, wstrząsających przeżyciach Papusza spędziła osiem miesięcy na leczeniu psychiatrycznym, a potem w kompletnej izolacji. Podobno Jerzy Ficowski zerwał z nią jakikolwiek kontakt.
Poza kilkoma pieśniami z 1960 roku, nic więcej nie napisała. Papusza zamilkła. O tych szczegółach z życia Papuszy, polskiej Cyganki, którą być może mijałam na ulicach jednego z polskich miast, dowiedziałam się dopiero nad jeziorem Superior czytając książkę, którą mi polecił mój amerykański znajomy.
Podejrzewam iż wakacyjni “nomadyczni” Amerykanie koczujący nad naszym jeziorem, nie wiedzą nic o stylu życia, które wiedli kiedyś europejscy Romowie. A może w każdym z nas drzemie owa tęsknota do wędrówek?
Wchodzę w piękny mieszany las doszukując się dalej jakiś analogii pomiędzy “tam i tu“ i pomiędzy “dawniej i dziś”. Sosny i kanadyjskie klony, brzozy i osiki niczym nie różnią się od lasu w dalekiej Polsce, z którym identyfikowała się Papusza.
Ryszarda L. Pelc
“O lesie, lesie,mój czarny ojcze,Ty mnie wychowałeś,teraz opuściłeś mnie.Twoje liście drżąI drżę ja tak jak one,ty śpiewasz i ja śpiewam.Ty się uśmiechasz i ja się uśmiechamTy nie zapominaszI ja pamiętam.”
(Wiersze Papuszy z ang. tłum. R. Pelc)

środa, lutego 07, 2007

Opowiesci znad Zatoki.Tesknota




Moja tęsknota
ma kolor błekitu nieba,
szafiru morza,
srebrzysto-zieloną barwę rozwianych wiatrem palm
pochylonych ku Zatoce.
O zachodzie słońca bywa czerwono-złota ,
bo drzemie w niej potęga słonecznego żaru.
Moja tęsknota
ma zapach wiatru znad oceanu,
pobrzmiewa melodią fali uderzającej o brzeg.
Bywa silna jak uderzenie pelikana o powierzchnię wody,
a czasem zwiewna jak skrzydła motyla spijającego nectar
z purpurowego kielicha chinskiej rozy,
wiotka jak płatek kwiatu bugenwilli.

Moja tęsknota ma wiele odmian, kolorów i woni.
Jedno w niej tylko niezmienne-
zawsze jest niepodzielną tesknota za Tobą

- wymyślonym przeze mnie w samotności.

środa, grudnia 20, 2006

Boze Narodzenie w Michigan

Święta blisko. Za oknem biel. Drzewa, domy, trawniki, wzgórze na przeciwko otula gęsta, nieskazitelnie czysta warstwa śniegu. Nie ma wątpliwości iż nasze Boże Narodzenie będzie takie jak z marzeń "o białym Bożym Narodzeniu".
Dnie coraz krótsze, niebo szare i nisko, niuziutko nad głowa. Zbliża się najdłuższa i najświętsza noc roku. Noc wigilijna.
Poczta elektroniczna przynosi życzenia z całego świata od przyjaciół, kolegów a także coraz częściej od "wirtualnych" znajomych, o których do tej pory nie miało się nawet pojęcia, że istnieją. Wszyscy prześcigają się w pomysłach.
Wystarczy tylko jedno kliknięcie a już na monitorach ożywają renifery, zapalają się światełka na choinkach, przez furtkę wbiega piesek, a po kolejnym kliknięciu z wirtualnego nieba sypie wirtualany śnieg. A u mnie za oknem sypie naturalny.
Elektroniczne listy bywają dźwiękowe. Słucham więc znanych kolęd przesłanych przez nieznanych , ale życzliwych czytelników i znajomych naszych znajomych. Takie same swojskie kolędy jakie pamiętam z dzieciństwa , kiedy nawet telewizor nie był przedmiotem powszechnego użytku...
Boże Narodzenie tuż, tuż.
U nas w Stanach Zjednoczonych członkowie i członkinie Armii Zbawienia podzwaniają dzwonkami, przypominają, że czas ofiarować swój datek na potrzebujących.

* * *

Dla wielu z nas ze wszystkich dni roku najważniejsza była i jest Wigilia.
Mistyka wigilijnej wieczerzy, uroda i zapach choinki, tajemniczość nocy, najdłuższej w roku, delikatne, migocące płomienienie świec, aromat siana pod śnieżnobiałym obrusem tworzą ten z niczym nieporównywalny klimat.
Sceneria i obrzędowość Wigilii głęboko zapadły w świadomość. Trwają w nas.
Na czym polega niezwykłość Wigilii? Nie piszę o czysto religijnym, duchowym wymiarze..
Myślę o jej "materialnym" wymiarze. Zawsze , odkąd pamiętam, obowiązywał ten sam doroczny rytuał, a wokół unosił się niecodzienny aromat tworzący ową niezwykłą atmosferę. Ranne wstawanie i pracowita krzątaninę.
Dom jeszcze przesiąknięty zapachem upieczonych poprzedniego dnia makowców i słodyczą piernika, już był gotowy na przyjęcie innych woni...
Uderzał w nozdrza zapach gotującego się czerwonego barszczu , dobiegał aromat suszonych grzybów (przypominających owe letnie i jesienne wyprawy do lasu), ostry zapach cebuli (do śledzi!) wyciskający łzy z oczu pomieszany z zapachem skórki pomarańczowej .
Na kuchni powoli gotowała się kapusta ("bo kto to widział wigilię bez pierogów z kapustą i grzybami").
A jakie to odgłosy w tym dniu dochodziły z kuchni !
Skwierczącej na patelni rybie, panierowanej w jajku i bułce , towarzyszyły ciche pyrkotanie parzonego maku (to do kutii).
W domu moich Rodziców podawano dwanaście potraw; tak dwanaście a nie siedem, dziewięć czy jedenaście, jak to bywa w innych polskich domach.
Do dziś i na moim wigilijnym stole pojawia się dwanaście dań wśród których nie może zabraknąć kutii, słynnego "kresowego" przysmaku z ugotowanej pszenicy, bogatego w mak, miód, orzechy i wszelkiego rodzaju bakalie, podlanego odrobiną koniaku....
Dla mnie te przygotowania to rytuał, tradycja, którą kontynuuję tak uporczywie, bo pozwala mi na zachowanie wiary, że "nie wszystko umiera".
Strojenie choinki odbywało się w Wigilię. Zawsze tak było. Na choince wisiały zabawki kupowane przez moich rodziców, a potem przeze mnie. Było ich wiele. Pochodziły z czasów mego dzieciństwa i dzieciństwa mego jedynego syna. Zostały w Polsce.
Syn mieszka z rodziną we Francji. My wyjechaliśmy za Wielką Wodę. Z nami przyleciał mały drewniany ptaszek, kolorowe cudeńko kupione kiedyś w Sukiennicach krakowskich.
Ten ptaszek siedzi przez cały rok na oknie w naszym domu w północnym Michigan, spogląda na płaczącą wierzbę, srebrne świerki zasadzone przed kilkunastu laty przez mego męża, na wzgórze porośnięte brzozami i być może, podobnie jak ja, dziwi się, że tak niespodziewanie potoczyły się jego losy. A kiedy przychodzi czas ptaszek przenosi się na bożonarodzeniowe drzewko.
Od kiedy zamieszkaliśmy w Stanach choinkę ubieram wcześniej, zgodnie z obyczajem tu panującym, tuż po Święcie Dziękczynienia.
Wieszam na niej dekoracje, które kupiliśmy podczas naszych licznych podróży.
Nasz drewniany krakowski ptaszek z Sukiennic od wielu lat spogląda na porcelanowego skrzypka przywiezionego z Chicago, na szklaną bombę kupioną w Clearwater na Florydzie, zachwyca się nieodmiennie baletnicą z meksykańskiego sklepu w Santa Fe, mała papierową gejszą przywiezioną z Japonii, wachlarzykiem z Pekinu , posrebrzaną szyszką przyniesioną ze spaceru nad jeziorem Superior.
Mały krakowski ptaszek słucha srebrzystego dźwięku trąbki kupionej kilka lat temu w Christmas, małej osadzie w Michigan i radosnego "ho, ho" brzuchatego Santa Claus (który zastępuje tu Świętego Mikołaja i wygląda bliźniaczo!).
I choć lubi swoje nowe otoczenie, i jest tu szczęśliwy, to być może wspomina też tamte znajome i bliskie mu świecidełka, nieopisanej urody delikatne, szklane bombki, słomkowe gwiazdki i takiż pasterzy. Może tęskni?
Kto wie, co czuje, co myśli, polski drewniany ptaszek w wigilię Bożego Narodzenia siedząc na drzewku ściętym w lasach w Copper Country, nad wielkim jeziorem Superior?

* * *

Wigilia ma szczególny charakter, przynosi zapach i smak nawet najbardziej odległego dzieciństwa. Wraca ono do nas z każdą zawieszoną na choince skrzącą urodą zabawką, z zapachem świeżej świerkowej czy jodłowej gałązki, z każdą kolorową paczką leżącą pod choinką.
Kultywując rodzinne tradycje żywimy nadzieję, że nasze dzieci, a potem i nasze wnuki będą je cenić i o nich pamiętać.
Rozsiani po świecie podtrzymujemy naszą polską duchową wspólnotę.
Nie zapominajmy o tym co nas łączy a jest to garść siana pod białym obrusem, opłatek, przysłany z Kraju, dodatkowe nakrycie na stole dla niespodziewanego gościa-wędrowca.
Kultywowanie tradycji jest piękną formą celebrowania życia. Pamiętajmy o tym, życząc sobie Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia.
Swięty Mikołaj .
Jak długo sięgam pamięcią w nocy z 5 na 6 grudnia pod poduszkę kładziono mi paczkę.
Nawet w biednych, powojennych czasach takie podarki się znajdowało. Do paczki zwykle dołaczona była posrebrzana”, bądź “pozłocona” rózga.
Ta rózga była po to, by przypominać, iż mimo iż zasługujemy na nagrody, ale nie ominą nas kary, w razie naruszenia obowiązujących zasad.
Jakaż była to radość, kiedy rano znajdowało się taki prezent. A rózga? No, to był nieodzowny, symboliczny raczej , “ozdobnik”a ponadto istniała świadomość iż “bezgrzeszni” i calkiem “niewinni” nie jesteśmy.
“Był u mnie święty Mikołaj”. Ten dziecięcy okrzyk radosci słychać było w całym domu.
Kiedy zaczęło się dorastać owa wiara w to, że to Swiety Mikołaj zostawia prezenty zaczęła maleć. Ale nigdy się do tego nie przyznawało. No, bo kto wie, a nuż “Swięty” się dowie i wtedy nie będzie prezentu? Swięty Mikołaj nie zawiódł nigdy.“Przychodził”.
* * *
Od szeregu już lat kiedy zaczynaja się chłody na północy ja lecę na południe, na przeciwległy kraniec Stanow, nad Zatokę Meksykańską.
Stany można lubić bądź nie, można się nimi zachwycać lub je krytykować , ale nie można nie zauważyć, iż są krajem, w którym można budzić się mając za oknem śnieżną zawieję a późny obiad można już jeść pod gołym niebem , po kąpieli w basenie pod błekitnym niebem i leżakowaniu pod palmami.
Ba, ale, czy Swięty Mikołaj potrafi mnie tu odnaleźć?
Okazało się, że tak. Tyle tylko, iż posyła upominek pocztą lotniczą, gdyż na swych saniach nie może tu dotrzeć.
Kiedy otwieram paczkę (bez rózgi) zawsze znajduje w niej drugą z nalepioną karteczką z instrukcją:”Otworzyć szóstego grudnia”. Jestem posłuszna. Nie oszukuję, choć ciekawość nie pozwala mi zasnąć.
* * *
Hagiografia ma w swym spisie wielu Mikołajow, ale tym, który przynosi podarki jest według wierzeń biskup małoazjatyckiej Miry.
On jest najbardziej popularny, zarowno wśród katolików jak i prawosławnych.
(...) “cieszy się większą popularnością niż razem wzięci pozostali jego kanonizowani imiennicy“pisze ks. Jan Kracik w Tygodniku Powszechnym (12 grudnia 2004).
Jak podaje jeden z leksykonów hagiograficznych (Ksiega Imion Swiętych” Henryk Fros, Franciszek Sowa) Mikołaj z Miry żył prawdopodobnie w pierwszej połowie IV wieku a legendy z nim związane zostały “zabrane” innym Mikołajom bądź innym postaciom świętych. Jedną z nich był żyjący w VI wieku opat Mikołaj, późniejszy biskup w Pinar.
* * *
Inna z opowieści głosi iż Swiety Mikołaj (Saint Nicholas) urodził się w AD 280 na terenie obecnej Turcji. Był jedynym synem zamożnych rodziców. Teofanes i Nona natychmiast ofiarowali dziecko Bogu, ktory wysłuchał ich modlitw i próśb o potomka. Jego wujem byl Mikołaj z Patary i on dbał o życie duchowe chłopca. Po śmierci rodziców Mikołaj rozdał cały majątek ubogim.
Jednym z nich był ojciec trzech pięknych córek, które z braku posagu musiałyby sie zestarzeć w panieńskim stanie. Współczujący Mikołaj nocą zakradł się pod okna domu i wrzucil worek z pieniedzmi. Ten dar pozwolił wyposażyć dziewczyny. Czy miały dobrych mężów nie wiemy. Na ten temat brak wzmianki.
Wiele jest jeszcze legend o Swiętym Mikołaju i jego szczodrobliwości, ale pora kończyć.
Wszystkim tym, którzy wierzą w Swiętego Mikołaja, życzę by nigdy o nich nie zapominał, bez wzgledu na to w jakim są wieku . Zyczę by odnajdywał ich wszędzie, na jakimkolwiek kontynencie, czy w śniegach północy czy pod palmami , w Tatrach czy nad Bałtykiem.
Pamiętając o Swietym Mikołaju możemy mieć niemal pewność iż on o nas nie zapomni.
PS. Tę opowiastkę dedykuję mojemu mężowi, który cierpliwie przesyła paczki “podrzucane tajemnie” przez Swiętego Mikołaja do naszego “północnego”domu nad jeziorem Superior.

niedziela, października 29, 2006

Listopadowe refleksje



Listopad w polskiej kulturze kojarzy się nierozłącznie z dniem pamięci o zmarłych.
Dzień Wszystkich Swiętych w Polsce jest dniem szczególnym. Polacy przemierzają Kraj z jednego krańca na drugi, nie zważając ani na trudy, ani koszty podróży. Jadą by zapalić świeczki na grobie bliskich, odmówić modlitwę , swą obecnością zaznaczyć iż ‘non omnis moriar’ ma przecież szerokie znaczenie.
Nad cmentarzami polskich miast unosi się zapach wosku i woń chryzantem.
Kiedy zapada noc, niebo nad nimi jarzy się czerwoną łuną, widoczną z daleka.
Ci, którzy odwiedząją groby swych najbliższych zapalają świece także na na grobach tych, których nikt nie odwiedzi. Pod pomnikami pomordowanych w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie i w innym miejscach kaźni płona tysiące zniczy . Pamięta się też o zmarłych na Kresach.
Setki , tysiące zniczy dają świadectwo ciągle żywej pamięci .
Migocą światła świec na Powązkach i na cmentarzach małych polskich miasteczek i wsi.
My, rozsiani po świecie ( z konieczności bądź własnego wyboru), mamy niemal pewność , iz w Polsce także i na grobach naszych bliskich zapłonie małe, drżace światełko. Kwiat postawiony przez jakąs przyjazną dłoń będzie jaśniał w mrokach wcześnie zapadającego, listopadowego wieczoru.
* * *
“Tam jest moja Ojczyzna, gdzie są kości moich przodków” mówią amerykańscy Indianie.
Dla nas więc cały świat byłby tą ojczyzną, bo trudno znaleźć miejsce, gdzie nie spoczywali by Polacy snem wiecznym.
Jestem daleko, za Wielką Wodą , w Stanach Zjednoczonych i nie pojadę odwiedzic grobów swych bliskich ani w dniu Wszystkich Swietych ani w Dniu Zadusznym.

* * *
Moj malutki braciszek zmarł we lwowskiej klinice pediatrycznej, dokąd rodzice pojechali szukać ratunku.
Miał kilkanaście miesięcy. Pochowano go na Cmentarzu Lyczakowskim we Lwowie.
Braciszek nazywał się Rysio. Odziedziczyłam po Nim imię .
Wśród rodzinnych dokumentów, uratowanych z wojennej pożogi , zachowało się zdjęcie ślicznego , dwumiesięcznego niemowlaka i mała wizytówka, na której na odwrocie ktoś wpisał gratulacje z okazji narodzin Rysia. “By nowonarodzony syn był piękny jak Apollo, bogaty jak Krezus , mądry jak Salomon, dzielny jak Piłsudski. Niech szczęście sprzyja i dola pieści” Niestety, piękne życzenia nie spełniły się. Zmarł mając niespełna dwa lata.Zdjęcie malutkiego Rysia i wizytówke przywieźli ze sobą moi rodzice, kiedy przesiedlono ich na “ziemie odzyskane”. Potem ja odziedziczyłam to zdjęcie . Przywiozłam ze sobą do Stanów, jako jedyną pamiątkę po nieznanym mi braciszku.
Tyle rzeczy zostało za nami, zaginęlo na szlaku tułaczki wojennej moich Rodziców na drodze z Kresów, do Polski centralnej, a stamtąd na tzw. Ziemie Odzyskane, ale zdjęcie i ta karteczka się zachowały.

* * *
Państwowy Urząd Repatriacyjny wydał Ojcu nakaz osiedlenia w poblizu Opola.
Ziemie te przypadły Polsce w ramach przesuwania europejskich granic w wyniku porozumień Wielkiej Trójki. W Teheranie, a potem w Jałcie zapadły decyzje na mocy, których moi Rodzice nigdy nie odwiedzili grobu swego pierworodnego syna.
Ale przynajmniej znali miejsce gdzie Go złożono.
Nie znamy jednak do dziś miejsca pochówku mojej pięknej ciotki Marylki ani jej kilkuletniej córeczki Urszulki. Obie umarły z głodu, wyczerpania , pracy ponad siły. Zostały na nieludzkiej ziemi, gdzies w dalekich stepach Kazachstanu, dokad wywiezione zostały obie z babcią i trójką dzieci. Najmłodszy Jureczek, miał wtedy cztery lata. Przeżył . Cudem zapewne. To było w lutym, a zima była ciężka tego pamiętnego roku wywózek. Jurka spotkałam kilka lat temu, podczas swej wizyty w Polsce. On przyjechal po raz pierwszy po wojnie. Mieszka w Anglii od czasu, kiedy jako kilkunastoletni chłopiec wraz z innymi polskimi dziećmi z sierocińców w Indiach , został przeniesiony do Anglii. Nie zapomnial języka ojczystego, w mieście, gdzie mieszka jest wielu Polaków emigrantów wojennych.
On nigdy nie odwiedził grobu swojej Matki i siostry. Nie wie też, gdzie pochowano jego ojca, zgładzonego bestialsko przez NKWD zaraz na poczatku wojny .
* * *
Nie byliśmy w lasach Miednoje, gdzie najpewniej pochowano Ojca mego męża. Ostatnie dni życia spędził w obozie w Ostaszkowie. Oficjalna wiadomość o tym, że został rozstrzelany przyszła do nas o Stanow 13 grudnia 1991 roku. Pamiętam ten moment, kiedy w ręku trzymałam białą kopertę przysłaną z Moskwy. W kopercie był list, napisany odręcznie. A w nim sucha informacja o tym kiedy i z czyjego rozkazu rozstrzelano polskiego jeńca wojennego Pelca Stanisława. Dowiedzieliśmy się też jaki numer nosił rokaz rozstrzelania Ojca.
* * *
W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach , swego długiego już pobytu w Ameryce , zamiast chryzantem , kupiłam cukierki dla dzieci z okolicy.
31 października po zachodzie slonca będą łomatać w drzwi z zawołaniem “Trick or Treat” .
Ale pamięcią będę wracać do Polski , gdzie jak zawsze w Dzień Wszystkich Swiętych zapalone świece rozjasniają wieczorny mrok. Wśród nich będzie też znicz postawiony na grobie moich rodziców. Zapalą go moi przyjaciele.

czwartek, października 19, 2006

Wyspa Marco






Marco , nasza wyspa szczesliwa


Temperatury w słońcu sięgają zapewne 45 stopni Celsjusza. Na plaży rozłożyli się amatorzy kąpieli słonecznych, mimo, że o tej porze dnia najlepiej i najzdrowiej, schronić sie w cieniu drzew a jeszcze lepiej zanurzyć się w chłodzie klimatyzowanego mieszkania.
Posłuszna tym ostatnim zasadom siedzę na zacienionym balknie .
Z niego rozlega się widok na zielony, świeżo wystrzyżony trawnik i rosnące na nim wysokie palmy kokosowe.i typowe dla pejzazu Florydy “Cabbage Palms” ( sabal palmetto) .
Patrzę na tonące w kwiatach krzewy hibiskusów i oleandrów . Za tą tropikalną rozpasaną barwnością rozciąga się rozległa, zalana słońcem, niemal biała plaża. Tuż nad wodą pod kolorowymi parasolami rozłożyło się kilkanaście osób, około dwudziestu, trzydziestu być może. Widzę też kąpiących. się. Z daleko jawią się jak małe ciemne punkty
Przyjemnie zanurzyć się i pławić się w chłodniejszej nieco od powietrza słonej wodzie.
Jest cicho, leniwie i dobrze.
Po chwili obraz ożywa. Na horyzoncie pojawia się biały żagiel , potem nadpływa łódż holująca wielki ogromny kolorowy spadochron. Jakiś amator silnych wrażeń, uczepiony do niego, wygląda z odległości jak malutka kukiełka.
Na trawnik, blisko mego balkonu zlatuje stadko białych egretów. Po niebie szybuje samotny pelikan i znika równie nagle jak się pojawił. Wypatruję też delfinów, które niemal codziennie pojawiają się w pobliżu brzegu.. Ale dzisiaj ich nie widać.
Przede mną zieleń stojących w bezruchu palm, biel plaży i szmaragdowo- zielone wody Zatoki Meksykańskiej.
Jeszcze jeden piękny dzień na Marco,największej spośród dzisięciu tysięcy wysp ukształtowanych przez piasek i wody Zatoki Meksykańskiej.
* * *

Od wielu już lat , tuż po zakończeniu roku akademickiego, opuszczamy nasz dom w Michigan i wyruszamy w “SWIAT”.. Niekiedy ten świat jest odległy i i dla nas egzotyczny, kiedy indziej znajomy i swojski. W ubieglym roku była to podróż do Chin, w tym, sentymentalna wizyta w Polsce..
Ale po każdym powrocie, nieodmiennie, od dzięsięciu już lat , resztę wakacji spędzamy na Florydzie, na jej południowo zachodnim wybrzeżu , na wyspie Marco.
Polecil kiedyś to miejsce nasz znajomy, pomógł nam wynająć na wyspie mieszkanie.
I od tamtego czasu przyjeżdżamy tu dwa razy w roku; jesienią na krótko i latem.na kilka tygodni.
Latem, zaczyna się napływ turystow w rejony gdzie mieszkamy, w pobliżu jeziora Superior. Przyjeżdżają na północ, uciekając od upałow południa .
A my, jakby na przekór rosądkowi, a już z pewnością na przekór ogólnie pzryjętym schematom wyjeżdzamy na “naszą wyspę”.
“Na Florydę? Jedziecie na Florydę? Jak wytrzymacie tam te upały ?” pytają nieodmiennie znajomi. I na nic się zda tłumaczenie, że na Marco łatwiej znieść upał, bo można się schronić się przed nim Na plaży pod parasolem, w wodach zatoki, w basenach, i w klimatyzowanych mieszkaniach .
Lubimy spędzać tu lato. Na Marco jest teraz mniejszy ruch i nie ma problemow z parkowaniem w cieniu drzew a niekiedy tuż pod drzwiami wejściowymi do każdego niemal sklepu. Latem na wyspie mieszka około12 tysięcy , zimą ta liczba jest niemal trzykrotnie wyższa.
Ale żadne nasze argumenty nikogo nie przekonywują. Na Florydę , uważają, jeździć należy tylko zimą, w “sezonie” . Ale my nie podporządkujemy się schematom, i cieszymy się urodą naszej tropikalnej wyspy , latem cichej i prawie opustoszałej.

* * *
Lot samolotem z jednego końca Stanow na drugi zajmuje kilka godzin .
Podróż samochodem z naszego malutkiego półwyspu w Michigan
( Keweenaw Peninsula) na wyspę w Zatoce Meksykańskiej na Florydzie, trwa niemal tydzien. Ale oboje lubimy te wyprawy .
Podróż to nieśpieszna, połączona z wizytami u przyjaciół , postojami w przyjemnych hotelach, gdzie mamy czas na miły relaks podczas kąpieli w hotelowych basenach i na poznawanie lokalnych przysmakow.
Taka podróż samochodem z północy na południe Stanów , odbywana wielokrotnie, jest nieodmiennie pociągająca
Na upartego można by było tę trasę przejechać w trzy dni albo np. poruszać się tylko po jednej drodze US 41 , która zaczyna sie na naszym pólwyspie, tuż obok naszego domu i biegnie aż do Naples, czyli w pobliżu “naszej” wyspy. Być może kiedyś warto będzie podjąć taką probę i przejechac ponad 3000 kilometrów nie opuszczając starej drogi US41 ?
Kto wie, może w przyszłości, kiedy zechcemy spędzić w podrózy jeszcze więcej czasu? Ale wtedy może być ciekawiej niż na autostradach. Droga US 41 prowadzi bowiem przez miasta .

* * *

Tak więc 7 lipca zostawiamy za sobą nasz dom, nasze malutkie miasteczko,błekitne niebo, łagodne wzgórza, przepiękne lasy i rozlegle tafle błekitnych jezior . Przejeżdżamy przez blisko kilkukilometrowy słynny , imponujący most Mackinac łaczący dwie części Michigan.
Spędzamy dwa sympatyczne dni w towarzystwie przyjaciół .
Jedziemy przez stan Ohio, gdzie wzdłuż autostrad jak okiem sięgnąc rośnie na polach dorodna kukurydza. Kentucky wita nas widokiem łagodnych wzgórz, zielenią łąk na ktorych pasą się piękne, rasowe konie.
W tegorocznej podróży deszcz a niekiedy gwałtowne burze towarzyszyły nam często.
Padało w Ohio. Grzmiało wokół a błyskawice przecinały niebo gdziekolwiek się spojrzało.Lało jak z cebra w Tennessee . Wycieraczki nie nadążały a Smoky Mountains pokrywala gęsta zasłona deszczu . Kiedy ulewa minęła wszędzie jak okiem sięgnąć z gór unosiły się mgły przypominające dymy uchodzące z kominów domostw.
Georgia witała nas na przemian promiennie słonecznie i rzęsiscie ulewnie.
A mimo to wszystko szło zgodnie z planem. Fakt iż zatrzymujemy się w tych samych miejscach na postój lub na nocleg sprawia, że nawet pokonując odległość ponad trzy tysiące kilometrow jesteśmy “u siebie”.
A kiedy zatrzymujemy się już na nocleg w Valdoście, w Georgii wiemy, że następną noc spędzimy już na Marco.

* * *
W Smithsonian Institution w Waszyngtonie, jednym z cenniejszych eksponatów jest figurka kota “ Key Marco Cat”. znaleziona na Marco.Według znawców przedmiotu, ta mała rzeźba jest najstarszym wykopaliskiem znalezionym na terenie Ameryki.
.Przez wieki żyli tu Indianie Calusa, zajmujący się rybołóstwem. Jednakże ślad po tym plemieniu dawno zaginął. Po nich przyszli Seminole, którzy mieszkają na tych terenach do dziś.
Zapoczątkowanie “bialego” osadnictwa na wyspie pod koniec XIX wieku przypisuje się W.T. Collierowi i jego żonie Barbarze. Przypadek zdarzył iż znależli się na wyspie i zdecydowali się tu zamieszkać. Zbudowali swój dom na wyspie z budulca przywiezionego z lądu. Dom drewniany zbudowany z takim poświęceniem spłonął po trzech miesiącach od jego ukończenia.Ale nie zmusiło ich to do opuszczenia wyspy.
Collierowie zbudowali szałas z drzewa i liści palm. Utrzymywali się z uprawy i handlu kapustą, którą sprzedawali na Key West. Po jakimś czasie jeden z ich synów zbudował na wyspie hotel , ktory przetrwał aż do lat 1960-tych.
W 1922 r. na wyspie pojawił się Barron Collier (zbieżność nazwisk przypadkowa) i wykupił znaczną część wyspy. Kiedy umierał w 1939 roku zostawił łacznie 900 tysięcy akrów ziemi, 12 hoteli na Florydzie, a także firmę telefoniczną.
Barfieldowie , inny pionierski ród, hodowali na wyspie ananasy a w 1908 roku otworzyli też swój hotel.
Dalszy rozwój osadnictwa na wyspie nastąpił po zbudowaniu fabryki przetwórczej .Fabryka jednak została po jakimś czasie zamknięta.
Zakończył się bezpowrotnie jeden z etapów zasiedlania wyspy zwanej kiedyś San Marco. Po owych pionierach została jednak pamięć , a główne ulice miasteczka na wyspie noszą dziś ich nazwiska .Nazwa tutejszej szkoły przypomina Tommie Barfield, pełną ofiarności nauczycielkę i incjatorkę budowy szkoły na Marco.
W latach powojennych na Marco była baza wojskowa i wyrzutnie rakietowe, które usunięto w latach pięćdziesiątych na skutek protestów ze strony Kuby.

* * *
Kolejny okres w historii wyspy zaczyna się w początku lat. 60-tych XX wieku.
Bracia Mackle zafascynowani urodą niemal dzikiej, tropikalnej wyspy zrozumieli że jest to nadzwyczajna okazja do zbudowania tu miasta , które stanie się pożądanym miejscem zimowego wypoczynku.
Ich projekt był dowodem wyobraźni, odwagi jak i przejawem znajomości ludzkiej natury.
“Każdy marzy o raju na ziemi i każdy nań zasługuje “ myśleli zapewne przedsiębioczy bracia. Swe doświadczenia w budowie takich osiedli zdobywali już na Florydzie wcześniej m.in. w Miami , Port Charlotte, Pampano Beach i w wielu innych.
Na Marco, wyspie pełnej mokradeł, porośniętej mangrowiem i palmami, gdzie komary stanowiły zagrożenie zdrowia a nawet życia, postanowili zbudować kurort. Miały tu powstać hotele, osiedla luksusowych domów, ale też takie, które dostępne by być mogły dla kieszeni przeciętngo mieszkańca tego kraju. Projektowano tu przystanie dla łodzi, pola golfowe, ba, nawet lotnisko. Bagna miały zamienić się w kanały napełnione czystą wodą..
Wyspę bracia Mackle kupili od potomków Colliera za siedem milionów dolarów. Z dzisiejszej perspektywy kupili ją “za bezcen”. Ba, wręcz trudno dziś w to uwierzyć, kiedy pojawiają się w prasie lokalnej ogłoszenia typu “Sprzedam mieszkanie w kondominium. Cena dwanaście milionów dolarów”.
A ja śpieszę zapewnić, iż nie jest to najwyższa cena jaką można zapłacić za ów własny kawałek “ziemskiego raju” na wyspie .

* * *
Jest pogodny, słoneczny niedzielny poranek, 27 lipca 2003 roku..
Jak każdego dnia, mój mąż i ja odbywamy “rytualną” przejażdżkę rowerową po wyspie. Jest cicho i spokojnie. Mijamy domy pobudowane nad wodnymi kanałami. Przycumowane do brzegu stoją jachty; jedne imponująco duże i luksusowe, inne małe i skromne ale dające zapewne taką samą radość pływania . “Navigare necesse est” mawiali Rzymianie.
Barwnie tu wszędzie i kolorowo. . Porządnie, schludnie, bogato , pięknie.
Soczysta zieleń zadbanych trawników, srebrysto-zielone liście palm poruszanych nikłym podmuchem wiatru, cytrusowe drzewa z bogactwem zielonych jeszcze o tej porze owoców , egzotyczne, pokryte kwiatami krzewy w mijanych ogrodach, pozwalają zapomnieć o istnieniu innego świata , tego rzeczywistego z troskami codziennymi, ciężką pracą, niepokojami , chorobami, biedą, rozpaczą.
Wiemy, że ten świat prawdziwy i reczywisty nie jest tak bardzo odległy od tej “wyspy szczęśliwej”choć istniejącej naprawdę, ale też jakby trochę wymyślonej..Nie, nie przeze mnie, ale przez tych, którzy zdecydowali, że “każdy zasługuje na swój kawałek ziemskiego raju”.
Tyle tylko iż w latach 60-tych to miejsce było znacznie, znacznie mniej kosztowne. Ale czy w RAJU ( nawet ziemskim) wypada mowić o pieniadzach?

środa, października 18, 2006

Jesien


Ryszarda L. Pelc

Jesień, czas smażyć powidła.

Zapach opadłych liści szeleszczących pod stopami, aromat usychających traw, nieśmiały lot zagubionego motyla, krzyk gęsi kanadyjskich odlatujących do sobie tylko znanych miejsc, mówią mi, że lato się skończyło.
Na tle zieleni sosen i świerków na przeciwległym wzgórzu czerwone plamy klonów i złocistych brzóz. W przystani pozostały nieliczne okazałe jachty i małe łodzie ale i one wkrótce znikną.
Nad srebrem połyskującym jeziorze przelatują białe mewy.
Jesień , już znowu jesień- uświadamiam sobie, próbując zdjąć pajęczynę, która zaplątała się we włosy przyniesiona nagłym podmuchem wiatru.
“Babie lato” …nie, nie, tutaj u nas “Indiańskie lato”.
* * *
Jesień oznacza dla mnie czas smażenia powideł. Tradycyjny, domowy rytuał. Upływał czas, zmieniały sie miejsca , w którym byl nasz rodzinny dom ale ten zwyczaj pozostał.
Kiedyś moja babcia smażyla śliwy w ogromnym kotle tylko do tego celu przeznaczonym . Zapach rozchodził się po okolicy i mieszał z aromatami buchającymi z sąsiednich ogrodów. Ten dom, ten ogród zostały daleko nad rzeką, “gdzie szum Prutu , Czeremoszu Hucułom przygrywa”.
Ja znam go tylko z opowieści . Wybuchła wojna. I już nie było smażenia śliwek. Babcia wraz z córką i kilkorgiem wnucząt ( najmłodszy chłopczyk miał cztery lata) została wpakowana do bydlęcego wagonu i wywieziona do Kazachstanu. Podzieliła los Polaków z Kresów. Na zesłaniu walczyła o przetrwanie swej rodziny. Nie całkiem się Jej to udało.
Wyjeżdżając z wojskami Andersa zostawiła na nieludzkiej ziemi grób córki i siedmioletniej wnuczki.
Do domu nad Prutem nikt z nas nie wrócil.Nigdy. Nic nie uratowało się z tamtego domu. Jako jedyny dowód, że istnial rzeczywiście , został tylko mały świstek papieru. Jest to dokument wydany przez Państwowy Urząd Repatriacyjny: “poświadcza się, że…”
Ale najważniejsze było to, iż moi Rodzice przeżyli, przetrwali. Babcia wrociła po latach do Polski z wojennej tułaczki, która wiodła z Kazachstanu przez Persję ( Iranu) , Palestynę i Anglii.
W nowym domu- na ziemiach, które nazwano odzyskanymi , niedaleko Opola zaczęliśmy nowe życie.
Pamiętam, że chodziłam z mamą na targ. Przeciskałyśmy się pomiędzy furami. Konie stały cierpliwie przeżuwając obrok, od czasu do czasu podnosiły głowy, potrząsały grzywami spoglądały na mnie swymi czarnymi , tęsknymi, mądrymi oczami.
Mama wybierała śliwki na powidła. Najlepsze były takie pomarszczone, po pierwszym, nocnym przymrozku.
Piechotą wracałyśmy do domu. Potem już wszystko pachniało śliwkami. Stały na płycie kuchennej, smażyły się wielkich rondlach i wydawało się, że słyszę ”Puf, puf”…
Gorąca masa po wielu godzinach smażenia gęstniała i stawała się coraz ciemniejsza. By uzyskać właściwy kolor, gęstość i aromat, należało cierpliwie powtarzac proces smażenia przez trzy dni. I wtedy powidła byly gotowe
Po latach zamieszkałam w dużym mieście i już na “własnym”kupowałam śliwki na “Hali Targowej”. Pamiętałam , że na powidła muszą być lekko pomarszczone i ciemne węgierki. Bo nie z każdych śliwek będą dobre powidła. Snułam się pomiędzy stoiskami pelnymi pachnących , czerwonych jabłek i złocistych gruszek. “Bierz kochana. Dobre, słodziutkie” zachęcały sprzedajace. Brałam do ręki szorstkie , niepozorne ale jedyne, niepowtarzalne w smaku szare renety “takie na szarlotkę najlepsze”. Wdychałam zapach antonówek, złotych renet, niedużych szarozłotawych jabłek zwanych “koksą pomarańczową” . Oglądałam dorodne pomidory, lśniące świeżością ogórki i wspaniale kalafiory. Obok leżały patisony, nowość na warzywnym rynku kremowo białe o niezwykłym kształcie. I wreszcie wracałam do domu. Obładowana torbami pełymi śliwek, z koszem warzyw wciskałam się do tramwaju, najczęściej wyładowanego po brzegi. Poddawałam się się wstrząsom, chybotaniu , kurczowo trzymajac się uchwytu w czasie gwaltownego hamowania. Wreszcie wysiadałam z uczuciem ulgi przed swoim “blokiem”. I znowu dom pachniał powidłami
“ O fajnie, śliwki smażysz” wołał od progu mój syn wracający ze szkoły. Cala klatka schodowa pachnie twoimi powidłami”. Pachniało powidłami i jesiennym, domowym szczęściem.

* * *
Od lat z mężem mieszkam w Ameryce.
Teraz kupuję śliwki w dużym sklepie otwartym 24 godziny na dobę przez siedem dni tygodnia . Nie ma tu targu pod gołym niebem, nie ma Hali Targowej. Owoce popakowane, warzywa w plastykowych płaszczykach. Nie ma śliwek węgierek. Są “włoskie”. Dla mnie “substytut” tamtych, ale można się przyzwyczaić. Kupuję. Zakupy robię sprawnie. Nie dźwigam ich. Pracujący w sklepie człowiek odnosi mi je do samochodu i wkłada do bagażnika. . Nie tloczę się w tramwajach bo ich tu nie ma.
Nie ma…nie ma...
Nie ma naturalnie już babci, która miała tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, nie ma już mamy, która tyle mnie nauczyła. Nie ma tu mego dziecka…Mój syn, który lubił kiedyś chodzić ze mną na plac “Nankiela po sliwki, gluszki i ogolki” kiedy był malutki, dziś już od dawna “wyrośnięty” mieszka daleko. Został z rodziną w Europie. My wyjechaliśmy za Wielką Wodę.
* * *
Drewnianą łyżką ( tą przywiezioną z Polski) mieszam powidła. Mają już własciwą barwę i gęstość. Nabrały takiego jak trzeba aromatu. Mają też smak, choć jednak nie taki, jak naprawdę powinien być. “Gotowe”. Zdejmuję garnek z kuchni, zaczynam wkładać powidła do słoiczków. Słyszę jak z telewizora męski, ciepły głos reklamuje dżemy firmy “Smucker” “If you can taste time…If you can taste memory…”Tak. Trzeba umieć i chcieć “smakować “pamięć .
Może dlatego właśnie w moim polskim domu na amerykańskiej ziemi każdej jesieni unosi się zapach powideł ?

copyright by Ryszarda L.Pelc

Rain in Florida

Rainy Season

Rain, rain, rain
Day by day, day by day
On the sunsets
purple rain.

Melancholy
(Plips,plops,plips, plops)
Comes with rain.
Melancholy is here.
(Drips, drops, drops, drips)
Rain.

Melancholy and rain,
rain and melancholy
Faithful companions
of mine .

Copyright by Ryszarda L.Pelc
Hancock, September 17, 2003

poniedziałek, października 16, 2006

Niezapomniany koniec lata

Hancock, 29 września 2006

Motto: "Pan Cogito przegląda czasem swoje stare kieszonkowe kalendarze i wtedy odjeżdża jak na białym parostatku w czas przeszły dokonany"...
Z. Herbert "Kalendarze Pana Cogito"


Jakże ten czas leci. Już październik. Wkrótce nadejdą jesienne deszcze i chłody.

Rytm przyrody, w przeciwieństwie do polityki, jest przewidywalny. Wiemy, że wiosną zakwitną jabłonie, latem dojrzeją zboża a jesienią kasztany będą spadać z drzew. Godzę się z tym przemijaniem. Ba, jest coś kojącego, w tym prostym zjawisku iż drzewo, które dziś stoi bezlistne, wiosną znów pokryje się liśćmi i kwiatami a latem wyda owoce.To rodzi nadzieję.

A mimo tej wiedzy, żal mi odchodzącego lata.

* * *
Lato 2006 roku było bogate w zdarzenia. Były one dobre, radosne, dramatyczne, smutne. Ja będę pisać wyłacznie o tych, ktore chcę zachować w pamięci czyli o tych miłych. Wspaniała pogoda towarzyszyła nam cały czas i to wszędzie, gdziekolwiek byliśmy. A tego roku, jak nomadowie, przemieszczaliśmy się z jednego miejsca na drugie.

Początek lata zastał nas w Słowenii nad Drawą. Środek spędziliśmy w domu, w północnym Michigan nad jeziorem Superior (Górne) a ostatnie cztery tygodnie lata podróżowaliśmy po Polsce.

Z okien Zamku Królewskiego patrzyłam na mosty Warszawy rozpięte nad Wisłą. Nad Białą Lądecką w Lądku Zdroju jadłam pstrągi z rusztu. Spacerowałam z przyjaciółmi nad Bugiem w Szuminie pod Warszawą.

* * *
Celem naszej tegorocznej podróży do Polski było Towarzyskie Spotkanie Integracyjne. Przesympatyczna idea spotkań absolwentów Wydziału Łączności zrodziła się kilka lat temu, a stała się możliwa dzięki hojności dwu kolegów. Jeden z nich sukces zawodowy i finansowy odniósł w Ojczyźnie, drugi na obczyźnie.

* * *
Podczas sesji (organizowanych pomiędzy atrakcjami turystycznymi, gastronomicznymi i towarzyskimi) wysłuchaliśmy wypowiedzi obu Sponsorów opowiadających o swoich doświadczeniach życiowych i zawodowych oraz wystąpienia profesora z Michigan (wszyscy są absolwentami Wydziału Laczności, obecnie Elektroniki, Politechniki Wrocławskiej).

Ku memu zaskoczeniu i ja (osoba spoza Wydziału) zostałam zaproszona do wygłoszenia “pogadanki”. Pogadać miałam o podróżach. Podjęłam się tego chętnie, ale równocześnie miałam przekonanie iż staję, przed niełatwym wyborem. O których podróżach opowiedzieć?

Oczywiście o tych najważniejszych. O tych, które zostawily znaczący ślad w moim życiu. To znaczy, o których? Wbrew pozorom zadanie było trudne.

No właśnie, która z moich dotychczasowych podróży była najważniejsza? Zapytana o to nie umiałam dać zdecydowanej odpowiedzi. Bo przecież w moim przekonaniu wszystkie były ważne, każda na swój sposób.

* * *
Być może najważniejszą z nich była ta podróż, której zupełnie nie pamiętam? Nie zmienia to faktu, iż mam głebokie przeświadczenie, pewność, że ona zdecydowała o dalszych moich losach.

Była to podróż z Kresów na Zachód czyli na tak zwane wówczas Ziemie Odzyskane. Mój ojciec dostał skierowanie z PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) do Kluczborka.

Kolejną ważną podróżą, już doskonale zapamiętaną, była podróż z małego powiatowego miasteczka w Opolskiem do Wrocławia. Wrocław po raz pierwszy zobaczyłam kiedy z mamą jechałam do “wód” w Szczawnie Zdroju.

We Wrocławiu, stolicy Dolnego Śląska, należało przesiąść się na pociąg, który odjeżdżał z nieistniejącego już dziś, Dworca Świebodzkiego.

Szłyśmy piechotą z Dworca Głównego. W pewnym momencie zapytałyśmy o kierunek. Mężczyżna odpowiedział "Nie wiem. Ja jestem Grek".

Rozbawiła mnie ta odpowiedź, jako, że znałam polskie powiedzonko "udawać Greka" i chyba dlatego do głowy mi nie przyszło, iż to rzeczywiście Grek.

Tak więc z tamtego czasu zapamiętałam kilka elementów Wrocławia: imponujący Dworzec Główny, wielki gmach z bogato zdobioną fasadą i dwoma wspaniałymi kariatydami i emigranta z Grecji.

Do Wrocławia pojechałam kilka lat później by zdawać egzaminy na Uniwersytet. Zdałam. I Wrocław stał się moim domem. Tak więc nie mam wątpliwości iż podróż do Wroclawia była bardzo ważna. Zadecydowała o moim późniejszym życiu.

A kiedy latem 2006 roku spacerowałam nad Odrą, wchodzilam do pięknie odnowionych wrocławskich kościołów, podziwiałam bukiety kwiatów na placu Solnym i zdumiewałam niekończącą się ilością zapełnionych po brzegi kafejek, restauracji, "pubów" wiedziałam, iż "Nigdy nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki".

* * *
Z Wrocławia wyruszyliśmy w naszą pierwszą wspólną podróż na Zachód w 1974 roku. To z pewnością była niezwykła podróż. To było wyzwanie! Sześć tygodni przemierzaliśmy Europę. Mieliśmy ze sobą "przydziałowe" dolary (chyba około trzystu na trzy osoby), konserwy, wysuszoną na kość kiełbasę (by się nie zepsula), makarony. Pieniądze musiały wystarczyć na kamping, benzynę, wstępy do muzeów, opłaty za autostradę, wino, pieczywo i kawę. Dzisiaj wydaje się to wręcz nieprawdopodobne jak można było podróżować mając tak niewiele; nawet jeśli pamięta się iż wartość nabywcza dolara była nieporównywalnie wyższa niż teraz.

Pamiętam też moment (dziś wydaje się śmieszny), wówczas pełen "grozy", jaki przeżylam kiedy zobaczyłam jak nieostrożnie postawiona na gazowej kuchence menażka, zsuwa się, a jej zawartość wylewa się na ziemię.

I już za chwiłe patrzyliśmy jak nasze polskie flaczki z puszki, mające uświetnić nasz przyjazd do Florencji, pałaszuje florencki kot.

* * *
A podróż do Indii? O tak, ta podróż była bardzo ważna. Mój mąż zaproszony został na wykłady na Uniwersytecie w Bombaju i ja na dwa tygodnie poleciałam do niego. To była moja pierwsza tak daleka i "egzotyczna" podróż. W Indiach zobaczyłam po raz pierwszy jak wielkie może być bogactwo i jak okrutna i przerażająca jest nędza. Widziałam slamsy Bombaju i zwiedzałam pałac maharadży w Dżajpurze, stałam w zachwycie przed Taj Mahal, cudem z białego marmuru ze świadomością iż przy wyjściu osaczą mnie żebracy. Byłam w aszramie w Delhi gdzie poznałam belgijskiego naukowca, który zrezygnował z kariery zawodowej, by zamieszkać w Indiach i uczyć dzieci z ulicy matematyki. Co jest w Indiach, ze taką mają moc przyciagania, taką magię? Nie wiem do dziś. Ale wiem, że za Indiami tęsknię.

* * *
Kiedy pytają mnie, którą z podróży uważam za największą życiową przygodę odpowiadam, że z pewnością była podróż do Stanów. Ta przygoda trwa zresztą do dziś. Kiedy w 1978 mój mąż wrócił z krótkiego pobytu w Stanach powiedział mi "Byłem nad Grand Kanionem. Kiedyś musimy tam razem pojechać. Musisz to zobaczyć, muszę Cię tam zawieźć". Dotrzymał obietnicy. Kilka lat później stanęliśmy razem nad brzegiem kanionu. Wyjazd do Stanów to wielka przygoda i najdłuższa podróż mego życia. Odbywam ją już 21 lat. "Z niej wszystkie inne"- chciałabym powtórzyć za poetą.

Podróż do Stanów była wyzwaniem nie lada. Przez podróż rozumiem nie tylko przemieszczanie się w przestrzeni. Była to podróż w stronę nowego języka, nowej kultury, nowych ludzi.

* * *
Rzeka Missisipi dzieli Stany Zjednoczone na Wschód i Zachód. W Polsce słuchałam pieśni Paula Robesona o "czarnej rzece Missisipi". Odtąd rzeka biegnąca zakolami od Minnesoty do Luizjany była przedmiotem moich tęsknot. Widziałam jej początek, byłam u jej źródła a potem pojechaliśmy do Nowego Orleanu "gdzie Missisipi kończy swój bieg". A od wielu już lat, kiedy wyruszam w daleką podróż, lecę zawsze nad Missisipi. Samoloty unoszące mnie w "świat" startują w mieście nad tą rzeką.

* * *
Skoro mam opowiadać o "podróżach w stronę języka" powinnam wspomnieć o tym, że w 1989 roku zdecydowałam się wysłać na konkurs swój pierwszy wiersz w języku angielskim. Wkrótce potem pojechałam do Waszyngtonu odebrać "Golden Poet Award" . Feta była tam wielka. Warto odnotować iż Bope Hope, jeden z najbardziej uwielbianych amerykańskich aktorów komediowych wystąpił z programem. Pierwszego wieczoru był wielki bankiet z orkiestrą. Kiedy wchodziłam do Sali balowej usłyszałam "Moja droga ja cie kocham". Była to słynna piosenka Bobby Vintona; słynna w Stanach, ale ja jej nie znałam bądź nie pamiętałam. Wrażenie duże…"Oh, oh moja droga ja cie kocham..." śpiewane w Waszyngtonie...po polsku!

* * *
Jest drugi dzień września 2006 roku. Stoję przed uczestnikami zjazdu zgromadzonymi w Stroniu Śląskim w kawiarni "U prezesa", trzymam w ręku mikrofon i zaczynam mówić.

"Podróżuję" na nowo, i chcę by wraz ze mną wybrali się Oni wszyscy.

Czy mi się to udało? Nie wiem. I do dziś nie jestem pewna czy rzeczywiście opowiedziałam o swoich najważniejszych, najbardziej znaczących podróżach.

Bo chyba tak do końca nigdy się tego nie wie. Być może najważniejsze podróże są przed nami?

copyright by Ryszarda L.Pelc


--------------------------------------------------------------------------------