sobota, lipca 22, 2006

Kwiaty, masc tygrysia i "Singapur Sling"




Podano kiedys do wiadomosci iz władze Singapuru zniosły zakaz importu gumy do żucia i zezwoliły na wyświetlanie amerykańskiego serialu “Seks w mieście “.“Jak widać nasza zachodnia cywilizacja wielkimi krokami zmierza do Singapuru” pomyślałam nie bez ironii, zastanawiając się rόwnocześnie, czy te informacje, podane jako “wiadomości dnia” (poza producentami gumy i filmu) kogokolwiek obchodzą?Niemniej jednak, ta wzmianka spowodowała napływ wspomnień związanych z Singapurem, do tej pory zapewne jedynym miastem na świecie, w ktόrym szansa przyklejenia się do wyplutej na ulicy gumy do żucia była niemal zerowa. Surowe władze singapurskie karaly bezwzglednie. Za plucie, podobnie jak za wandalizm, groziła kara chłosty, nie mόwiąc o extra karze za przemyt nielegalnego towaru.Nasz pobyt w Singapurze wspominam dość często tez w innych okolicznościach, jak np. przy okazji porządkowania szafy. Wisi w niej uszyty w ciagu dwu dni przez singapurskiego krawca garnitur męża.
Wspominam pobyt w Singapurze także przy wycieraniu kurzu, kiedy biorę do ręki malutki talerzyk, porcelanowe cacko kupione na wyspie Kusu, zwanej inaczej “Wyspą Zόłwią”.Naszą jedyną podrόż do Singapuru odbyliśmy kilka lat temu, ale jak wiele innych i ta ciągle jest żywa w naszej pamięci.
,***
Samolot amerykańskich linii lotniczych Northwest, po wielogodzinnej podrόży wylądował na lotnisku Changi.”Nareszcie u celu” pomyślałam. Mimo zmęczenia nie mogłam nie zauważyć iż lotnisko jest nowoczesne i oszałamiająco wypucowane. I niemal wszędzie stały bukiety cudownych orchidei..Jak się okazało orchidee zdobiły także toalety, nota bene lśniące, iespotykaną gdzieindziej w swiecie, czystością.Po odprawie paszportowej i celnej wsiedliśmy do taksόwki. Przez jakiś czas jechaliśmy wzdłuż rozległych zielonych terenόw. Zbliżała się tropikalna noc.“Jak wyglądała ta wyspa, ktόrą zaledwie dwieście lat temu, w 83% pokrywała dżungla?” zastanawiałam się, pamiętając, że czytałam iż zniszczono też pięćdziesiąt gatunkόw orchidei.Czytałam, że wiele zmieniło od tamtego odległego czasu, kiedy przedstawiciel Korony Brytyjskiej, Sir Thomas Raffles wysiadł na ląd u wybrzeży rzeki, skusil sporą łapόwką malajskiego władcę i uzyskał zgodę na założenie przedstawicielstwa Kampanii Brytyjsko Indyjskiej eliminując z gry Holendrόw. W momencie przybycia okrętόw pod wodzą Raffla, mieszkało w Singapurze około 150 ludzi. Byli to główniepiraci i rybacy. Rok potem było już 1000 mieszkańcόw.Potem nastąpił szybki rozwόj miasta i w rezultacie do roku 1880 aż 90% dżungli zostało wycięte. Miejsce starych drzew, tropikalnych krzewόw zastąpiły budowle. Te zaś w latach 60-tych XX wieku zostały zburzone do fundamentόw a w ich miejsce stanęły wieżowce z betonu, stali i szkła. Ludność została przesiedlona do częściowo opłacanych przez rząd mieszkań w blokach.Wjeżdzamy do oświetlonego rzęsiście centrum miasta. Wrażenie oszałamiające.Taksόwkarz zatrzymał się przed hotelem “Pan Pacific”. W tym eleganckim hotelu (choć jednym z tańszych w tym rejonie miasta!) spędzimy siedem dni. Jakie będą? Co przyniosą? Jest już pόźno, Zostaje tylko jeszcze raz spojrzeć przez okno. Z pokoju na trzynastym piętrze rozlega się widok na oświetlone wieżowce, błyszczące rozmigotanymi neonami miasto, w ktόrym spotyka się Wschόd z Zachodem. Jutro ruszymy “na podbόj” miasta.***Mimo iż Singapur słynie z tego że ma niezmiernie obfite opady deszczu, wysokie temperatury i dużą wilgotność (o czym się sami przekonamy) to pierwszego dnia naszego pobytu pogoda jest znakomita. Wypoczęci wychodzimy na ulicę już ruchliwą mimo wczesnej pory. Uderza niezliczona ilość kolorowych krzewόw, kwitnących wszędzie kwiatόw, wspaniałych drzew. Nic dziwnego, że Singapur zwany jest tez Miastem - Ogrodem.Po drodze wstępujemy do francuskiej kawiarni. Wszystko wydaje się “żywcem” przeniesione z Francji: zapach kawy, (tej, ktόrą parzą w Paryzu), wygodne foteliki, “Le Monde” na regale z gazetami, francuska melodia z radia. A bagietki takie jakich nie powstydziłby się najlepszy we Francji piekarz. Frankofońskiej atmosfery dopełnia dobiegająca od sąsiedniego stolika rozmowa w języku francuskim.Mimo iż przyjechaliśmy by poznawać “ducha” Dalekiego Wschodu, to bedziemy tu w tej francuskiej kawiarence pić codziennie naszą poranną kawę i kupować pyszne francuskie ciastka.Wpływy zachodniej kultury są w Singapurze widoczne i silne. Dostrzega się to nie tylko w istnieniu licznych europejskich restauracji, w budowlach stawianych wg. projektόw brytyjskich, irlandzkich, niemieckich czy francuskich architektow, w nazwach ulic etc., etc. Nade wszystko warto pamiętać iż język angielski jest tu jednym z oficjalnych językόw. Przypomina to o dominacji brytyjskiej korony ale jest też najprostszym rozwiązaniem problemu międzyludzkiej komunikacji. Jak wszędzie w dzisiejszym świecie angielski jest jedynym językiem umożliwiającym porozumienie się mieszkańcόw tej “wieży Babel”, jaką jest Singapur, ktόry zamieszkują Chinczycy w 77%,Malajowie w 14,2%, Hindusi w 7,1 %, inni ( w tym Europejczycy) stanowią 1,2%. Rόżnorodność etniczna powoduje iż Singapur jest niezmiernie atrakcyjnym dla turysty miejscem.Mieliśmy okazję zajrzeć na krόtko do dzielnicy hinduskiej, ktόrej mieszkańcy pieczołowicie kultywują tradycje kulturalne i religijne swych przodkόw. Podziwialiśmy piękne sari noszone z wdziękiem przez urodziwe kobiety, oglądaliśmy niezwykłe rzeźby na wejściach do hinduskich świątyń, bogato zdobioną bramę dwudziestopiętrową Gopuram, stawaliśmy przed posągami hinduskich bόstw w świątyni poświęconej Wisznu.Jednak nie można zapominać iż największą procentowo część tego ponad trzymilionowego państwa - miasta stanowią Chińczycy. Mandaryn jest pierwszym oficjalnym językiem.Jednym z ciekawszych miejsc Singapuru jest dzielnica chińska.Zbudowano też w Singapurze “Miasto Dynastii Tang”. Stanowi ono naturalnie jedną z licznych atrakcji turystycznych. Miasteczko ma charakter “orientalnego Disneylandu”. Zbudowane zostało w ciągu trzech lat kosztem 70 milionόw dolarόw (singapurskich) na 12 hektarach. Na terenie tego “miasta - skansenu” jest około 100 sklepόw, świątynia, miniatura Wielkiego Muru Chińskiego, podziemny pałac z armią z terakoty liczącą ponad 1000 wojownikόw. Jest to wierna (choć znacznie mniejsza liczbowo) kopia armii z Xian w Chinach. W miasteczku mozemy uczestniczyć w chińskiej ceremonii weselnej. Można tu obejrzeć przedstawienie opery chińskiej i zapierające dech pokazy akrobacji chińskiej.Interesująca była wizyta w aptece. Widziałam tam niezliczoną ilość słoi i słoiczkόw zawierających jakieś dziwne szare, zielone, szafirowe i białe substancje, zioła, szkielety nieznanych mi zwierzątek, w butlach przechowywano jakieś gady i płazy zakonserwowane w alhoholu. Nie brakło oczywiście tradycyjnych przyrządów do akupunktury, słoiczki "tygrysiej maści" zaś przypominały o karierze zielarza Aw Chu Kin, ktόry wyemigrował z Chin do Burmy, gdzie leczył mieszkańcόw, licząc też na zrobienie majątku. W roku 1920, tuż przed śmiercią, wprowadził do sprzedaży “cudowny lek” na wszystko. Niestety ludzie nie wierzyli w skuteczność balsamu. Nie spełnily się marzenia i doktor zmarł w biedzie.Szczęśliwie swą tajną recepturę przekazał synom a ci znając zasady marketingu, zmienili nazwę na “Maść Tygrysią”. Jeden z synόw sprόbował szczęścia w Singapurze, drugi w Hong Kongu. Obaj odnieśli sukces. I tak dzięki inwencji zielarza Chu Kin i jego przedsiębiorczym synom dziś na całym świecie ludzie mogą do woli smarować swe obolałe mięśnie, leczyc bronchity, smarować skronie w przypadku bόlu głowy, smarować bąble po ukąszeniu przez komary. Pomaga. Wiem z doświadczenia. A słoiczek kupiony wόwczas w Singapurze do dziś trzymam w domowej apteczce.* * *Singapur jest dobrze prosperującym miastem i jednym z kilku najważniejszych i największych portόw świata. Wzmianki o Singapurze pochodzą z XIII wieku, kiedy to chiński podrόżnik między innymi napisał iż widział tam lwy. Niezależnie od tego, że tych lwόw nikt inny potem nie widział (poza ZOO) miasto często nazywane jest “lwim miastem ”.Singapurski lew ma głowę krόla zwierząt i ciało ryby.Teraz posąg “Merliona” strzeże brzegow rzeki Singapur, ktόra w tym miejscu wpływa do morza. Rzeka dała początek temu miastu. Tu od trzynastego wieku przypływali Chińczycy i prowadzili handel, ten port był przedmiotem pożądań kolejnych okupantow Singapuru.W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku rozpoczęła się kolejna era rozwoju miasta. A w 1867 terytorium Singapuru stało się formalnie kolonią Korony Brytyjskiej.Ale początek anglosaskiej cywilizacji dał Thomas Raffles, ktόry przybił do brzegow w 1819 roku. I choć byl tu bardzo krόtko pamięć o nim trwa do dziś. On to jest uznany do dziś za twόrcę nowoczesnego Singapuru.Wzdłuż rzeki zbudowano w XIX wieku bulwary, bogate rezydencje, hotele.Najsłynniejszym z nich jest z pewnością “Hotel Raffles”.
Jak podaje przewodnik po Singapurze (Singapore Handbook by Carl Parkes) zwiedzanie miasta nie będzie kompletne bez zobaczenia tego hotelu, ktόry “jest bardziej sławny niż samo miasto”. W 1887 roku Ormianie przybyli z Persji, bracia Sarkies - Martin, Tigran, Awiet i Arszak wynajęli dziesięciopokojowy hotel, rozbudowali go. Niemal tuż po otwarciu hotelu zjawił się nieznany jeszcze pisarz Jόzef Conrad, ktόry zatrzymał się w tanim pokoiku w “Seamen`s Mission”. W jednej ze swych powieści Conrad opisuje “Hotel Raffles” jako "broniący się przed upadkiem budynek z cegły, w ktόrym jest tyle powietrza co w klatce na ptaki”.Jak pisze Carl Perkes,
Jόzef Conrad Korzeniowski po raz pierwszy odwiedził południowo wschodnią Azję w 1887 kiedy był kapitanem statku płynącego z Bangkoku do Australii via Singapure. Jak wiemy, swe przeżycia na morzu Conrad opisał w swych licznych utworach m.in. w powieści "Lord Jim". Rudyard Kipling, będący w Singapurze w 1889 pisał “W Hotelu Raffles jedzenie jest znakomite a bardzo złe są pokoje. Podrόżujący winni odnotować iż należy jeść w Raffles a mieszkać w hotelu “de l`Europe”. Zarόwno Conrad jak i Kipling odwiedzili Raffles zanim bracia Sarkies zaczęli wszystko zmieniać.Po zmianach ich hotel śmiało mόgl konkurować z najbardziej luksusowymi hotelami nie tylko Singapuru ale całego tego rejonu świata.Kiedy my byliśmy tam był po kolejnej renowacji olśnił nas pięknymi kandelabrami, wystrojem wnętrza, a może przede wszystkim, magią miejsca. Siedząc w barze zwanym “Writer`s Bar” (bar pisarzy) i popijac słynny “Singapur Sling” patrzyłam na stojące obok w ramce zdjęcie Conrada Korzeniowskiego, Polaka i jednego z największych twόrcόw literatury angielskiej. I myślałam o tych wszystkich wielkich i zanych, ktόrzy odwiedzili ten hotel. To jest cała znakomita galeria postaci: Kippling, Herman Hesse (pisarz), krόl Tajlandii, Aga Khan, Somerset Maugham (był trzykrotnie), Charlie Chaplin, Ava Gardner, Liz Taylor, John Lennon, Pablo Neruda.Myślałam też o tej przemożnej potrzebie podrόżowania wynikającej… czy ja wiem z czego? Z ciekawości, z chęci poznania? A może to atawizm? Przecież niektόrzy z nas pochodzą od swych praprzodkόw - koczownikόw.Mόj rόżowy koktajl “Singapurski Sling” się skończył, zachodzące słońce oświetlało ogromny bukiet orchidei stojących na stoliku obok, za oknem kołysały się palmy.Kolejny dzień w Singapurze dobiegał końca. Wrόciliśmy do naszego hotelu. Na nocnej szafce, jak każdego wieczoru, pokojόwka postawiła flakonik z nową biało-czerwoną orchideą. Jest ona kwiatem Singapuru.W dole, za oknem żarzące się milionami neonόw i świateł miasto nie było jeszcze gotowe do odpoczynku. A ja otwierając książkę znalazłam częściową odpowiedź na moje pytanie “dlaczego podrόżujemy”. Robert Louis Stevenson, brytyjski pisarz wyznaje “Jeżeli o mnie chodzi to ja nie podrόżuję by znaleźć się gdziekolwiek, lecz by podrόżować. Podrόżuję dla samego podrόżowania. To wielka sprawa tak się przemieszczać”. Erie Newby, autor książki ”A Traveler”, pisze “Dlaczego ludzie podrόżują? Po to by znaleźć cieplejszy albo chłodniejszy klimat. By odkryć co jest za morzem, za wzgόrzem, co jest tam daleko, tuż za rogiem, za murem ogrodu”.Następnego dnia pojechaliśmy do Johor Bahru w Malezji. Byliśmy bowiem ciekawi co jest po drugiej stronie mostu łączącego wyspę Singapur z Pόłwyspem Malajskim.

środa, lipca 19, 2006

Wieden 2006




Od czterech miesięcy mieszkamy w Europie, częściowo zjednoczonej.
Słowenia jak wiadomo, jest jednym z "młodszych" krajów wspólnoty.
Mieszkamy w Europie "na nowo" parę miesięcy tylko, to prawda, ale może tym większa z tego uciecha. Cieszą nas wszelkie przyjemności europejskie a z europejskimi niedogodnościami zmagamy sie przecież tylko "czasowo".
Jesteśmy w "sercu Europy". Wszędzie stąd blisko.
Na przykład do Gratzu, pięknego starego, austriackiego miasta jest zaledwie godzina jazdy pociągiem. Koszt podróży niewielki. Wygodnym, czystym, pociągiem jedzie się za jedyne siedem i pół euro od osoby. Co prawda w Gratzu trzeba zapłacić blisko dwa euro (1.70) za przejazd tramwajem z dworca do centrum miasta, a kawa, choć równie dobra jak w Mariborze, kosztuje dwa razy tyle.
Gratz jednak koniecznie trzeba zobaczyć, bo jako zabytkowe miasto jest wysoko notowany w przewodnikach turystycznych. I słusznie, bo jest urokliwy, pięknie położony i "do życia". Nota bene, Polaków musi być tam sporo, bo w kiosku na dworcu można kupić polskie tygodniki wydawane w Niemczech.
Możemy też bezpośrednim pociągiem wybrać się na zwiedzanie Wenecji.
Wyjeżdża się z "naszego" Mariboru rano a już wczesnym popołudniem wysiada się na stacji Santa Lucia w Wenecji. Tam czekają "vaporetta", które płynąc po Canale Grande zawiozą nas do Ponte Rialto albo do bazyliki Świętego Marka.
Jeżeli komuś dane było przemierzać ogromne przestrzenie Stanów czy Kanady, Europa nagle wydaje się mała. Korzystamy więc z tego i o ile tylko staje się to możliwe …ruszamy w drogę.
Najczęściej podróżujemy we dwoje, czasami z "grupą".
* * *
Niedawno dostaliśmy zaproszenie do wzięcia udziału w wycieczce do Wiednia. W programie był udział w spotkaniu na jednym z wiedeńskich uniwersytetów, poświęconym transformacjom w zakresie szkolnictwa wyższego (wspólnota europejska!), zwiedzanie miasta i kolacja na Grinzingu.
Zaproszenie do udziału w "wyprawie wiedeńskiej" przyjęliśmy z radością.
Parę dni potem, kilka minut przed godziną szóstą rano stawiliśmy się na miejscu zbiórki.
W podróży towarzyszyla nam przewodniczka, która jak się wkrótce okazało, znała doskonale historię.
Zaskoczyła nas niezmiernie przyjemnie tym, że wiele uwagi poświęciła nie tylko minionej dawno wielkości Austrii i jej monarchom, ale także roli Jana III Sobieskiego w zwycięstwie nad wojskami tureckimi w 1683 roku. Jak wiemy, Kara Mustafa poniósł klęskę tak poważną iż państwo otomańskie nigdy się z niej nie podniosło.
Myślę więc, że warto dla przypomnienia przytoczyć kilka epizodów związanych z historią owej słynnej bitwy, która stała się symbolem obrony chrześcijańskiej Europy przed zalewem tureckim.
* * *
W 1682 na Węgrzech wybuchlo powstanie przeciwko panujacym Habsburgom. Powstanie padło, ale to wydarzenie pociągnęło za sobą poważne następstwa. "Wielka porta" pod wodzą Kara Mustafy była gotowa do wojny przeciw Cesarstwu.
Przewidując zagrożenie, cesarz austriacki Leopold I 1 kwietnia 1683 zawarł przymierze z królem Polski Janem III Sobieskim.
Obaj zobowiązali się do udzielenia sobie wzajemnie pomocy w przypadku zagrożenia.
Król polski widząc niebezpieczeństwo obwarował Lwów i Kraków. Turecka orda uderzyła jednak (a może dzięki temu!) na Wiedeń. Przez dwa miesiące wojska austriackie dzielnie broniły miasta.
3 września przybyła odsiecz. Jan III Sobieki zgromadził 27 tysięcy wojska w tym 25 pułków słynnej husarii. Wojska zatrzymały się w Tulin nad Dunajem.
Ponad sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy niemieckich, austriackich i polskich pod wodzą Sobieskiego stanęło do walki przeciwko armii liczącej ponad sto tysięcy.
Skuteczna taktyka Sobieskiego przyniosła zwycięstwo. Turcy przerażeni widokiem husarii zaczęli uciekać w popłochu. Jak podaje Jan Wimmer w swej książce "Wiedeń 1683. Dzieje kampanii i bitwa" straty tureckie wynosiły dziesięć tysięcy zabitych i pięć tysięcy rannych. Po naszej stronie zginęło tysiąc pięciuset rycerzy a dwa i pół tysiąca było rannych.
Po zwycięstwie Jan III Sobieski w liście do papieża Innocentego XI napisał "vinimus, vidimus et Deus vicit" ( przyszliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył). Wraz z listem wysłany został na znak zwycięstwa zdobyty zielony sztandar Proroka.
O swym sukcesie pod Wiedniem tak pisał Jan III Sobieski do żony Marysieńki "Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu jakiego wieki przeszłe nigdy nie słyszały."
Z pewnością spostrzeżenie zwycięskiego króla Polski było słuszne. Niestety, jak wiemy także tego sukcesu nie potrafiono wykorzystać. W ciągu następnego stulecia Austria była jednym z trzech mocarstw, które pozbawiły Polskę niepodległości.
* * *
Wiedeń 2006 nie żyje wspomnieniami VICTORII 1683 nad państwem otomańskim ale Rokiem Mozartowskim. Wszędzie widoczne są dowody tego zainteresowania Geniuszem. Powodem tych celebracji stała się dwieście pięćdziesiąta rocznica Jego urodzin.
Początek obchodów przypadł na 28 stycznia i trwać będzie aż do końca roku.
Mozart urodził się w Salzburgu. O mieście mówi się dziś, iż "Mozart mógłby istnieć bez Salzburga, ale dzisiejszy Salzburg nie istnialby bez Mozarta". Zapewne jest w tym część prawdy. Tam zjeżdżają turyści nie tylko z powodu slynnego pałacu arcybiskupa Marcusa Sitticusa ze sławnymi "Wasserespiele" (fontannami wytryskującymi z ukrytych miejsc). Przyjeżdzają by obejrzeć dom, w którym urodził się Mozart. Tam ów "wunderkind" czyli cudowne dziecko, zaczynało swą muzyczną karierę pod okiem ambitnego i bardzo wymagającego ojca, Leopolda. Ojciec był świadomy geniuszu syna i czuwał nad nim niemal przez całe swe życie. Był też znakomitym impresariem. Potrafił swoje dzieci zaprezentować na dworze cesarskim.
Z Wiedniem Mozart związał się na resztę swego życia w wieku dwudziestu pięciu lat, kiedy został wyrzucony z pracy z powodu licznych konfliktów. Zaczął niezależny byt, z dala od dworu arcybiskupa salzburskiego.
Mozart w Wiedniu podejmował się wielu prac: komponował na zamówienie, uczył gry na fortepianie, komponował opery, reżyserował, dawał koncerty. Ożenił się z Constanze Weber. Rodziły się dzieci. Było ich sześcioro, ale tylko dwóch chłopców weszło w wiek dojrzały.
Sukcesy wirtuozowskie, jak widać, nie szły niestety w parze z pełnią szczęścia osobistego.
* * *
Dla uczczenia rocznicy, jak się dowiedziałam, Wiedeń zainwestował 30 milionów euro. Zaproszono orkiestry, wybitnych artystów występujących podczas rozlicznych koncertow. Wiele pochłonęła renowacja obiektów w jakimś sensie zwiazanych z Mozartem.
Turyści i mieszkańcy Wiednia mają powód do satysfakcji.
"Jak się to dzieje, że nagle wśród nas, zwykłych ludzi, pojawiają się tacy geniusze jak Mozart? Jak wyrastają z tej przeciętnosci i zwyczajności, jaka nas zewsząd otacza?" - możemy się zastanawiać.
Na Domgasse 5, jest ostatnie, i jedyne, jakie się zachowało do dziś, wiedeńskie mieszkanie Constanze i Wolfganga Mozartów.
Po długim remoncie, z początkiem 2006 roku otwarto tu mozartowskie muzeum. Wystawa, otwarta 10 stycznia, będzie otwarta do 31 grudnia 2006 roku.
Mozart wynajmował mieszkanie na pierwszym piętrze, ale cały budynek przeznaczono na prezentację dokumentow i obrazów zwiazanych z Wiedniem, z Jego twórczością i życiem osobistym.
Jest to wystawa niezmiernie intersująca, myślę, że nie tylko dla znawców i badaczy życia i twórczości Mozarta, ale dla każdego z nas.
Na najwyższym piętrze przyglądamy się Wiedniowi w czasach Mozarta.
Jest obraz przedstawiający panoramę Wiednia, mapa Wiednia, widok audytorium w teatrze wiedeńskim. Jest naturalnie ( jakżeby inaczej!) obraz płodnego Canaletta "Widok na Mehlmarkt".
Jest dokument poświadczający zatrudnienie Mozarta na dworze cesarskim (czekał na to zatrudnienie kilka lat!), podanie Mozarta o pracę w charakterze dyrygenta w katedrze wiedeńskiej (Św. Stefana), bilet na koncert Mozarta.
Wśród licznych faksymilii wypatrzeć można też dokument potwierdzajcy przynależność Mozarta do loży masońskiej z 1784 roku i kontrakt małżenski z 3 sierpnia 1782, zawarty pomiędzy Mozartem a Constanze Weber.
Z licznych eksponowanych tam obrazów patrzą na nas ludzie, znaczący w epoce Mozarta, wielcy politycy, znani mecenasi sztuki.
Schodzimy na kolejne piętro by wejść w muzyczny świat mozartowski. "Witają" nas Haydn, Salieri, Clementi - wielcy i uznani kompozytorzy.
Haydn był jednym z tych, którzy wcześnie i w pełni uznali geniusz Mozarta. Leopoldowi Mozartowi powiedział: "Przysięgam na Boga, że pański syn jest największym kompozytorem jakiego znam".
Na wystawie nie zabrakło faksymili rękopisu słynnego Requiem (pamiętacie Państwo film "Amadeus"?). W tym domu na Domgasse powstały słynne opery Don Giovanni, Wesele Figara, Cosi fan Tutte.
Na pierwszym piętrze znajduje się mieszkanie, które wynajmował Mozart.
Nie ma tu sprzętów, poza kołyską stojącą w jednym z pokoi, będącym sypialnią Mozarta. W "inwentarzu pośmiertnym", przeczytać można, iż w mieszkaniu Mozarta zostało tylko małżenskie łóżko i kołyska.
Możemy obejrzeć portrecik synów, Carla Thomasa i Franza Xavera Wolfganga.
Z okna sypialni Mozarta jest widok na wąską ulicę. Jest wyludniona. Wycieczka uczniów, którą spotkaliśmy przy wejściu do budynku już dawno poszła dalej. Domgasse, położona tuż przy katedrze jest cicha. Ale wystarczy zrobić kilkadziesiąt kroków a znów znajdziemy się na ruchliwej trasie turystycznej. Na placu przed katedrą Św. Szczepana (jak piszą przewodniki polskie) albo Św. Stefana, jak czytamy we wszystkich innych przewodnikach świata, toczy się życie.
W katedrze Mozart podobno brał ślub, grywał na organach i zgodnie z tym co podają badacze, tam odbyło się nabożenstwo żałobne po jego śmierci. Uczestniczyła w nim rodzina i garstka przyjaciół. Po ceremoniach kościelnych doczesne szczątki Mozarta wrzucono do wspólnego grobu. Nie jest więc znane miejsce, gdzie został pochowany. Na cmentarzu Św. Marka wzniesiono w 1891 roku symboliczny nagrobek, upamiętniający kompozytora.
Wolfgang Amadeus Mozart zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat. Jego muzyka żyje do dziś.
* * *
Kiedy się jest w Wiedniu, mówią bywalcy, należy przejść się po "Ringu", zjeść "Sacher torte" w kawiarni Sacher, zajrzeć na plac przed pałacem, pokłonić się Marii Teresie na pomniku przed Hofburgiem. A wieczorem koniecznie pojechać na Grinzing.
Skoro jest się "nad pięknym, modrym Dunajem" nie wolno takiej okazji opuścić.
Tak więc nasza wycieczka, po zwiedzeniu skarbca w Hofburgu, po wysłuchaniu historii słynnej Hiszpańskiej Szkoły Jeździeckiej i zrobieniu zdjęć na tle konnych dorożek, na kolację udała się na Grinzing.
Jedzenie w przytulnej restauracji było obfite, muzyka (skrzypce, harmonia i głos kobiecy) na wpół folklorystyczna, na pół klasyczna tworzyły wlaściwy, "grinzingowski" nastrój. Przy stołach biesiadowali Austriacy, Słoweńcy (z nami włacznie) i spora grupa Japończyków.
Z Wiednia odjeżdżaliśmy pełni wrażeń i z przekonaniem, że należy znów tu jeszcze kiedyś zawitać. W drodze, na przemian nucąc cichutko walce Straussa i "Eine Kleine Nachtmusik" patrzyłam na ogromny, nisko nad ziemią wiszący pomarańczowy ksieżyc. Było w tej nocy coś magicznego. Co? Nie wiem. Może to coś zostało z atmosfery "Zaczarowanego Fletu"?
Od redakcji: W tle sluchasz - miły Czytelniku - allegro z "Eine kleine Nachtmusik" Wolfanga Amadeusza Mozarta.

Jerusalem, Slovenia



(copy right by RyszardaL.Pelc)

środa, czerwca 14, 2006

Znad Sekwany i L'Oise

Jakiś czas temu w reportażu zatytułowanym "Polski Paryż" napisałam na jego zakończenie: "Moja opowieść pozostanie niedokończona. Każdy dzień bowiem przynosi nowy wątek dla tego tematu. Wiem tylko, iż kiedy łaskawy los pozwoli mi do miasta nad Sekwaną powrocić, znowu ruszę na poszukiwanie polskiego Paryża".
Tak się złożyło iż "łaskawy los" pozwolił mi ponownie wrócić do Paryża i odwiedzić jego okolice malowniczo położone nad rzeką L’Oise. Okolica ta, szczególnie od drugiej połowy XIX wieku, słynęła z tego, iż znani malarze i artyści paryscy szukali tu schronienia od zgiełku wielkiego miasta. Lista wielkich artystów tu zamieszkałych byłaby długa.
Ja, szukająca "poloników", tylko wspomnę iż dzisiaj mieszkają nad L’Oise także polscy artyści. Zbudowali tu swój dom malarka, Agata Praizner, z mężem, Markiem Tomaszewskim pianistą i kompozytorem. Mieszkają od wielu lat wraz z rodzinami Andrzej Malinowski, malarz i Dariusz M. Pelc pianista i pedagog.
* * *
Tegoroczna późnomajowa, krótka podróż do Francji miała charakter czysto rodzinny.
Nasza wnuczka Anne-Sophie, w domu nazywana Zosią, w rocznicę swej Pierwszej Komunii miała uczestniczyć w bardzo szczególnej uroczystości zwanej "profession de foi" czyli "wyznanie wiary". To kościelne wydarzenie poprzedzone zostało trzydniowymi rekolekcjami dzieci w klasztorze sióstr zakonnych na Montmartrze.
Uroczystości zaś odbyły się w sobotę w zabytkowym kościele St. Martin (Świętego Marcina) w podparyskim miasteczku Isle Adam.
Odbyły się one z udziałem rodziców, rodziców chrzestnych, babć, dziadków, kuzynek i przyjaciół rodziny. Kościół nie był więc pusty, ale też trudno powiedzieć by był wypełniony po brzegi. Zaledwie dwadzieścia kilkoro dzieci uczestniczyło w tym wydarzeniu. Nie wiemy co było prawdziwym powodem tego, iż udział był stosunkowo nieduży. Może jednym z czynników był koszt? (Opłaty za pobyt w klasztorze plus wypożyczenie habitu). A może przyczyny były znacznie poważniejsze? Dowiedziałam się przy okazji, iż powołań kapłańskich we Francji jest tak mało, że księża przylatują tu z Polski by wypełniać lukę. Koszty ich pobytu pokrywa strona polska.
Kościoły we Francji są imponujące, piękne, pamiętające czasy odległe, kiedy była ona "perłą w koronie katolicyzmu". Od czasów Rewolucji Francuskiej (a także rządów napoleońskich), kiedy masowo spadały głowy księży i zakonnic, zaczęło sie to zmieniać. Dziś kościoły Francji są opustoszałe, a brak pieniędzy na ich renowację widoczny. Nie można nie dostrzec, iż cenne zabytki kultury religijnej niszczeją. Ani państwo ani wierni, nie mają wystarczajaco szczodrej ręki. Szczęśliwie dla dzieł sztuki sakralnej istnieją muzealnicy.
* * *
Muzeum Cluny w Paryżu poświęcone jest kulturze średniowiecza. Mieści zbiory sztuki sakralnej i dworskiej. Zbiory są bogate. Ilość obrazów, rzeźb, tkanin (arrasów) jest imponująca. Zachwyca.
Muzeum znajdujące się nieopodal dwu słynnych w świecie bulwarów Saint Michael i Saint Germain nie ogranicza się tylko do ekspozycji bogatej kolekcji. Pałac zbudowany kiedyś na miejscu, gdzie były termy rzymskie, jest dobrym miejscem dla prezentacji muzyki średniowiecznej.
Podczas ostatniej wizyty w Cluny trochę zaskoczeni, usłyszeliśmy dobiegające gdzieś z oddali śpiewy. Zeszliśmy na dół do dawnej kaplicy, skąd rozlegała się ta muzyka. Śpiewał zespół kilkunastoosobowy. Byli to studenci (głównie dziewczęta) z Sorbony, specjalizujący się w średniowiecznej muzyce kościelnej i dworskiej. Głosy były piękne a akustyka w Cluny znakomita. Wyszliśmy z muzeum pod mocnym wrażeniem bogactwa sztuki sakralnej. To prawda, iż Francja weszła na szeroką drogę laicyzacji przestrzegając ściśle, zgodnie z konstytucją, rozdziału państwa od Kościoła. Na szczęście, ma jednak poczucie swych silnych kulturowych zwiazków z chrześcijaństwem. I być może zapowiadana w Watykanie, ponowna ewangelizacja Francji okaże się jednak możliwa.
Nieopodal muzeum znajduje się kościół Saint Severin, związany z historią polskiego uchodźctwa. Jest tu obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Tam polscy uchodźcy szukali pocieszenia i łagodzili swe nostalgie. Tam modlili się Mickiewicz, Słowacki i Towiański który przywiòzł ten obraz. Przychodzą do niego także emigranci "ostatniej fali" jak i liczni polscy turyści.
Kościół jest dalej więc w pewnym sensie "polskim kościołem". W nim przez lata celebrował msze święte ksiądz Jacques, którego matka Szwajcarka podczas I Wojny Światowej pracowała w Szwajcarskim Czerwonym Krzyżu pomagając także Polakom. Ksiądz Jacques zmarł kilka lat temu. Odszedł do lepszego świata. Nie wiem, czy ktoś potrafił zapewnić pustkę jaka po nim została.
* * *
Uroczystości kościelne w podparyskiej miejscowości zbiegły się z festynem zorganizowanym przez mieszkańców sąsiedniego "siostrzanego" miasta Parmain. Festyn odbywał się pod hasłem "Zdobywamy dziki zachód".
Miasto zmieniło więc swój charakter, na wzór i podobieństwo osad z westernów masowo produkowanych w Hollywood.
Jadąc do centrum miasta minęliśmy więc kilka białych indiańskich namiotów. W takim "tipi" spaliśmy przed laty na kampingu w Arizonie, nad Wielkim Kanionem (Grand Canyon), przypomniałam sobie.
Po ulicach miasteczka Parmain chodzili bogato zdobieni w tatuaże, półnadzy "Indianie". Nad rzeką l’Oise dzieci i dorośli "ujeżdżali" konie, które w przeciwieństwie do tych dzikich z "zachodu" były nad wyraz spokojne.
Pod budynkiem merostwa pojawiło się więzienie a raczej jedna cela, stali przy niej strażnicy, a inni byli zajęci wypożyczaniem broni, z której strzelano do tarczy. Okazało się, że w naszej rodzinie najcelniej strzela Karolina, skrzypaczka. Udało się jej kilkakrotnie trafić w środek tarczy. Jej ojciec nie okazał się strzelcem wyborowym jak jego córka, ale trafił na tyle blisko środka tarczy, że i on może się zakwalifikować jako "zdobywca dzikiego zachodu". Ani mój mąż ani ja, nie podejmowaliśmy prób sprawdzania swych zdolności snajperskich. Z kilku powodów. Między innymi nie chcieliśmy narażać swego "dziadkowo-babcinego" autorytetu na szwank.
Powszechnie wiadomo, iż Francuzi nie lubią Amerykanów. Ale teraz, dzięki tej imprezie w ktorej uczestniczylam ze spokojem mogę powiedzieć swoim amerykański znajomym, że niechęć Francuzów nie jest ani silna, ani powszechna. Bo gdyby tak było, nikomu nie przyszło by do głowy organizowanie takiej imprezy, na której wszyscy bawili się znakomicie a nad l’ Oise czyli nad "Lajzą" , jak mawiają nasi rodacy tam zamieszkali, "kowbojskie" tańce wykonano z takim samym zacięciem, jak na prawdziwie "Dzikim Zachodzie".
PS. W Parmain, nie boją się "plombier Polonais" (polskiego hydraulika).
Podczas ubiegłorocznego referendum w sprawie przyjęcia Konstytucji Europejskiej głosowano tu na "TAK". Ale jak wiemy, pozostali mieszkańcy Francji głosowali w większości przeciwko.

copy right by Ryszarda L.Pelc

wtorek, czerwca 06, 2006



Spacery nad brzegami rzek .

Pamiętasz majowe spacery nad Drawą,
kwiaty na klombach, spływające kaskadą kolorów
w dół ku rzece, jakby chciały przyjrzeć się wlasnemu odbiciu
w wodzie, na przemian zielonej i złotej ?

Kaskadą także spływają wspomnienia
innych naszych, nad rzekami, spacerów.

Pamietasz majowe wyprawy w stronę Kamieńczyka,
Zapach sosen, śpiew ptaków, daleki szum górskiego strumienia.
Głazy potężne, zielonym mchem, jak miękkim welurem pokryte
I nas - młodych, rozkochanych, radosnych ?

Pamiętasz letnie przechadzki nad Rabą,
śmiech naszego dziecka
brodzącego w wodzie ze sznurkiem na patyku,
probującego złowić małą, srebrną rybkę ?

Pamiętasz spacery nad Odra, wielką, szarą, rozległa,
łaki zielone , kwiaty polne , zapach koszonej trawy
I gdzieś z dala płynącą na falach eteru muzykę Vivaldiego?

Nie pomne ile było tych rzek, spacerów , zachwyceń.
Wiem ze byliśmy i jesteśmy .
Ty i ja.
Z nami , dotrzymując kroku , spaceruje Miłość
Kiedyś młodzieńcza, dziś jak my, dojrzała.



© R.L.Pelc
Maribor, 6 maja 2006

Harmonia


Karolowi

W ogrodzie przy swiątyni Rjotandżi
tylko ty i ja.

I bezruch.

Czarny motyl
przeszywa zieloną ciszę ostrzem skrzydeł.
Plusk wody poruszonej płetwą złotej rybki
burzy absolut harmonii.

Na chwilę.


Hikone, Japonia jesień 1992
© by R.l.Pelc

Tryptyk


mojemu Synowi


I
Różowa różo w zielonym ogrodzie,
oplatasz miłośnie bambusowe drzewko,
głowę , otuloną płatkami, jak muślin, wiotkimi,
pochylasz nisko
własnym upojona aromatem
własną oszołomiona urodą.

II
Pąsowa różo,
pod gorącym sloncem ,
(wyzwalajacym gamę aromatów),
twa nieskazitelna uroda
nie dlugo będzie cieszyć oko.
Zgaśnie nazbyt wcześnie .
Purpurą spłyną twe platki na zieleń trawnika.
Tylko pamieć o tobie wierna , radość zachwycenia
Pozostaną ze mną,


III
Biała różo
jakżeś dziewczęco niewinna
tą swoją białościa.
Skromnie schowana w zakątku ogrodu
nasłuchujesz dochodzących tu
ludzkich głosów,
ptasich śpiewów,
psów szczekania
i piania kogutów .

Pisane w ogrodzie w Parmain, Francja 2 czerwca 2005

niedziela, czerwca 04, 2006

The Miniatures


Home
warm, lightful, delightful
allures, attracts, calls.
Fresh bread smells.
Home - tranquil harbour.

Woman
charming, glamorous,fragile.
Stires, bewiched, creates.
Involved in thousand of duties
with confidence and belief
that the fortune of the World
lies in her small hands.

piątek, czerwca 02, 2006

Ave Maria


I am listening to Ave Maria .
The grey sky above.
the drops of rain on the window glass
melancholy of those moments;
Shall I save it in my memory?
or shall I forget it?

sobota, maja 27, 2006

Lake Biwa


by
Ryszarda L. Pelc


I know
Someday I will miss Lake Biwa,
I will be longing for Chikubushima
from my memory I will draw
the shape of sails, colorful butterflies,
and the white fishermen`s vessels
under the blue, water alike, sky.

In my dreams
I will see mountains on the horizon
at dawn silvery, golden in the sunset.
Echo
will repeat the songs of birds flying above white castle.
Someday I will miss Lake Biwa.
I know.


Copyright by Ryszarda Lida Pelc

(The poem has been published by the National Library of Poetry in anthology entitled “Best Poems of 1996,” it has also been translated into Japanese).

wtorek, maja 02, 2006

Maribor


Ryszarda L. Pelc

My wszedzie jestesmy.

Nie będzie to odkryciem, jeśli powiem, że nigdy nie wiemy czym możemy kogoś zaskoczyć. Zdarzyło mi się to parę miesięcy temu w Stanach, ściślej na Florydzie. Nawiązałam przypadkową rozmowę z panią, która okazała się Słowenką z Lubliany. - O ze Slowenii! ucieszyłam się. My wkrotce tam wyjezdżamy. Po co? Mąż będzie wykładał na uniwersytecie w Mariborze. Moja rozmówczyni nie mogła ochłonąć z wrażenia. - Kiedy mówię, że jestem ze Słowenii, to wszyscy tu pytają, gdzie to jest. A tu nagle spotykam kogoś, kto wie a na dodatek się tam wybiera. Powiedziała.
***
Do Słowenii przylecieliśmy via Frankfurt. Była połowa lutego. Mimo iż było jeszcze szaro, tą szarością odchodzącej zimy podobała nam się okolica. Z okien naszego mieszkania był widok na góry łańcucha Pohorie. Imponujące narciarskie zjazdy były rzęsiście oświetlone i wydawało się wieczorami, że prowadzą prosto do nieba.
Tamten zimowy pejzaż został już tylko w pamięci i na zdjęciach. Teraz w Mariborze jest wiosna, wspaniała, pachnąca, kolorowa i rozśpiewana ptasimi trelami.
Przed chwilą na trawniku pod naszym balkonem pojawiła się para dzikich kaczek. Przyleciały tu znad rzeki Drawy, która płynie nieopodal.
* * *
Słowenia jest niedużym dwumilionowym krajem. Przez długie wieki była pod obcym panowaniem. Odzyskała pełną niepodległość 26 czerwca 1991 roku, zrywając więzy z federacją jugosłowiańską.
Mimo że Słoweni byli przez wieki pod obcymi rządami, zachowali swój język. Warto dodać, że cesarze rzymscy stworzyli tu swoje prowincje. Emana to obecny okręg Lublany (Ljubljany), Poetovio to region najstarszego słowenskiego miasta Ptuj. Maribor to drugie co wielkości miasto Słowenii. W jego okolicy od wieków zakładano winnice.
Maribor jest szacownym starym miastem. Uzyskał prawa miejskie w 1254 roku, co pozwoliło na budowę murów obronnych. Do dziś w jakiejś swej cześci zostały zachowane wraz z wieżami, które miały kiedyś obronny charakter. Dzisiaj większość zabytkowych domów pochodzi z przełomu XVII I XVIII wieku. Pewna część starego miasta jest starannie konserwowana, ale pozostała ciągle czeka na “lepsze czasy” tzn. na odbudowę i rekonstrukcję.
* * *
W Mariborze uczestniczyliśmy w zabawach na zakończnie karnawału. Na placu przed Ratuszem zgromadził się tłum. Większość stanowiły dzieci ze szkół. Były poprzebierane w różnorodne, czesto bardzo dziwaczne kostiumy. Mariborzanie przyszli na Rynek by pożegnać karnawał. Cukiernie, sklepy, kramy uliczne oferowały znakomite pączki obniżywszy przy tym ceny. Wieczorem odbywały się liczne bale maskowe. Ostatki, ostatki!
* * *

W katedrze jest tablica upamiętniajaca wizytę Jana Pawła II w Mariborze. Był po raz pierwszy w maju 1996 roku. Przyjechał na zaproszenie prezydenta, Milana Kucana, by uczcić 1250 rocznicę chrystianizacji Słowenii (wówczas zwanej Koryntią). Poczatek dał chrzest dwu książat słoweńskich w 746 roku. Warto przypomnieć, iż chrzest polskiego księcia Mieszka I, ożenionego z Dąbrówką, księżniczką czeską, miał miejsce znacznie później, bo dopiero w 966 roku.
Na rok 1996 przypadało też 1000-lecie powstania najstarszego religijnego dokumentu w języku słoweńskim, znaleziony w klasztorze we Freisingu.
Napis na tablicy pamiątkowej w Katedrze nosi datę 19 maja 1996 roku i przypomina o spotkaniu Papieża z naukowcami i artystami słoweńskimi. W ten sposób upamiętniono fakt, iz historia powstania Uniwersytetu Mariborskiego i kultury słoweńskiej zwiazana jest nieodłącznie z historią Kościoła katolickiego.
* * *
“In vino veritas” mawiali Rzymianie. Tradycje winiarskie w Mariborze sięgają czasów rzymskich. Na jednym z domów, w tym mieście nad Drawą, pnąc się ścianach rośnie winorośl mająca czterysta lat. Ze względu na wiek i żywotność została wpisana do Księgi Guinnesa. Podobno do dziś rodzi owoce. Wina mariborskie zdobyły trzy mistrzostwa i 231 złotych medali na światowych wystawach i konkursach w Wiedniu, Budapeszcie, Montpelier, Londynie, Tibilisi, Lublanie, Brukseli.
”In vino veritas” przypomnę raz jeszcze za Rzymianami na zakończenie mojej relacji znad Drawy, z terenów, przez które prowadził bursztynowy szlak aż do krajow nad Bałtykiem. Do Polski.
Nie udało mi się w Mariborze spotkać mieszkających tu na stałe Polaków. Ale mam głebokie przekonanie, że są tacy. Jako że “my wszędzie jesteśmy”, jak śpiewa Młynarski.
W Stanach, kiedy zatrzymuję się w hotelu zwykle otwieram książkę telefoniczną i sprawdzam ilu mieszka w mieście Kowali, Kowalskich czy Nowaków. Często ich znajduję; nawet jeśli jestem na niedużej wyspie.
W Mariborze nie mogę tego zrobić. Nie ma książek telefonicznych. Ale, rzecz jasna, każdy mieszkaniec Słowenii biega z “komórką”.

Mariborskie opowiesci majowe

















Ryszarda L. Pelc

Wiosna w Mariborze i majowe refleksje.

Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego
Białego i tego bzowego.
Liści tam - rwetes, olśnienie,
Kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie,
Pachnie (…)
(Julian Tuwim)

Moja Mama miała na imię Stanisława. Imieniny obchodziła w maju. Pamiętam, że wraz z życzeniami dostawała od znajomych i przyjaciół ogromne bukiety tulianów, żonkilii, liliowych i białych bzów. Pięknie wyglądały w wazonach czerwone tulipany i białe bzy ale najwspanialej pachniały te "bzowe" czyli liliowe.
Maj pachniał bzami. Kwitły w Polsce wszędzie. Zrywałam je w małym prowincjonlnym Kluczborku nad Stobrawą, i w ponad półmilionowym Wrocławiu nad Odrą, gdzie studiowałam, wyszłam za mąż. Osiedliśmy nad Odrą na długo.
Mieszkaliśmy w pobliżu parku Szczytnickiego. Słynął z ogrodu japońskiego, licznych odmian azalii i rododendronow, ponad trzystu gatunków drzew i krzewów. Chodziliśmy tam często na spacery. Najpiękniej w parku było w maju.
Potem wyjechaliśmy "za siódmą rzekę, za siódmą górę, za ocean".
Nad Jeziorem Superior, w północnym Michigan także rosną bzy. Ale zakwitają znacznie później niż w Polsce i wydaje się, że nie pachną tak jak tamte imieninowe bzy w bukietach mojej mamy.
* * *
Maj 2006 zastał mojego męża i mnie w Słowenii nad Dobrawą, w Mariborze. Z okna naszego mieszkania mamy widok na zielone wzgórza Pohoria. Jeszcze kilka tygodni temu leżal tam śnieg a dziś wszystko zieleni sie i kwitnie. Widoczne z dala winnice ożyły, biały kościół na wzgórzu na tle zieleni jest jeszcze lepiej widoczny, a krzewy forsycji rozświetlają pejzaż.
W ogrodach kwitną złociste żonkile, czerwone tulipany a rosnące tam drzewa wiśniowe pokrywa gęstwa kwiatów. Delikatna różowa "mgiełka" otula korony brzoskwiniowych drzewek. Wspaniałym królewskim, kwiatostanem pysznią się magnolie.
Trawniki pokryte są białymi stokrotkami i fiołkami tak gęsto, iż wygladają jak kolorowy dywan. Ostatnio rozkwitły pełnią swej urody mlecze, tak żarliwie tępione na trawnikach w Ameryce. Ogromne, niebotyczne (tzn. sięgające czwartego piętra) czereśniowe drzewo przed naszym domem pokryte jest kwiatami. Wydaje się, że zaledwie zakwitło a już zaczyna gubić białe płatki, które przy najlższejszym podmuchu wiatru wirują w powietrzu jak… śnieg.
W mariborskim parku kasztany wypuściły już liście i widać zawiązki kwiatow. Zaczynają kwitnąć jabłonie. "Swiat nie jest taki zły, świat nie jest taki mdły, niech no tylko zakwitną jabłonie…" przypominam sobie jakiś malutki fragment piosenki Agnieszki Osieckiej. Piękny jest maj w Mariborze. Takie były tez polskie maje. Słoneczne, pachnące i kwietne
* * *
Przy głównym gmachu mariborskiego uniwersytetu powiewaja flagi. Jedna z nich jest biało-czerwona.
Natychmiast, zupełnie podswiadomie … jej widok budzi skojarznia.
Maj, polski maj także powiewał flagami. Należę do pokolenia, które dobrze pamięta pochody nie tylko pod białoczerwonymi. Masowo maszerowali. Z przymusu, ze strachu. Narzucono Polakom pochód pod czerwonymi szturmówkami i flagami "bo na nich robotnicza krew".
Pamiętam iż 1 maja "poprawne" flagi powiewały z okien. Ale już 2-go musiały one zniknąc bo 3 Maja były zakazane. Flaga z okazji 3 Maja była "niebezpieczną bronią" wymierzoną przeciw "jedynie sprawiedliwemu" ustrojowi.
Od wielu lat 1- majowe pochody w Polsce nie są nie są ani barwne ani liczne ani tym bardziej obowiazkowe. Ale należy pamiętać iż 1 Maja pozostaje nadal świętem pracy a w kościołach odprawia się nabożenstwa. Patronem jest Święty Józef - cieśla.
Teraz od przeszło ćwierćwiecza w dniu 3 Maja znów powiewają biało czerwone chorągwie a dzieci deklamują na Akademiach wiersz Rajnolda Suchodolskiego Witaj majowa jutrzenko, świeć naszej polskiej krainie. Witaj Maj, Trzeci Maj, u Polaków błogi raj!
Jakże daleko historyczna rzeczywistość odbiegła od tych słów. Przyjęto, po długich sejmowych sporach konstytucję, której nigdy nie wprowadzono w życie. Targowica. Nie tylko nie było "błogiego raju" a nastąpiły lata długiej niewoli. Nie pierwszy to był i nie ostatni przykład jak kończą się polskie "potępieńcze swary".
* * *
3 Maja to także swięto Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej. Warto przypomnieć sobie słowa przysięgi Jana Kazimierza, którą złożył w 1656 roku u stóp ołtarza Najświetszej Marii Panny w katedrze lwowskiej.
"Ja Jan Kazimierz (...) do Twych Najświętszych stóp przychodząc (...) Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dziś obieram (...) wszystko Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciw nieprzyjaciołom pokornie żebrzę".
Pamiętamy iż Jan Paweł II powierzał zawsze "swoje dzieci" na swiecie i siebie, opiece Matki Boskiej.
Maj nierozłącznie wiąże się w naszej pamięci z osobą Jana Pawła II.
W maju w Wadowicach przyszedł na świat osiemdziesiąt pięć lat temu. W maju, na placu Świętego Piotra w Rzymie targnięto się na Jego życie.
"Dziesięć lat temu w maju, Ojciec Święty odwiedził Maribor i z pewnością widział kwitnącą magnolię i powiewającą biało-czerwoną flagę" myślę patrząc jak wiatr ją rowija. W miejscu gdzie jest polski Orzeł, znajduje się herb Mariboru. Dziwnym zrządzeniem przypadku polska i mariborska flaga mają te same kolory.
* * *
Maj jest pełen kwiatów i zapachów. Pełen wspomnień i skojarzeń.
"Podróżujemy po świecie w poszukiwaniu nowych wrażeń, nowych doświadczeń. Poznajemy nowe kraje, nowych ludzi, nowe obyczaje. Po co? Dlaczego ? Co nas tak gna?" zastanawiam się siedząc w pełnej ludzi kawiarni na Grajskim Trg czyli w Rynku.
Przecież bez względu na to gdzie jeteśmy ciągniemy za sobą ów bagaż wiedzy, doświadczeń wyniesiony z rodzinnego kraju. Co jest takiego w człowieku, że szuka nowego a wiecznie wraca do wspomnień, do przeszłości, do historii? Dlaczego ja patrząc na białe chmurki na niebieskim "słoweńskim" majowym niebie przypominam sobie tamte "polskie" niebo majowe? Dlaczego patrząc na kwitnące krzewy bzu w Mariborze czy w Michigan nie mogę zapomnieć tamtych, rosnacych w domu moich rodziców? A może to trochę jest tak jak w tej piosence nieznanego mi autora, który pisał
Śpiewa ci obcy wiatr, zachwyca piękny świat,lecz serce tęskni, (…).
Za czym? Za domem rodzinnym? Z dzieciństwem? Młodością? A może za majowymi spacerami do Kamieńczyka w Karkonoszach z młodym "dobrze zapowiadającym się" brunetem, który przecież i teraz spaceruje ze mną nad Drawą płynącą u stop Pohoria. Tyle tylko, że teraz nie jest już brunetem.