Friday, May 25, 2012

W Nałęczowie. Wspomnienia z podróży.


"Podróż z Warszawy do Nałęczowa jest urozmaicona. Z Dworca Nadwiślańskiego wyjeżdża się o godzinie 3 minut 23 po południu. Gdzieś między Otwockiem w ciasnym korytarzyku pojawia się młodzieniec z tacą pełną szklanek herbaty i butersznitów. O wpół do siódmej zatrzymuje się w Iwanogrodzie, gdzie można zjeść obiad. Do Nałeczowa pociąg przyjeżdża o 8 minut 15. Na stacji zwyczajnie bieganina, hałas."Tak opisał swoją podróż z Warszawy do XIX wiecznego Nałeczowa Bolesław Prus.
Mój mąż i ja wybraliśmy się do Nałęczowa pod koniec maja 2008 roku. Wyjeżdżaliśmy z warszawskiego dworca Centralnego o godzinie 12 minut 15. W pociągu roznoszono kawę i herbatę ale zamiast "butersznitów" oferowano Prince Polo. Pociąg nie był zatłoczony, bo dziś w Polsce, podobnie jak wszędzie w Europie, częściej podróżuje się samochodami.Nie bez wpływu na to że nie było tłoczno, był też fakt iż Polacy w znakomitej swej większości byli na kolejnym długim (od środy do poniedziałku) "weekendzie".
Do Nałęczowa dotarliśmy nie po pięciu godzinach podróży jak Prus, w drugiej polowie XIX wieku  ale już po dwu.Prus opisując swój przyjazd do uzdrowiska wspomina, iż na stacji panował gwar, bieganina. "Dzwonią. Gwiżdżą, pociąg ruszył do Lublina. Zostaleś sam." My mieliśmy raczej inne (przykre, niestety) wrażenia znalazłszy się w miejscu, którego tak byliśmy ciekawi. Było pusto i cicho. Spodziewaliśmy się zobaczyć pełną życia uroczą stacyjkę romantycznego uzdrowiska. A co zastaliśmy? Stację brudną, zaniedbaną, zapuszczoną. Na ławce na peronie, przy którym zatrzymuje się pociąg Warszawa-Lublin ktoś pozostawił puste butelki po piwie. Tak na oko, było ich osiem.
Prusa zabrał ze stacji do Zdroju "obywatel wyróżniający się długim batem i krótkim żakietem" czyli dorożkarz.
My też nie mieliśmy problemu z wydostaniem się ze stacji, bo na szczęście przed budynkiem dworcowym stały dwie taksówki. I tak po kilku minutach dostaliśmy się do "Nałeczowskiego Dworu". Tu, w tym świeżo wybudowanym domu o piętnastu pokojach dla gości, spędzimy kilka dni. Będziemy spacerować śladami Bolesława Prusa, Andriollego, Oktawii i Stefana Żeromskich, Ewy Szelburg Zarembiny i wielu innych znanych autorów, artystów, lekarzy.
Dzięki tej "przeszłości" łatwiej zakceptuję to, że Nałęczów nie okazał się takim jakim sobie go "wymyśliłam", ani takim jak był za czasów Prusa, który upodobał sobie to miejsce tak bardzo, że przyjeżdżał tu aż dwadzieścia osiem razy. Zaczęłam wierzyć, że i ja znajdę tu interesujące miejsca, a kiedy przyjdzie się z rozstać z Nałęczowem zapewne będzie mi żal odjeżdżać.
* * *

Obecna nazwa miasta pochodzi od herbu Małachowskich - "Nałęcz". Jednakże osada, zwana wcześniej Bochotnicą, ma znacznie dłuższą historię, bo sięga IX a może nawet VIII wieku. Już wtedy budowano na tym terenie młyny i zakładano stawy rybne.Natomiast rozwój osady jako uzdrowiska przypada na koniec wieku XVIII i wiek XIX.W 1751 roku posiadłość kupił Stanisław Małachowski, zbudował pałac, istniejący do dziś. Po nim przejął majątek jego krewny, Antoni Małachowski. Podobno miał podagrę i zauważył, iż jego cierpienia koi woda ze źródeł tryskających w parku. Sprowadzony z Warszawy znawca przedmiotu (prof. Celiński) potwierdził lecznicze znaczenie wód bogatych w wapń i żelazo. Zaczęto tu przyjeżdżać na kurację. Powstanie listopadowe przerwało rozwój zdroju i dopiero w latach osiemdziesiątych XIX stulecia przywrócono Nałeczów do życia.Ogromną zasługę dla reaktywowania zdroju mieli trzej lekarze, byli zesłańcy na Sybir. Doktor Fortunat Nowicki, Konrad Chmielewski i Wacław Lasocki.
Nota bene jak sie okazalo, doktor Lasocki był "prawujem" naszego znajomego.Otóż Stanisław Szybalski, mieszkający od lat na Florydzie napisał do mego męża. "Nie jestem pewny czy w pijalni czy w domu zdrojowym zobaczycie popiersie doktora Wacława Lasockiego (. ..) był on bratem mojej prabaci z domu Lasockiej, primo voto Miąskowskiej, secundo voto Rakowskiej (…)"
Dalej pisze "imię mojego brata jest na cześć mego prawuja (doktora) Wacława Lasockiego. Moi rodzice poznali się w Nałęczowie. Moja mama mieszkała u wuja dr. Lasockiego a mój ojciec u swoich ciotek".Mały jest ten świat, nieprawda?
* * *
"Nałęczów to miasteczko zbudowane na łące", napisał kiedyś Bolesław Prus. Ja odnoszę wrażenie (po trzech dniach pobytu), że Nałęczów to głównie park. Najpiękniejsze są tu kasztanowe aleje. Wielkie rozłożyste drzewa pokrywa niezliczona ilość kwietnych lichtarzy. Kwitną biało i różowo. Teraz, w ostatnich dniach maja przekwitają. Płatki wyścielają alejki. Po nich spacerują kuracjusze. Bratki i stokrotki przed pałacem Małachowskich wyglądają jak wielki kolorowy dywan. Nieźle utrzymany, cały w słonecznych barwach budynek sanatorium "Książę Józef" "“przygląda" się swemu odbiciu w stawie, po którym pływają małe zwinne kaczki i majestatyczne białe łabędzie. Ptaki opływają "Wyspę Miłości" na której jest piękna (czynna!) fontanna. Nieopodal stawu znajduje się elegancka pijalnia czekolady "Wedel". Podają tu gorącą, aromatyczną, gęstą czekoladę. Tu też można zjeść wyborne lody o najrozmaitszych smakach i frapującychnazwach.Polecam"Klasycznąwedlowską czekoladę" i "Malinowe Marzenie".
Z cukierni Wedla tylko krok do niedużej palmiarni, gdzie jest pijalnia wód. Woda płynie z trzech różnych źródeł. "Miłość", "Barbara", "Celiński".
Tym wodom Nałeczów zawdzięcza swą popularność. W palmiarni zgromadzono gipsowe popiersia ludzi, którzy doprowadzili do tego, że Nałęczów stał się znanym uzdrowiskiem. Nic więc dziwnego, że gościli tu przedstawiciele elity warszawskiej czy lubelskiej. Był w Nałeczowie, poza Prusem, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski, Jan Koszyc Witkiewicz, Henryk Siemiradzki, Ignacy Paderewski, Karol Szymanowski. Z Nałeczowa pochodziła Ewa Szelburg Zarembina, autorka licznych książek dla dzieci i młodzieży, która mieszkając potem w Warszawie mawiała, iż stale pamięta nałęczowskie bzy, twierdząc iż mają one specyficzny, niepowtarzalny zapach.
Nałęczów, mówią jego miłośnicy , jest dobry na wszystko. Korzystny jest mikroklimat dla chorych na serce, nerwice, nadciśnienie.
* * *
Co przywiodło mego ulubionego autora "Kronik", "Lalki" i "Emancypantek" do Nałęczowa?Prus (czyli Aleksander Głowacki) cierpiał na agorafobię. Bał się tłumu, obawiał podróżowania, cierpiał na lęki otwartej przestrzeni. Podobno Nałęczów miał mu pomóc.Potwierdzenie tego znajdujemy w jego liście z 5 lipca 1882 roku, pisanym do Stanisława Kronnenberga: "Panie Prezesie! Chłop strzela a Pan Bóg kule nosi! Rok cały pieściłem się nadzieją wyjazdu do Zakopanego na odpoczynek - tymczasem w ciągu kwadransa zdecydowałem się jechać do Nałęczowa na kurację. Stało się tak, że onegdaj wziął nas kilku doktor Benni "Pod Raka" na Pragę. Trzeba było przejechać nowy Zjazd i most, na którym dostałem lekkiego nerwowego ataku. Okazało się, że mam wcale piękny początek fenomenalnej choroby zwanej obawą przestrzeni. Nim zjedliśmy półmisek raków, Benni wytłumaczył mi, że za sześć tygodni będę zdrów, ale muszę jechać na wodnistą kurację do Nałęczowa. Więc pojadę. Oto na co mi się przydał bilet wolnej jazdy".Nałęczów wtedy należał już do Konstancji Orłowskiej z Podola. Część zdrojowa zaś była w rękach wspomnianych już trzech lekarzy "Sybiraków".Prus przyjechał dwa lata po renowacji uzdrowiska. Powracał tu jeszcze dwadzieścia siedem razy. Jego korespondencja z Oktawią Rodkiewiczówną, późniejszą żoną Stefana Żeromskiego, świadczy o tym iż adresatka pomagała mu w znalezieniu mieszkania na okres kuracji. Przebywając w Nałęczowie pisał w Kronice z 1894 roku: "Żaden kochanek nie tęskni tak do przedmiotu swych marzeń, żaden nie śpieszy z taką radością, żaden z takim zapałem nie próżnuje u boku ukochanej, jak niżej podpisany w Nałęczowie. Miałżeby jak pospolity uwodziciel splamić się obojętnością i nie wyśpiewać pochwały dla jego wdzięków teraz właśnie, gdy tulę się słodko do zaokrąglonych pagórków, oddycham jego tchnieniami, przedzieram się przez bujną roślinność i tonę w tajemniczych jarach.".
* * *
Dzisiejszy Nałęczów ma jakby dwie twarze (o ile tak można powiedzieć o mieście). Jedna to zadbana część czyli "park zdrojowy", ogrody przy nowych, kosztownych rezydencjach, piękna przyroda, urzekający krajobraz a druga to miasteczko małe, zaniedbane, brzydkie. Obok stacji autobusowej jest targ. Tu w każdy wtorek można kupić świeże truskawki i pomidory, skarpetki, podkoszulki i wódkę przeszmuglowaną zza wschodniej granicy.
Jakaś marna, obskurna budka nosi szumną nazwę "Grill" a obok "Cukiernia", w której leżą dwa francuskie rogaliki. Ale już w innym sklepie spożywczym można kupić niewysłowionej pysznośności "serca toruńskie", smakowite galaretki w czekoladzie, których nie ma nigdzie na świecie.
W "naszym" Dworze Nałęczowskim można (a nawet trzeba!) poddać się masażom leczniczym bądż modelującym, zabiegowi z witaminą H, która "natychmiast" przywraca młodzieńczy wygląd. Za pomocą najbardziej wyszukanych urządzeń można pozbyć się nawet nadmiaru kilogramów. Zabiegów dokonują fachowcy najwyższej rangi.
Niestety, nie prowadzą tu zabiegów, które wyzwalają uczucia sympatii do "turnusowych współmieszkańców". W efekcie tego nikt się tu nie uśmiecha do "obcego", nikt nie mówi "dzień dobry" i nikt nie patrzy w oczy. Mijając się na schodach każdy udaje, że nie widzi tego drugiego.Ale myślę, że i kiedyś to minie. Żywię nadzieję, że tak jak w sferę języka polskiego weszły amerykanizmy, tak i w sferę obyczajów wejdą, tradycyjne za Oceanem, uśmiechy .




Fot. Ryszarda L. Pelc

 

Wednesday, May 23, 2012

Krotka wizyta




Odwiedzilam dzisiaj sowy. To byla krotka wizyta, ale jak zwykle sympatyczna.

Monday, May 21, 2012

Przejazdzka po wyspie

W sasiedztwie zakwitla Krolewska Poincjana.
Rowerek " West Port" sluzy mi juz od 1993 roku!!!!A wydawalo sie, ze w klimacie florydzkim nie przetrwa dluzej niz trzy, najwyzej piec lat. Jak policze ile litrow benzyny zaoszczedzilam, ile $ nie wydalam na wynajem samochodu,ile zaoszczedzilam nie chodzac cwiczenia do roznym "Gym" czyli sal gimnastycznych! to ho...ho...Dlatego tak bardzo cenie sobie moj rower.
Nie pisze o przyjemnosciach jazdy, bo tego na zadne pieniadze przeliczyc sie nie da:-).Skromnie tez nie wspomne o tym, ze mam swoj wklad w ochrone srodowiska!
<><>
</>
Ten "domek" jednorodzinny jest jeszcze jednym dowodem nadkomsumcji. Z naszych dlugoletnich obserwacji wynika, iz ten "palac" jest wykorzystywany zaledwie w ciagu kilku tygodni w roku. Nie sadze tez by rodzina byla tak wielka by zapelnila te wszystkie pokoje.Ten dom nie nalezy do wyjatkow. Sa na Marco cale dzielnice z takimi domami.Odnosi sie  wrazenie, ze jest to szczegolny rodzaj konkurencji.Kto wybuduje wiekszy i drozszy. W takim sasiedztwie nasze domy, przy naszej ulicy wygladaja bardzo skromnie.W latach 70tych budowano tu domy znacznie mniejsze i parterowe. Budowali je ludzie z tzw.  "sredniej klasy" zostawiajac jeszcze miejsce na posadzenie palm , zielonych zywoplotow i mase kwitnacych krzewow, tworzac "rajska wyspe". 

Przy glownej ulicy zakwitly moje ukochane drzewa.

Jak kazdy spacer tak i ten koncze na postoju przy przystani .Nie tylko mnie fascynuja stojace w porcie wieksze i mniejsze jachty i lodzie.Sa jakby obietnica kolejnej, nieznanej przygody.


Sunday, May 20, 2012

Kochanie, zamierzam kupić most londyński...

London BridgeDo  Lake Havasu  City w Arizonie z Las Vegas w Newadzie, podrόż samochodem trwa  około  trzech godzin. 
Droga wiedzie  przez dziki , pustynny krajobraz ,  gdzie dominują szaro-rude wzgόrza   gęsto porośnięte kaktusami , krzewami dzikiej szałwi i karłowatymi palmami .
 Poza tym pustka. Od czasu do czasu  pojawia się stado dzikich  koni , niekiedy pojedyncze siedliska ludzkie, malutkie  osady .
I wreszcie  dociera się  do miejsca , gdzie napis na dużej zielonej tablicy obwieszcza,  że jesteśmy na granicy miasta Lake Havasu . W dole  widać migotliwe  błekitne wody rzeki Kolorado i  jeziora zwanego “Havasu “, co  w języku tamtejszych Indian Mohavi,  znaczy   “niebieskie”. Jezioro jest sztuczne. Powstało podczas budowy tamy na rzece.
Zafascynowało mnie to miejsce .Oczarowała  niezwykłość  miasta zbudowanego  w sercu pustyni.

                           *     *     *


W czasie II wojny Swiatowej żołnierze mieli tu swoje baraki . Miasto powstawało dopiero od 1962 roku. Historia jego powstania brzmi , może podobnie jak historie wielu innych miast “Dzikiego Zachodu”. Budowali je  ludzie szalonej odwagi, wyobraźni, determinacji, przedsiębiorczości.
Ale ci ktόrzy budowali  Lake Havasu, mieli jeszcze  do dyspozycji nowoczesne środki techniczne i duże  pieniądze , ktόre wykorzystali  dla realizacji “szalonego” pomysłu . Bohaterami pierwszoplanowymi tej  historii o założeniu miasta     Robert  McCulloch i C.V.Wood jr.
Nie można też pominąć sprawy londyńskiego mostu , ktόry  nie nadawał się już do użytku, zapadał się w gliniaste dno Tamizy i władze Londynu za wszelką cenę chciały się go pozbyć.
W Londynie był zbudowany w miejscu, gdzie już Rzymianie w 43r. A.D. postawili most. Kiedyś więc łaczyl brzegi Tamizy . Dzisiaj  “London Bridge”jest głowną atrakcją turystyczną  miasteczka  Lake Havasu City w Arizonie.   

  Londyn i most na Tamiza.           
***

Robert Mc Culloch urodził się w St. Louis, a przez lata mieszkał w Wisconsin.
Urodził się w rodzinie przemysłowcόw. Jego dziadek był przedsiębiorcą w Milwaukee, a ojciec prezydentem kolei w St. Louis. Robert odebrał staranne wykształcenie w najlepszych amerykańskich uczelniach . Byl absolwentem Uniwersytetόw Stanford i Princeton . Był inżynierem obdarzonym nieprawdopodobnym zmyslem handlowym.Kiedy miał  lat 30-ci sprzedał  swą dobrze prosperującą firmę za million dolarow, przeniόsł się  na Zachόd i kupił ziemie nieopodal lotniska w Los Angeles.W czasie II Wojny Swiatowej jego firma  zacząła produkować silniki samolotowe. Rόwnocześnie stał się jednym z największych producentόw  pił do cięcia drzewa . Zajął się też wydobywaniem ropy oraz sprzedawał domy budowane na zakupionych przez siebie terenach. Stworzył jedną z najwiekszych istniejących wόwczas  “rodzinnych” firm. . Był człowiekiem wielkiej pracy, wielkiej wyobraźni i wreszcie, co nie jest bez znaczenia w mojej opowieści , posiadaczem ogromnej fortuny .
 Jak głosi miejscowa legenda w  1958 roku, dzień Swiętego Patryka (patrona Irlandii) Robert P. McCulloch, Sr przyleciał z Palm Springs w Kalifornii nad jezioro Havasu w Arizonie.
Od tego momentu  wszystko zaczęło się tu zmieniać i już nic  nigdy nie było takie samo jak przedtem.
 Robert P.McCulloch nie był sam ze swymi planami .  “Mc Culloch powinien błogosławić dzień w ktόrym poznał C.V.Wooda “ mόwią historycy miasta. “Lake Havasu City jest z pewnością dzieckiem McCullocha, ale Wood był tym , ktόry  spowodował że to “ rodzące się niemowlę zaczęło oddychać”.
Bez nich obydwu  nie byłoby  miasta,  a już z pewnością nie byłoby takim jakim jest dziś.

C.V. Wood pochodził z  Teksasu ale większość swego dorosłego życia spędził poza nim. Uzyskał stopień inżyniera , w wieku dwudziestu ośmiu lat został naczelnym inżynierem dużej firmy a potem  dyrektorem jednego z Instytutόw Badawczych na uniwersytecie Stanford. Poproszony o rozstrzygniecie sporu pomiędzy Waltem a Roy`em Disney`ami , Wood został ich pierwszym pracownikiem. Został  wspόłtwόrcą, wiceprezydentem i generalnym dyrektorem Disneylandu.

Jego przyjaźń z McCullochem datuje  się od 1954 roku. Laczyły ich  też, a może przede wszystkim,  wspόlne interesy. Ten “dynamiczny duet” jak ich zwano , przystąpił do budowy miasta.
Ad urbe condita

“McCulloch wziął w posiadanie “bezużyteczny” kawałek pustyni i stworzył warunki dla ludzkiej egzystencji. Był tym, ktόry umożliwił ludziom życie  na pustyni “ twierdzą,  mieszkańcy Lake Havasu City .
McCulloch, nie bez pewnych komplikacji, zakupił  rozległy teren  nad jeziorem .Płacił od 73 do 100 dolarow za akr.  Z dzisiejszej perspektywy może się wydawać ,  że ziemie  26 mil kwadratowych,  kupił za bezcen.
  Zanim jednak McCulloch przełamał najrozmaitsze bariery,  a trwało to cztery lata , zaczęto projektować miasto. I kiedy wreszcie wszelkie formalne przeszkody zostały pokonane rozpoczęto szukanie przyszłych osadnikόw . W 1964 wynajęto samoloty i rozpoczęto program “Zobacz, zanim kupisz”.Przywożono  potencjalnych klientόw ze Stanόw jak i z Kanady na tydzień . Umieszczano ich w domu noclegowym , karmiono , zabawiano przekonując do walorόw miejsca.
Udalo się. “W długiej historii pionierstwa, nic nie może się rownać z tym co tutaj. Tu sadzi się palmy, buduje drogi i wodociągi zanim ktokolwiek tu się pojawi.”pisała prasa.
Pojawiły się nie tylko drogi i wodociągi.
I most... z Londynu.
Anglicy mieli z nim problem. Zapadał się w gliniaste dno rzeki, zanieczyszczenia przyśpieszyły  proces niszczenia.
Zrodził się pomysł kupna  mostu na aukcji. Kiedy Wood zawiadomił  o tym McCullocha, ten pomyślał iż jego rozmόwca jest pijany. W miejscu, gdzie miałby stanąć most nie było wtedy rzeki! Rozebranie mostu , (ktόre musiało nastąpić) miało kosztować Londyn 1.200.000 (milion dwieście tysięcy dolarόw), wobec tego Wood i McCulloch zaproponowali na aukcji podwόjną  kwotę tzn.  dwa miliony czterysta tysięcy.
Aukcja miała miejsce w “Essex House” w Nowym Jorku w marcu 1968 roku. Wood zaczął od 100 tysięcy. I wtedy powiedziano mu, że skoro chce kupić ten most to  musi dużo więcej zaoferować, ponieważ kupuje historię, a nie kamień. A amatorόw było wtedy więcej Most chciały też kupic Kanada, Hiszpania, Francja, Korea.
Przetarg wygrali Amerykanie.Zapłacili 2.460.000 dolarόw. I to był dopiero początek.
Wkrόtce po tej transakcji  “Esquire” napisał : “Jak zbudować rzekę na pustyni w Arizonie,, by mogła płynąć pod mostem ? Robert McCulloch  i C.V, Wood,  robią to. Nie pytaj po co. To jest tryumf amerykańskiego know-how.
Londyjski most , rozebrany na  elementy przypłynął do Long Beach w Kalifornii a potem , już wielkimi ciężarόwkami,  przewieziony został do  Lake Havasu .Rekonstrukcję mostu rozpoczęto 23 września 1968. Pracowało przy niej około 40 ludzi , szczęśliwie nie doszło do żadnego wypadku.
Dziesięć tysięcy dwieście siedemdziesiąt sześć  granitowych  blokόw zostalo precyzyjnie zlożonych . 40 amerykańskich robotnikόw, pod  nadzorem brytyjskiego inżyniera Robert Beresforda  “powtόrzyło” pracę  swych ośmiuset londyńskich poprzednikόw, ktόrzy ten sam most budowali  nad Tamizą przez siedem lat, od 1824 do 1831 .
10 października 1971 roku było wielkie święto w Lake Havasu City. Oddano most do użytku.  W dniu otwarcia mostu dla ruchu , pod mostem płynęła już rzeka !
Koszt  przedsięwziecia wyniόsl około dziesięciu milionόw. Nawet dla milionera nie była to mała kwota.  Nic więc dziwnego, że w momencie, kiedy w Londynie podpisał akt  kupna McCulloch wykrzyknął “cόż ja zrobiłem”!
Ale historia miasteczka w Arizonie pokazała, że to był dobry pomysł. Do dziś i przez nastepne pokolenia most londyński będzie przynosił dochody. Sciągają tu tłumy zwabiene tą  niewątpliwą atrakcją . Uczestniczą  w dorocznym październikowym festiwalu , ktόry w tym  roku jest zaplanowany  w okresie od 20-go do 27 października. Każdego roku setki tysięcy turystόw odwiedza Lake Havasu City. Niektόrzy z nich tam zostają.  Kto wie, w jakim stopniu decyduje o tym piękno pustynnej Arizony, sprzyjający zdrowiu suchy, gorący latem , łagodny zimą klimat, a w jakim stopniu przyciąga magia Londyńskiego Mostu . A może głownie  mit odwagi i skuteczności ?
Zona Wooda przez wiele lat wspominała dzień , kiedy jej mąż w tajemnicy oznajmił jej “Kochanie zamierzamy kupić most londynski”. Ile trzeba na to było fantazji i wyobraźni?
Teraz, na początku XXI wieku, kiedy stoję na London Bridge wydaje się mi się, że tu w  Lake Havasu , ciągle jeszcze  unosi się duch “Zdobywcόw Dzikiego Zachodu”.

.











Sunday, May 13, 2012

Na plazy przed burza




Dzien Matki


Motto:
Matka, to nie ktoś, na kim można się oprzeć, ale ktoś, kto uczy, jak się obchodzić bez oparcia.
(Dorothy Fisher 1879-1958)



Dzis obchodzimy Dzien Matki.

Na naszym kaktusie setki pąków. Nie zakwitają jednocześnie, ale jeden po drugim, tak jakby chciały pozwolić nam zachwycac się ich pieknem możliwie najdłużej.
"Oficjalnym" kwiatem Dnia Matki w Stanach jest goździk. U nas w ogrodzie nie ma tych kwiatow. Kaktus jest i kwitnie bajecznie. Nie wiem ile ma juz lat. Wszystko wskazuje na to, ze jest wiekowy. Ale ciagle żywotny. Niezwykle żywotny. Obcięte ramię odrasta i natychmiast pojawiają się na nim pąki.

Katus ma kolce, ale czyż nasze zycie jest ich pozbawione? Ale, w miejscu gdzie są kolce wyrasta też niebywałej urody kwiat. Czyz nie jest to symboliczne? Nie pamiętajmy  o kolcach. Cieszmy się kwiatami.


Wednesday, May 09, 2012

Pamietajcie o ogrodach


Motto :"Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście ...
(Janusz Kofta)